Europaragedon 2019


Ponad 500 niepełnosprawnych z województwa świętokrzyskiego oraz 21 gości z Włoch, Grecji, Chorwacji wzięło udział w III Festiwalu Aktywności Ruchowej dla Osób Niepełnosprawnych „Europaragedon”, który 13 i 14 września trwał w Kielcach.

Uczestnicy biegali, jeździli na trzykołowych rowerach, tańczyli zumbę, grali w szachy, piłkę nożną, badminton, tenis stołowy. Strzelali z łuku, jeździli konno, rzucali dyskiem, ale i układali na czas kostkę Rubika. Największą popularnością cieszyła się konkurencja nordic walking, do biegu na 14 km zgłosiło się tylko kilku zawodników. W przewie pomiędzy startami wszyscy uczestnicy mogli m.in. nauczyć się chodzenia na szczudłach, rysować, układać klocki, spróbować trafić do bramki z zawiązanymi oczami, poćwiczyć jogę lub obserwować pokazy karate czy tańca.

Całodzienny piknik sportowy na stadionie lekkoatletycznym przy ul. Bocznej to od trzech lat wielkie święto niepełnosprawnych, którzy przyjeżdżają na zawody nawet z odległych zakątków województwa. W tym roku po raz pierwszy inicjatywa Stowarzyszenia „Projekt Świętokrzyskie” miała także wymiar europejski, a to dzięki dofinansowaniu z programu Erasmus+ Sport. Do Kielc przyjechali przedstawiciele organizacji partnerskich, aktywizujących i integrujących niepełnosprawnych poprzez sport: z Włoch, Chorwacji oraz Grecji.

– Co roku rozszerzamy liczbę konkurencji i propozycji rekreacyjnych, by każdy, bez względu na ograniczenia, mógł aktywnie wziąć w nich udział. Nasza inicjatywa spodobała się europejskim partnerom. Chcą Europaragedon organizować u siebie. Dzięki wizytom studyjnym we Włoszech i Chorwacji, my także mamy coraz więcej ciekawych pomysłów. Marzy nam się, by przyjeżdżało do nas coraz więcej zawodników z zagranicy. Bo zobaczyć uśmiech na twarzy zawodnika, który właśnie skończył bieg czy wygrał partię szachów, a wcześniej pokonał kawał drogi, by do nas dojechać, jest bezcenny – wyjaśnia koordynatorka projektu Kama Kępczyńska-Kaleta ze stowarzyszenia „Projekt Świętokrzyskie”.

Więcej niż słowa


Jedni głoszą idee o łamaniu stereotypów i uprzedzeń. Inni to robią na co dzień. Łączyć ludzi różnych wyznań, kultur, pochodzenia to dla Ewy Kozdraj naturalne wyzwanie. Od ponad 10 lat pomaga tym, którzy znaleźli się w Polsce z powodu wojen lub prześladowań. Teraz jest zaangażowana w projekt More than Words programu Erasmus+

– Właśnie wróciłam z obchodów Święta Wolności i Solidarności w Gdańsku, gdzie nasza organizacja, wraz z ponad setką innych z całej Polski prezentowała swoje działania w Strefie Społecznej. Po raz pierwszy byłam w Europejskim Centrum Solidarności. Zwiedzając wystawę opowiadającą naszą najnowszą historię, poczułam smutek, że tak ogromne są teraz podziały, a przecież pamiętam klimat lat 80. i tej wszechobecnej nadziei na wolność. Gdy jednak wróciłam do Strefy Społecznej, od razu zrozumiałam, że to właśnie my, organizacje społeczne jesteśmy spadkobierczyniami tej pięknej europejskiej i solidarnościowej idei. Niezależnie w jakiej dziedzinie działamy. My naprawdę zmieniamy świat na lepsze.

Szefowa Stowarzyszenia „Dla Ziemi” założyła je z grupą przyjaciół 24 lata temu koło Lubartowa. Porzuciła rodzinną Łódź i razem z mężem zdecydowała się na życie w zgodzie z naturą, w otoczeniu Lasów Kozłowieckich. Taką drogę wybrali też inni ludzie, którzy znaleźli się tam z podobnych powodów. Stworzyli – jak ją nazywają – niezależną, artystyczną nieosadę. Uprawiali ziemię, grali muzykę alternatywną, organizowali warsztaty artystyczne. Z czasem dostrzegli potrzebę zwiększenia szans edukacyjnych dla dzieci na wsi i angażowania się w lokalne działania.

– Dziesięć lat temu, rozglądając się wokół siebie, zobaczyliśmy, że bardzo blisko są ośrodki dla cudzoziemców, w których nie pracują żadne organizacje pozarządowe. Przebywają w nich ludzie, którzy musieli uciekać ze swoich domów przed wojną i prześladowaniami. Uznaliśmy, że nie muszą być na marginesie życia – wspomina Ewa Kozdraj. Stowarzyszenie „Dla Ziemi” organizowało więc kursy zawodowe, zajęcia edukacyjne i artystyczne, kampanie informacyjne i szkolenia dla kadry pedagogicznej. W każde działanie włączani byli uchodźcy. Później pojawiła się współpraca ze Stowarzyszeniem Wspierania Aktywności „Bona Fides”, z którego inicjatywy działały Kluby Kobiet Aktywnych. W różnych miejscowościach organizowane były spotkania kobiet z klubów z uchodźczyniami i migrantkami (m.in. z Czeczenii, Dagestanu, Gruzji, Syrii i Ukrainy).

– Te spotkania pomagały obalić niejeden stereotyp i nawiązać kontakty, które utrzymywane były jeszcze długo po ich zakończeniu – wspomina Magdalena Kawa, jedna ze współpracowniczek Ewy Kozdraj, animatorka zajęć edukacyjnych. – To pozwoliło im wypełnić czas oczekiwania na decyzję pobytową. To oczekiwanie, jak same mówią, jest najgorsze i w tym bardzo im pomaga Ewa – dodaje Magdalena Kawa. W Łukowie, w Ośrodku dla Cudzoziemców powstała pracownia artystyczno-rzemieślnicza. – Stworzyłyśmy markę Craft for Dignity (rzemiosło dla godności) i pierwszy w Polsce sklep internetowy, w którym można kupić przedmioty tworzone przez uchodźczynie i migrantki. Uczą się wykonywania przedmiotów rzemiosła i sztuki, a to pozwala im, choćby w niewielkim stopniu, uniezależnić się i wesprzeć budżet rodziny – opisuje Kozdraj.

– Ewa ciągle coś załatwia. To lokalna bohaterka do zadań specjalnych – mówi Magdalena Kawa. – Jej codzienna praca to nieustanne dzwonienie, odpisywanie na e-maile, włączanie ludzi, którzy chcą pomagać. Potrzeb jest naprawdę dużo. Od porad psychologicznych czy prawnych, po zdobycie łóżek piętrowych i maszyn do szycia. Niedawno udało się nam zorganizować błyskawiczną zbiórkę na okulary dla osoby z bardzo dużą wadą wzroku – opisuje Magdalena Kawa. Zaangażowanie i empatia Ewy Kozdraj zostały dostrzeżone przez Komisję Europejską. Jest jedną z sześciu osób w Polsce, które zostały zaproszone przez Komisję Europejską do kampanii #EUProtects, czyli #UEChronimyWspolnie. To inicjatywa promująca osoby, które na co dzień przyczyniają się do poprawy jakości życia w UE.

Teraz Stowarzyszenie „Dla Ziemi”, w którym działa Ewa Kozdraj, jako jedyna organizacja w Polsce jest partnerem projektu More than Words realizowanego w ramach programu Erasmus+. Trzyletni projekt ma poszerzyć kompetencje edukatorów, pracowników socjalnych, profesjonalistów i aktywistów zaangażowanych we wspieranie migrantów i innych mniejszości. Program szkoleń skupia się na komunikacji niewerbalnej i sięganiu po środki wyrazu, jakie daje teatr, taniec, terapia przez humor czy opowiadanie historii (storytelling). – Wszystko po to, by zachęcić do dzielenia się swoimi historiami ludzi, którzy nie mówią w naszym języku. Najpierw porozumieć się z nimi, a później włączyć w działania społeczne, kulturalne – wyjaśnia Magdalena Kawa. Liderem projektu, który rozpoczął się pod koniec 2017 r., jest brytyjska organizacja Border Crossings. Były spotkania, treningi i warsztaty w Londynie, Berlinie, Potenzie i Budapeszcie.

Udział w projekcie More than Words dla Stowarzyszenia „Dla Ziemi” to uzupełnienie i przedłużenie działań podejmowanych przez oragnizację wobec uchodźców i migrantów – podkreśla Ewa Kozdraj. – Chcemy, by czuli się na Lubelszczyźnie bezpiecznie, ale też by mieszkańcy naszego regionu widzieli w uchodźcach ludzi potrzebujących pomocy, a nie zagrożenie.

Finałem projektu More than Words ma być stworzenie europejskiego modelu szkoleniowego dla organizacji rządowych i pozarządowych. Powstanie kanon dobrych praktyk, platforma szkoleń międzykulturowych online i film dokumentalny. Efekty pracy zostaną upowszechnione, a z opisanych doświadczeń i metod będą mogli korzystać edukatorzy pracujący z migrantami i innymi mniejszościami w krajach UE.

Programują się na przyszłość


Gdzie można spotkać przyszłych liderów cyfrowej rewolucji? W historycznej części Warszawy, pomiędzy Ogrodem Saskim, Teatrem Narodowym i Placem Bankowym. Tam znajduje się Szkoła Podstawowa nr 75. Pasją jej uczniów jest kodowanie.

– Programowanie i język angielski – te dwie umiejętności będą decydujące w przyszłości. Ja chciałbym być kiedyś programistą, ale myślę, że każdemu przyda się podstawowa wiedza z tego zakresu – mówi Michał, uczeń siódmej klasy Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej nr 75 w Warszawie. To właśnie w tej szkole realizowany jest międzynarodowy projekt Erasmus+ pod nazwą E-m@ti-on. W trwającym 2,5 roku projekcie uczestniczą uczniowie ze szkoły Michała, a także młodzież z Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Niemiec i Szwecji. Michał jest jednym z czwórki uczniów, którzy pojadą do Madrytu prezentować jeden z najciekawszych efektów projektu – uczniowie z warszawskiej podstawówki zbudowali z klocków LEGO własnego robota i zaprogramowali go: automat ma tańczyć w rytm muzyki.

Początki projektu jednak nie były takie wesołe. Agnieszka Danuta Pawlikowska, koordynatorka projektu w warszawskiej podstawówce wspomina, że gdyby nie ogromna pasja nauczycieli z kilku europejskich szkół, nie byłoby dziś tańczącego robota i radości dzieciaków. – Przy okazji programu eTwinning poznałam kilka fascynujących osób z zagranicznych placówek, później razem stworzyliśmy blog komunikacyjny Daily News, na którym uczniowie i nauczyciele pisali, co słychać w ich szkole – opowiada Pawlikowska. – Te działania zainspirowały mnie do stworzenia czegoś nowego, własnego projektu. Tak się złożyło, że w tym samym czasie od znajomego ze Stanów Zjednoczonych, który prowadzi klub robotyczny dostałam zestaw edukacyjnych klocków Lego Mindstroms, zaś od nauczyciela z Hiszpanii propozycję współpracy w projekcie Erasmus+. Pomyślałam, że warto to wykorzystać i poprzez zabawę zainteresować dzieciaki podstawą programowania.

I taką drogą grupa nauczycieli z sześciu krajów rozpoczęła pisanie projektu w ramach programu Erasmus+. Pierwszy wniosek został odrzucony, ale drugi został już zaakceptowany i sześć szkół otrzymało dotację w wysokości ok. 22 tys. euro. Projekt podzielono na trzy etapy: pierwszy miał skupiać się na nauce programowania w Scratchu (popularny program edukacyjny dla najmłodszych), w drugim narzędziem edukacji miało być Lego WeDo, w trzecim – też klocki duńskiej firmy, tyle że z bardziej zaawansowanej serii Mindstorms.

Po blisko trzech latach programu E-m@ti-on zadowolenia z jego efektów nie ukrywają uczniowie, nauczyciele, a także rodzice. – Bardzo dobrze, że dzieci uczą się programowania w tak wczesnym wieku. To nie tylko zdobywanie cennych praktycznych umiejętności, ale również rozwijanie wyobraźni – podsumowuje Magdalena Kocewiak, mama Oskara, który działa w programie.

W końcu w E-m@ti-on nie tylko o samo pisanie kodu chodzi. W założeniu pomysłodawców chodzi także o poprawienie wyników z matematyki, aktywację kreatywnego i logicznego myślenia, rozwijanie zdolności językowych w stopniu komunikatywnym oraz budowanie pozytywnych mechanizmów rozwiązywania konfliktów.

– Stawiamy na komunikację. W ramach tzw. lekcji odwróconych uczniowie uczą dorosłych programowania i kodowania min w aplikacji Scratch, kompetencji miękkich poprzez np. współpracę w grupie, wspólne wykonanie projektów zarówno w Polsce jak i podczas wyjazdów zagranicznych uczniów – wyjaśnia Pawlikowska. Jej koleżanka z projektu, Karolina Sokołowska podkreśla, że koniec projektu nie ma być końcem robotycznych i programistycznych działań w szkole. – Chcemy być pierwszą w Polsce podstawówką, gdzie programowanie będzie wiodącym przedmiotem. Dlatego chętnie włączamy się do wszelkich działań promujących zastosowanie nowoczesnych technologii w edukacji. Cel na najbliższą przyszłość: profesjonalne szkolne koło robotyczne, technologia informatyczna na różnych szkolnych lekcjach, udział w zawodach i współpraca z zespołami robotycznymi może np. w Stanach Zjednoczonych.

 

Jak matka z matką


Życie młodych mam bywa trudne. Mają wiele pytań i otrzymują jeszcze więcej odpowiedzi. By pomóc im jak najlepiej odnaleźć się w nowej roli powstał projekt Mommas coffee.

Projekt w ramach programu Erasmus+ jest wsparciem dla matek z Polski, Czech i hiszpańskiej Galicji. Dzięki niemu młode kobiety mają się nauczyć, jak łączyć macierzyństwo z pracą zawodową i jak w tym wszystkim znaleźć czas dla siebie. Inicjatorkami przedsięwzięcia są Katarzyna Szajda i Kamila Wierzbicka. Odpowiedzi na pytania o rodzicielstwo obie szukały wśród bliskich, w książkach i oczywiście w internecie. Okazało się, że doświadczenia wyniesione z domu często były sprzeczne z tymi w sieci. – Podczas zwykłej rozmowy przy kawie dowiedziałam się, że w Hiszpanii rozszerzanie diety dziecka zaczyna się od pomarańczy. Wiele nas różni, ale równie wiele łączy, również to, że każda z nas ma prawo szukać własnej drogi – opowiada Katarzyna Szajda. Dlatego, z rocznym Mateuszem na kolanach oraz z Kamilą, napisała projekt.

Obie wymyśliły, jak wyposażyć panie w wiedzę, kompetencje i narzędzia wspierające rozwój osobisty i zawodowy oraz zainspirować do bycia dobrymi matkami, partnerkami, a przede wszystkim kobietami świadomymi swojej wartości. Tego wszystkiego nauczą się uczestnicy projektu. Głównymi adresatkami są mamy dzieci do 10. roku życia. Ale nie tylko. – Projekt planowany był jako przestrzeń rozwoju dla matek, ale już teraz widzimy, że uczenie się zachodzi na wszystkich poziomach. Uczą się mamy, dzieci, ojcowie, członkowie zespołów organizacji partnerskich odpowiedzialnych za cały proces – podkreśla Kamila Wierzbicka, matka 2-letniego Teodora.

Tak zróżnicowany odbiorca to i zaleta, i wyzwanie, o czym można się było przekonać podczas międzynarodowego spotkania uczestników przedsięwzięcia, jakie zorganizowano w kwietniu w Lądku-Zdroju na Dolnym Śląsku. Było to pierwsze z sześciu takich spotkań, które są ważnym rezultatem projektu. Mamy dopiero się poznają i uczą się od siebie nawzajem – takie są założenia metody World cafe, w której tworzona jest przestrzeń do wymiany doświadczeń i rozwiązywania problemów w inspirującym środowisku podobnych osób. Mamy spotykają się i omawiają przypadek jednej z nich, podpowiadając własne pomysły. Tak rodzi się więź i poczucie własnej wartości.

Właśnie taka atmosfera panowała podczas lądeckiego spotkania. Kobiety miały poczuć się komfortowo oraz móc skonfrontować własne doświadczenia w międzykulturowym zespole. Jednym z poruszanych tematów były relacje młodej matki z teściową. Iwona, Michaela i Lorena, mamy z trzech krajów dobrze się rozumieją. Każda ma swoje własne doświadczenia w takich relacjach. Wiele je jednak łączy. – Język macierzyństwa jest uniwersalny – twierdzi Iwona w przerwie pomiędzy zajęciami. – Najważniejsze to znalezienie życiowego balansu, a nie ma jednej drogi – dodaje Lorena. Do Lądka-Zdroju przyjechały z dziećmi, partnerami, matkami, teściowymi, a nawet animatorkami. Maluchy były pod ich opieką, kiedy matki się uczyły. Jest to również element budowania więzi.

Ale spotkania to nie wszystko. Efektem projektu jest również magazyn online na stronie internetowej mommascoffee.eu. Jego koordynatorką jest Kamila Wierzbicka. – Blog ma dwie funkcje: pokazuje tematy, które poruszamy na spotkaniach międzynarodowych oraz jest narzędziem autorefleksji dla mam. To ważne, ponieważ spotkania trwają tylko tydzień, a blog zatrzymuje ich atmosferę i nasze myśli – wyjaśnia. W końcu uczestniczki mają być edukatorami dla matek w swoim otoczeniu. Mają promować ideę World cafe, zapraszając inne kobiety z sąsiedztwa do spotkań przy kawie i rozmów o tym, co jest dla nich ważne w macierzyństwie.

Storytelling – wyjście poza schematy


Do czego służy łyżeczka? Możemy zamieszać nią herbatę, ale może to być np. lustro lub wiosło. Jest szkoła, w której uczniowie przekonują się, że granicą niemożliwego jest ich własna wyobraźnia, a nauka może być inspirującym doświadczeniem.

Mowa o Centrum Kształcenia Ustawicznego w Białymstoku, które realizuje projekt pt. „Your life – your story” kierowany do osób dorosłych. Projekt przewidziano na dwa lata, a zakończy się w październiku 2019 r. Działania prowadzone są dwutorowo: w czasie regularnych zajęć przedmiotowych oraz dodatkowych warsztatów pozalekcyjnych.

Podczas warsztatów wykorzystywane są m.in. karty do gry Dixit oraz kostki Story Cubes. Oba rodzaje gadżetów mają za zadanie pobudzić wyobraźnię i skojarzenia uczestników warsztatów, tak aby mogli skonstruować dowolną historię czy opowieść z własnego życia. Umiejętność opowiadania można wykorzystać potem np. przy opracowywaniu lektur.

– Język jest jednym z podstawowych narzędzi naszej komunikacji. W trakcie zajęć zwracamy uwagę na umiejętności językowe i komunikacyjne uczestników. Jest to sposób rozwijania myślenia i jego wyrażania. Staramy się też wprowadzać ćwiczenia, które rozwijają kreatywność – mówi Małgorzata Tarasiuk, koordynatorka projektu, nauczycielka języka polskiego.

Co dają warsztaty storytellingu samym zainteresowanym? – Ciekawe jest zrozumienie idei myślenia pozaramowego, bo wiemy, że w codziennym życiu łyżeczka ma określony cel. Tutaj ten przedmiot może mieć wiele zastosowań. Przekłada się to na inne rzeczy, które musimy wykonać według określonego planu. Możemy założyć, że już na początku będziemy tymi ramami zmęczeni. Wyjście poza schemat pozwala się rozluźnić, przyspieszyć naukę – wyjaśnia 38-letni Artur, uczestnik warsztatów.

Małgorzata Tarasiuk dodaje: – Stajemy się społeczeństwem obrazkowym, stąd pomysł storytellingu. Tradycyjne metody nauczania zniechęcają uczestników do własnej inicjatywy.

Praca z dorosłymi wymaga również ciągłego dokształcania się nauczycieli. Dlatego oprócz zajęć stacjonarnych, koordynatorzy oraz członkowie projektu wyjechali też na zagraniczne szkolenia. Jedni uczyli się nowych technik nauczania, drudzy zdobywali pierwsze wielokulturowe doświadczenia. – Były dwa wyjazdy szkoleniowe. Pierwszy do Włoch, w ramach szkolenia dla kadry. Poznawaliśmy różne metody: wyrażanie historii poprzez ciało, słowa, film, tworzenie historii poprzez narzędzia IT. Tworzenie komiksów, jako metody opowiadania. Po powrocie przekazaliśmy zdobytą wiedzę swoim koleżankom i kolegom. Kolejnym szkoleniem było szkolenie w Portugalii, zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów – opowiada Małgorzata Tarasiuk.

Basia ma 55 lat, Bogusia 54 lata, obie panie wzięły udział w wymianie w zagranicznej. – To był mój pierwszy lot samolotem. Było to wyzwaniem – czy poradzę sobie w międzynarodowym środowisku. Praca w grupach międzynarodowych była przyjemna. Inni, wiedząc, że słabo mówimy po angielsku, próbowali nas zrozumieć przy pomocy tłumaczów, zachęcali do komunikowania się – opowiada Basia.

Bogusia dodaje: – Na szkoleniu w Portugalii posługiwaliśmy się wyłącznie językiem angielskim. Nie ukrywam, że nie było to łatwe, ale udało mi się. Poznałam nowych ludzi, inne kultury, ćwiczyłam posługiwanie się obcym językiem.

Słuchanie niesłyszących


Migowy jest pierwszym językiem osób niesłyszących. Uczą się go zanim poznają język polski. Mają swoją odrębną kulturę, są bardzo wrażliwi i mają doskonale rozwinięte pozostałe zmysły. Świat osób z problemami słuchu przybliża projekt Wypracowanie materiałów dydaktycznych do szkoleń zawodowych osób głuchych w sektorze HORECA.

Podsumowano go 14 czerwca we wrocławskim hotelu HP Park Plaza. Poza uczestnikami, trwającego trzy lata, projektu na konferencji wystąpili również – jako prelegenci – pracodawcy zatrudniający głuchych. Pokazali, że osoby niesłyszące lub słabosłyszące mogą być dobrymi i cenionymi pracownikami. Choć osoby głuche nie są grupą docelową projektu w dosłownym znaczeniu, to uczestniczyły w opracowaniu jego rezultatów. Jednym z nich są szkolenia zawodowe dla osób z problemami słuchu zainteresowanych pracą w hotelarstwie i gastronomii, czyli w sektorze HORECA (ang. Hotel, Restaurant, Catering/Café). W związku z tym we wrocławskim hotelu nakręcono filmy instruktażowe, które mogą być przydatne również dla pracodawców i nauczycieli zawodu. Ich bohaterem jest Jacek Pacewicz, który opowiada o swoich doświadczeniach na rynku pracy i o tym, że z osobami słyszącymi komunikuje się za pomocą gestów.

O genezie projektu mówiła podczas konferencji Urszula Załuska, wiceprezes firmy Dobre Kadry, koordynatora projektu. Wskazywała na problemy z pracownikami w sektorze HORECA. Rozwiązaniem może być zatrudnianie głuchych. – Pracodawcy boją się jednak trudności w komunikacji – podkreśla Załuska. Projekt ma to zmienić. Służy temu drugi z rezultatów projektu – Głusi w pracy – Vademecum dla pracodawców z sektora HORECA, czyli przewodnika po świecie pracowników z problemami słuchu, który ma na celu przygotować zatrudniających osoby niesłyszące. Taką potrzebę widzą sami głusi. Agnieszka Zając współpracuje z Dobrymi Kadrami jako tłumacz języka migowego. – Muszę reprezentować moje środowisko i pokazać, że głuchy może dużo, może więcej – przekonuje. Jej zdanie podziela Agnieszka Gozdek, menadżerka w restauracji McDonald’s w Zgorzelcu. Uważa, że głuchy może pracować i osiągać sukcesy. Trzeba chcieć i być otwartym na komunikację.

W komunikacji pomiędzy niesłyszącymi i pracodawcami ma pomóc trzeci z rezultatów projektu – słownik tematyczny zawierający słownictwo branżowe, nagrany w językach migowych i werbalnych. Było to dużym wyzwaniem, ponieważ każdy język narodowy ma własny język migowy. Dobre Kadry, oprócz hotelu HP Park Plaza, zaprosiły partnera greckiego i węgierskiego. Uczestniczyli oni w opracowaniu i promocji rezultatów projektu. Christodoulos Akrivos z Grecji uważa, że atutem przedsięwzięcia było połączenie różnych aspektów: społecznych, kulturowych i kulinarnych. Dla Greków było to pierwsze doświadczenie w projektach adresowanych do głuchych. – Zmieniłem moje postrzeganie osób z problemami słuchu i zamierzam włączać się w podobne działania – deklaruje. Wspólnie z Dobrymi Kadrami planuje nowy projekt: głusi jako turyści.

Bernadetta Kiss reprezentuje węgierskiego partnera zajmującego się wspieraniem osób głuchych na rynku pracy. Sama od urodzenia niedosłyszy. Projekt był trudny dla jej organizacji ze względu na słabą znajomość angielskiego na Węgrzech. Było to również pierwsze doświadczenie w partnerskich projektach międzynarodowych. Fundacja otworzyła się na nowych partnerów. Kiss jest bardzo zadowolona ze słownika i z Vademecum. – Podręcznik odgrywa istotną rolę w komunikacji pomiędzy słyszącymi i niesłyszącymi – podkreśla.

– Z każdą osobą niepełnosprawną można się porozumieć – twierdzi Paweł Parus, pełnomocnik marszałka województwa dolnośląskiego ds. osób z niepełnosprawnościami. Sam porusza się na wózku inwalidzkim i wie, jak ważne jest stworzenie przyjaznej przestrzeni dla osób z problemami słuchu. – Warto otworzyć się na takich pracowników na rynku pracy. Marcin Krzyżanowski, wicemarszałek województwa dolnośląskiego dodaje. – Nas, Europejczyków nie stać, aby marnować tkwiący w nas potencjał – podkreśla.

Moje wielkie greckie gotowanie


Młodzi z Łosic często boją się wyjechać nawet do Warszawy. Dzięki projektowi z programu Erasmus+ staramy się wyrównywać ich szanse – mówią nauczyciele z tamtejszej szkoły. W ciągu dwóch lat w zagranicznym stażu wzięło udział 80 uczniów. W tym roku wyjadą kolejni

Łosice to małe miasto tuż przy granicy z Białorusią. Mieszka tam ok. 7 tys. osób. W greckiej Leptokarii nad Morzem Egejskim – dwa razy mniej. W linii prostej obie miejscowości dzieli ponad 1,6 tys. km. – I właśnie w okolice Riwiery Olimpijskiej wysłaliśmy na praktyki 80 uczniów. Przez dwa tygodnie po osiem godzin dziennie pracowali w luksusowych restauracjach i cztero- lub pięciogwiazdkowych hotelach – mówi Radosław Chatkiewicz, wicedyrektor Zespołu Szkół nr 3 im. Stanisława Staszica w Łosicach.

W Grecji polscy uczniowie z klasy hotelarskiej zapoznawali się z tym, jak wygląda praca w recepcji, sprzątanie w pokojach, ale też mieli możliwość kontaktu z gośćmi. – Młodzież była dzielona na mniejsze grupy i rotacyjnie każdego dnia wymieniała się pracą, tak by nie było monotonnie – wyjaśnia Chatkiewicz. Z kolei uczniowie kształcący się w zawodzie technik żywienia i usług gastronomicznych całe dnie spędzali w chętnie odwiedzanych przez turystów restauracjach. – Mogli zobaczyć, jak wygląda praca w kuchni od kuchni. Jesteśmy z małej miejscowości, gdzie dostęp do świeżych owoców morza jest bardzo utrudniony. A w Grecji mogli nie tylko je dobrze poznać, lecz także nauczyć się je odpowiednio przygotowywać i  serwować gościom – dodaje wicedyrektor.

Nie chciało się kłaść spać

Dwie Ole i Magda z III klasy uczą się technik żywienia i usług gastronomicznych. W Grecji były pierwszy raz. – Nigdy tego wyjazdu nie zapomnę. To było wspaniałe doświadczenie na całe życie. Kelnerowałyśmy, pomagałyśmy w kuchni, pracowałyśmy na zmywaku – opowiada Ola.

Magda wspomina doskonałą atmosferę. – Może to kwestia tego, że obsługiwałyśmy często turystów z Polski, bo przyjeżdża ich tam wyjątkowo dużo. Ale na stażu było też sporo Greków w naszym wieku. I nawet znali polskie słowa: „ogórki”, „pomidory”, „dzień dobry”, „dobranoc” – śmieje się. Dodaje, że podczas stażu miały też czas na wizytę na plantacjach oliwek, winorośli i kiwi, a także w zakładzie produkującym sery feta.

Druga Ola była zachwycona widokami. – Jeszcze przed wyjazdem oglądałam Grecję na zdjęciach i bardzo mi się podobała. Ale jak tam pojechałam i zobaczyłam ją na własne oczy, byłam zafascynowana. Po zachodzie słońca okolica, w której mieszkaliśmy, ma taki urok i wyjątkowy klimat, że nie chciało się kłaść spać.

W Grecji uczniowie z Łosic pracowali razem z rówieśnikami m.in. z Rumunii i Czech. Wicedyrektor Chatkiewicz jest zaskoczony tym, jak szybko jego podopieczni przełamali barierę językową. – Wiedziałem, że potrafią się porozumiewać po angielsku, ale co innego jest rozmawiać w obcym języku w szkole, a co innego za granicą w naturalnych sytuacjach. Podczas wyjazdu stali się dużo bardziej pewni siebie – podkreśla.

Miód na serce

Ola przyznaje, że stresowała się koniecznością nawiązania kontaktów z obcokrajowcami. – Bardzo się bałam, że nie dogadam się z rówieśnikami z innych krajów, ale nie miałam wyjścia. Musiałam zacząć mówić po angielsku. Do dziś utrzymuję z nimi kontakt na Facebooku. Dzięki temu, że w Grecji podszlifowałam angielski, teraz rozmawiam płynnie. To mi się przydaje też w szkole – cieszy się.

Ola docenia również dwa tygodnie spędzone w greckich restauracjach. – Najwięcej frajdy sprawiało mi przygotowywanie posiłków. Nikt na nas nie krzyczał, jak w tych wszystkich kulinarnych programach telewizyjnych. A najprzyjemniejsze było patrzenie na gości, którzy jedli moje dania. To miód na moje serce, kiedy wiem, że swoją pracą daję innym przyjemność – opowiada 19-latka.

Poza zdobywaniem doświadczenia uczniowie mieli też czas, by poznać lepiej Grecję. W weekend pojechali na wycieczkę na Meteory, zwane ósmym cudem świata. Podczas greckiego wieczoru mogli poznać tamtejszą muzykę i tańce.

Zdolni i wrażliwi ludzie

Zagraniczne staże zawodowe nie są nowością w szkole w Łosicach. Wcześniej podobne wyjazdy organizowano do Włoch i Portugalii. – Mamy duże doświadczenie w takich projektach, zaczynaliśmy już od programu Leonardo da Vinci – mówi wicedyrektor szkoły. Zwraca też uwagę, że realizowane projekty są odpowiedzią na lokalne problemy: bezrobocie, dużą konkurencję i migracje.

I są tego efekty. Absolwentów szkoły w Łosicach często można spotkać w najlepszych restauracjach i hotelach w całej Polsce. – Nasza miejscowość jest najdalej wysuniętym na wschód powiatem w województwie mazowieckim. Dzięki takim projektom otwieramy się na świat – podkreśla Dariusz Stasiuk, nauczyciel przedmiotów zawodowych. – Młodzież z małych miejscowości jest zakompleksiona. Boi się wyjechać nawet do Warszawy, bo nie wie, jak zostanie tam przyjęta. Staramy się wyrównywać szanse naszych uczniów. Bardzo ważne jest kształtowanie poczucia własnej wartości. A to są fantastyczni, wrażliwi ludzie. Jeśli traktuje się ich po partnersku, to odwdzięczają się nam za ten trud. Do dziś moi uczniowie sprzed 20 lat kłaniają mi się na ulicy – opowiada z entuzjazmem.

 Restauracja piękna jak ja

Po powrocie do Polski uczniowie z Łosic nie spoczęli na laurach i dalej wyjeżdżają na praktyki. Tym razem do Warszawy. Ci z klasy gastronomicznej uczą się pod okiem kucharzy w restauracji El Greco, wyróżnionej Gold Award of Quality and Taste dla najlepszej restauracji greckiej poza granicami. – Jej właściciel jest Grekiem i zaprosił naszych uczniów na praktyki. Pomagają w kuchni, wydają posiłki – opowiada wicedyrektor. Dziewczyny z trudem znajdują chwilę na rozmowę. – Nie ma dużej różnicy między pracą w tej restauracji a pracą w tych, które poznaliśmy podczas stażu w Grecji – mówi Ola. Dla gości przygotowuje małe szaszłyki z serem feta i pomidorkami koktajlowymi. Po chwili wyznaje: – Chciałabym być kiedyś szefem kuchni we własnej restauracji. Jaka by była? Piękna jak ja! – wykrzykuje i wybucha śmiechem.

Druga Ola w El Greco pomaga kucharzowi: obiera ogórki, przyprawia mięso, przygotowuje sałatki. W przyszłości marzy jej się własna pizzeria. Z kolei Magda przygotowała ratatuj. Wszystkich dań próbował ich opiekun i nauczyciel. – Przetestowałem. Dania były fantastyczne – zachwala Dariusz Stasiuk. – Jestem o dziewczyny spokojny. Dzięki takim projektom jak ten z Erasmus+ nasi uczniowie pracują później w dobrych hotelach i restauracjach w Warszawie, Sopocie, Krakowie. Wchodzą tam z podniesioną głową, bo znają się na gotowaniu i obsłudze gości. Wiedzą, jak połączyć smaki, jak się nimi bawić, jak dobrze zadbać o komfort klienta – cieszy się nauczyciel.

Książka wciąż pociąga młodych ludzi


Nowy Targ już drugi raz był gospodarzem finałowej gali Booktrailer Film Festival. Tamtejszy Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 2 pierwszy w Polsce połknął festiwalowego bakcyla, a jako beneficjent programu Erasmus+ rozpropagował ideę konkursu w całym kraju

Podczas kryzysu czytelnictwa zobaczyliśmy, że książka jest fascynującą inspiracją do zrobienia filmu, że wciąż pociąga młodych ludzi – mówi jurorka konkursu dr Agnieszka Kania z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Oni żyją w przestrzeni obrazu, mediów. Umiejętności nauczycieli, polegające na zachęceniu uczniów do przełożenia tekstu na film i pokazania go w innych okolicznościach, są czymś nie do przecenienia.

W tym roku do udziału w konkursie zgłoszono 63 filmy z 29 szkół. Jurorzy oceniali filmy pod kątem walorów artystycznych i technicznych, potencjału promocyjnego, oryginalności interpretacji tekstu literackiego oraz oryginalności języka filmowego. Najlepszymi booktrailerami, czyli filmowymi zwiastunami książek okazały się

  • poetycka, utrzymana w czarno-białej konwencji „Siekierezada” (I miejsce),
  • mocno uwspółcześnione „Cierpienia młodego Wertera” (nagroda publiczności, wyróżnienie jury),
  • intrygujący „Dom sióstr” (II miejsce),
  • poruszająca „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” (III miejsce),
  • imponujący dojrzałością interpretacji „Pamiętnik Dawida Rubinowicza” (wyróżnienie),
  • kreatywnie przetworzona „Ferdydurke”,
  • oryginalna animacja „Rok 1984”,
  • mroczna „Czarownica z Dark Falls”,
  • piękne wizualnie „Zapisane w wodzie”,
  • ciekawa koncepcyjnie „Zbrodnia i kara”.

– „Siekierezada” to lektura uniwersalna, możemy ją przełożyć na nasze czasy. To książka o rąbaniu drewna, tak na dobrą sprawę. W naszym świecie, który dąży do autodestrukcyjnej samotności, my szukamy tego prawdziwego świata w takich trywialnych czynnościach jak rąbanie drewna właśnie – mówi o wyborze lektury Dawid Gondek, uczeń I LO im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu, reżyser zwycięskiego booktrailera.

Historia Booktrailer Film Festival w Polsce związana jest nierozerwalnie z Zespołem Szkół Ogólnokształcących nr 2 w Nowym Targu. To właśnie tam, przed dwoma laty, powstały pierwsze polskie booktrailery. Jeden z nich dostał główną nagrodę na BFF 2017 we Włoszech, kolejny był prezentowany w ramach promocji Booktrailera na MFF w Wenecji. Współpraca z Liceo scientifico di Stato w Brescii – miejscem, gdzie narodził się festiwal – zaowocowała przystąpieniem do unijnego programu Erasmus+, w ramach którego zorganizowano festiwal.

Na polską galę 15 marca zaproszono twórców 10 najlepszych booktrailerów – uczniów liceów oraz dwóch szkół podstawowych.

Teatr na emeryturze


Co maska wyzwala w seniorze? Kiedy nie ma mimiki, postać gra całym ciałem – warsztaty teatralne aktorów w maskach pod hasłem „Ludzie z miasta Łodzi” zwieńczyły projekt „Uczymy się, by służyć innym – społecznie zaangażowana edukacja teatralna”

Siwowłosa Maria nakłada maskę i zaczyna mówić głosem nieśmiałej nastolatki: – Mam na imię Marysia, dobre oceny i dziadka, dumnego z ułożonej wnuczki. Dziś wziął mnie do swojej pracy. To przedsiębiorstwo transportowe przy Piotrkowskiej. Dziadek wchodzi po coś do biura, ja zostaję na zewnątrz. Od razu zaczynają mnie podszczypywać. „O, jakie ładne masz warkocze, Marysiu, jakie różowe policzki”. Stoję tak wśród tych kierowców, ale nagle wybucham: „Srysia, nie Marysia!” – krzyczę. Akurat, gdy wraca dziadek. Jest na mnie zły. Tak bardzo chciał się mną pochwalić…

Maria dostaje długie oklaski od dziesięciorga seniorów. Za szczerość w odegraniu wspomnienia sprzed pół wieku i za odwagę, bo zaimprowizowała etiudę jako jedna z pierwszych. Za chwilę będzie jej dubel: dwóch uczestników warsztatów też chwyci za maski, aby zagrać podszczypujących.

Zaczęło się w Bułgarii

Po co te maski? Kiedy nie ma mimiki, relacje między postaciami, ich przeżycia i emocje muszą być wyrażane całym ciałem. To poszerza środki wyrazu aktora. A seniorzy zebrani w Poleskim Ośrodku Sztuki (POS) są właśnie aktorami. W większości przypadków ich przygoda z teatrem zaczęła się na emeryturze. Teraz regularnie spotykają się w kilku grupach. Warsztaty pod hasłem „Ludzie z miasta Łodzi” były zwieńczeniem projektu zrealizowanego w ramach programu Erasmus+ Edukacja dorosłych.

Zaczęło się w Bułgarii. Aby poznać m.in. metody kontroli ruchu ciała, w marcu 2018 r. na kurs organizowany przez sofijski Teatr Tsvete wyjechały m.in. instruktorki teatralne, terapeutki i edukatorki dramy. Maski, które rok później nałożyli seniorzy, powstały przy współudziale plastyczek z Centralnego Muzeum Włókiennictwa.

Jest wojna

Nie wszyscy seniorzy pochodzą z Łodzi. Cztery prowadzące proszą rodowitych łodzian o zebranie się w kręgu na środku sali. Pozycje pozostałych mają odpowiadać geograficznie miejscom, z których przybyli. Najdalej na wschód staje Zbyszek, pochodzący z Brześcia (dziś Białoruś). – A teraz zamknij oczy i opowiedz, co widzisz – pada polecenie. – Mam kilka lat. Jest wojna. Prawie zawsze jestem głodny. Ale mama wynalazła gdzieś kromkę chleba i dała mi ją. Idę przez gospodarstwo. Potykam się, kromka mi wypada. Dwa kruki podnoszą ją dziobami. Są tak ogromne, że boję się o nią walczyć…

Za kolejną maską ukrywa się Halina. – To było kilka lat temu. Jadę wiosną przez park Poniatowskiego. Rowerem. Jest tak pięknie, że staję, by ozdobić go kwiatami i zielonymi gałązkami. Potem pedałuję na wystawę designu rowerowego. Chcę przed nią zaparkować, ale nie ma mojego zapięcia. Proszę młodych ludzi, żeby popilnowali. Kiedy wracam, przy moim ukwieconym rowerze jest tłum i wszyscy robią mu zdjęcia. Myślą, że to eksponat! I dostaję propozycję dołączenia do Masy Krytycznej. Następnego dnia jedzie za mną tysiąc osób!

Pod koniec warsztatów kilkoro seniorów zaproponowało, aby z ich łódzkich wspomnień złożyć spektakl.

Nowe umiejętności zamiast wykluczenia


Jak pomóc dorosłym osobom, które mają problem ze zrozumieniem listu z urzędu? Co zrobić, by podnieść ich kompetencje i zwiększyć ich szanse na rynku pracy? W jaki sposób zapobiegać wykluczeniu społecznemu? To podstawowe pytania, na jakie poszukują odpowiedzi eksperci w projekcie „Szansa –nowe możliwości dla dorosłych”.

Realizuje go Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji we współpracy z Instytutem Badań Edukacyjnych.

Eksperci mają wskazać grupy docelowe, do których będzie przeznaczony program. – To trudne zadanie, wytypowaliśmy 12 grup – podkreśla Iwona Krasowicz-Korulczyk, jedna z ekspertek współpracujących z FRSE. – Teraz musimy ocenić, która potrzebuje go najbardziej i wskazać trzy.

Wśród potencjalnych beneficjentów programu są:

  • kobiety wracające na rynek pracy,
  • osoby z terenów wiejskich,
  • seniorzy,
  • osoby z niskim wykształceniem,
  • osoby z niepełnosprawnościami.

Wybór miały ułatwić wizyty studyjne w miejscowościach, które mogą zostać włączone do projektu. Jedną z nich jest Gościeradów. W tej popegeerowskiej gminie wielu mieszkańców nie stać na utrzymanie dzieci w szkołach średnich lub na studiach. – Edukacja często kończyła się tu kiedyś na szkole podstawowej, a w ostatnich latach na gimnazjum – mówi Anna Łuba, kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej. – Korzystamy z każdej okazji, by szkolić i podnosić kwalifikacje, organizujemy staże i praktyki, współpracujemy z lokalnymi stowarzyszeniami, stworzyliśmy Dzienny Dom Seniora. Potrzeby są duże. Często docierają do nas osoby, które nie rozumieją prostych zawiadomień z urzędu, czy sądu, w związku z czym wpadają w kłopoty. Pomagamy, ale chodzi przecież o to, by sami potrafili napisać proste podanie czy wniosek.

Takich lub podobnych gmin w Polsce i Europie jest wciąż dużo. Wydawałoby się ,że umiejętność czytania i pisania jest powszechna, a szacuje się jednak, że 20–25 proc. Europejczyków ma z tym problem, także Polacy. Specjaliści mówią o niskich umiejętnościach podstawowych, takich jak: czytanie i rozumienie tekstu, liczenie i rozumowanie matematyczne, umiejętność korzystania z komputera, ale również komunikacja interpersonalna, dostosowanie do zmian, praca w zespole, wyznaczanie realistycznych celów życiowych, radzenie sobie w sytuacji konfliktu, podejmowanie decyzji oraz wykazywanie się inicjatywą. Dlatego też powstał projekt „Szansa – nowe możliwości dla dorosłych”. Skorzysta z niego co najmniej tysiąc Polaków, którzy mają niski poziom umiejętności podstawowych.

Około 70 przeprowadzonych wizyt studyjnych to dopiero pierwszy etap projektu. Drugi rozpocznie się w lipcu. Wtedy zostanie ogłoszony konkurs na opracowanie modeli kształcenia, zostaną wybrani grantobiorcy i rozpoczną się pilotażowe realizacje wybranych modeli. O granty będą mogły ubiegać się m.in. instytucje edukacyjne dla dorosłych, instytucje rynku pracy, organizacje pracodawców, związki zawodowe, izby rzemieślnicze, biblioteki, instytucje kultury czy uniwersytety trzeciego wieku. Trzeci etap to przygotowanie rekomendacji, które zostaną wykorzystane w polityce i strategii polskiego rządu w celu poprawy umiejętności dorosłych Polaków. Z tych założeń będą korzystać instytucje zajmujące się w Polsce edukacją dla dorosłych.