Moje wielkie greckie gotowanie


Młodzi z Łosic często boją się wyjechać nawet do Warszawy. Dzięki projektowi z programu Erasmus+ staramy się wyrównywać ich szanse – mówią nauczyciele z tamtejszej szkoły. W ciągu dwóch lat w zagranicznym stażu wzięło udział 80 uczniów. W tym roku wyjadą kolejni

Łosice to małe miasto tuż przy granicy z Białorusią. Mieszka tam ok. 7 tys. osób. W greckiej Leptokarii nad Morzem Egejskim – dwa razy mniej. W linii prostej obie miejscowości dzieli ponad 1,6 tys. km. – I właśnie w okolice Riwiery Olimpijskiej wysłaliśmy na praktyki 80 uczniów. Przez dwa tygodnie po osiem godzin dziennie pracowali w luksusowych restauracjach i cztero- lub pięciogwiazdkowych hotelach – mówi Radosław Chatkiewicz, wicedyrektor Zespołu Szkół nr 3 im. Stanisława Staszica w Łosicach.

W Grecji polscy uczniowie z klasy hotelarskiej zapoznawali się z tym, jak wygląda praca w recepcji, sprzątanie w pokojach, ale też mieli możliwość kontaktu z gośćmi. – Młodzież była dzielona na mniejsze grupy i rotacyjnie każdego dnia wymieniała się pracą, tak by nie było monotonnie – wyjaśnia Chatkiewicz. Z kolei uczniowie kształcący się w zawodzie technik żywienia i usług gastronomicznych całe dnie spędzali w chętnie odwiedzanych przez turystów restauracjach. – Mogli zobaczyć, jak wygląda praca w kuchni od kuchni. Jesteśmy z małej miejscowości, gdzie dostęp do świeżych owoców morza jest bardzo utrudniony. A w Grecji mogli nie tylko je dobrze poznać, lecz także nauczyć się je odpowiednio przygotowywać i  serwować gościom – dodaje wicedyrektor.

Nie chciało się kłaść spać

Dwie Ole i Magda z III klasy uczą się technik żywienia i usług gastronomicznych. W Grecji były pierwszy raz. – Nigdy tego wyjazdu nie zapomnę. To było wspaniałe doświadczenie na całe życie. Kelnerowałyśmy, pomagałyśmy w kuchni, pracowałyśmy na zmywaku – opowiada Ola.

Magda wspomina doskonałą atmosferę. – Może to kwestia tego, że obsługiwałyśmy często turystów z Polski, bo przyjeżdża ich tam wyjątkowo dużo. Ale na stażu było też sporo Greków w naszym wieku. I nawet znali polskie słowa: „ogórki”, „pomidory”, „dzień dobry”, „dobranoc” – śmieje się. Dodaje, że podczas stażu miały też czas na wizytę na plantacjach oliwek, winorośli i kiwi, a także w zakładzie produkującym sery feta.

Druga Ola była zachwycona widokami. – Jeszcze przed wyjazdem oglądałam Grecję na zdjęciach i bardzo mi się podobała. Ale jak tam pojechałam i zobaczyłam ją na własne oczy, byłam zafascynowana. Po zachodzie słońca okolica, w której mieszkaliśmy, ma taki urok i wyjątkowy klimat, że nie chciało się kłaść spać.

W Grecji uczniowie z Łosic pracowali razem z rówieśnikami m.in. z Rumunii i Czech. Wicedyrektor Chatkiewicz jest zaskoczony tym, jak szybko jego podopieczni przełamali barierę językową. – Wiedziałem, że potrafią się porozumiewać po angielsku, ale co innego jest rozmawiać w obcym języku w szkole, a co innego za granicą w naturalnych sytuacjach. Podczas wyjazdu stali się dużo bardziej pewni siebie – podkreśla.

Miód na serce

Ola przyznaje, że stresowała się koniecznością nawiązania kontaktów z obcokrajowcami. – Bardzo się bałam, że nie dogadam się z rówieśnikami z innych krajów, ale nie miałam wyjścia. Musiałam zacząć mówić po angielsku. Do dziś utrzymuję z nimi kontakt na Facebooku. Dzięki temu, że w Grecji podszlifowałam angielski, teraz rozmawiam płynnie. To mi się przydaje też w szkole – cieszy się.

Ola docenia również dwa tygodnie spędzone w greckich restauracjach. – Najwięcej frajdy sprawiało mi przygotowywanie posiłków. Nikt na nas nie krzyczał, jak w tych wszystkich kulinarnych programach telewizyjnych. A najprzyjemniejsze było patrzenie na gości, którzy jedli moje dania. To miód na moje serce, kiedy wiem, że swoją pracą daję innym przyjemność – opowiada 19-latka.

Poza zdobywaniem doświadczenia uczniowie mieli też czas, by poznać lepiej Grecję. W weekend pojechali na wycieczkę na Meteory, zwane ósmym cudem świata. Podczas greckiego wieczoru mogli poznać tamtejszą muzykę i tańce.

Zdolni i wrażliwi ludzie

Zagraniczne staże zawodowe nie są nowością w szkole w Łosicach. Wcześniej podobne wyjazdy organizowano do Włoch i Portugalii. – Mamy duże doświadczenie w takich projektach, zaczynaliśmy już od programu Leonardo da Vinci – mówi wicedyrektor szkoły. Zwraca też uwagę, że realizowane projekty są odpowiedzią na lokalne problemy: bezrobocie, dużą konkurencję i migracje.

I są tego efekty. Absolwentów szkoły w Łosicach często można spotkać w najlepszych restauracjach i hotelach w całej Polsce. – Nasza miejscowość jest najdalej wysuniętym na wschód powiatem w województwie mazowieckim. Dzięki takim projektom otwieramy się na świat – podkreśla Dariusz Stasiuk, nauczyciel przedmiotów zawodowych. – Młodzież z małych miejscowości jest zakompleksiona. Boi się wyjechać nawet do Warszawy, bo nie wie, jak zostanie tam przyjęta. Staramy się wyrównywać szanse naszych uczniów. Bardzo ważne jest kształtowanie poczucia własnej wartości. A to są fantastyczni, wrażliwi ludzie. Jeśli traktuje się ich po partnersku, to odwdzięczają się nam za ten trud. Do dziś moi uczniowie sprzed 20 lat kłaniają mi się na ulicy – opowiada z entuzjazmem.

 Restauracja piękna jak ja

Po powrocie do Polski uczniowie z Łosic nie spoczęli na laurach i dalej wyjeżdżają na praktyki. Tym razem do Warszawy. Ci z klasy gastronomicznej uczą się pod okiem kucharzy w restauracji El Greco, wyróżnionej Gold Award of Quality and Taste dla najlepszej restauracji greckiej poza granicami. – Jej właściciel jest Grekiem i zaprosił naszych uczniów na praktyki. Pomagają w kuchni, wydają posiłki – opowiada wicedyrektor. Dziewczyny z trudem znajdują chwilę na rozmowę. – Nie ma dużej różnicy między pracą w tej restauracji a pracą w tych, które poznaliśmy podczas stażu w Grecji – mówi Ola. Dla gości przygotowuje małe szaszłyki z serem feta i pomidorkami koktajlowymi. Po chwili wyznaje: – Chciałabym być kiedyś szefem kuchni we własnej restauracji. Jaka by była? Piękna jak ja! – wykrzykuje i wybucha śmiechem.

Druga Ola w El Greco pomaga kucharzowi: obiera ogórki, przyprawia mięso, przygotowuje sałatki. W przyszłości marzy jej się własna pizzeria. Z kolei Magda przygotowała ratatuj. Wszystkich dań próbował ich opiekun i nauczyciel. – Przetestowałem. Dania były fantastyczne – zachwala Dariusz Stasiuk. – Jestem o dziewczyny spokojny. Dzięki takim projektom jak ten z Erasmus+ nasi uczniowie pracują później w dobrych hotelach i restauracjach w Warszawie, Sopocie, Krakowie. Wchodzą tam z podniesioną głową, bo znają się na gotowaniu i obsłudze gości. Wiedzą, jak połączyć smaki, jak się nimi bawić, jak dobrze zadbać o komfort klienta – cieszy się nauczyciel.

Książka wciąż pociąga młodych ludzi


Nowy Targ już drugi raz był gospodarzem finałowej gali Booktrailer Film Festival. Tamtejszy Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 2 pierwszy w Polsce połknął festiwalowego bakcyla, a jako beneficjent programu Erasmus+ rozpropagował ideę konkursu w całym kraju

Podczas kryzysu czytelnictwa zobaczyliśmy, że książka jest fascynującą inspiracją do zrobienia filmu, że wciąż pociąga młodych ludzi – mówi jurorka konkursu dr Agnieszka Kania z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Oni żyją w przestrzeni obrazu, mediów. Umiejętności nauczycieli, polegające na zachęceniu uczniów do przełożenia tekstu na film i pokazania go w innych okolicznościach, są czymś nie do przecenienia.

W tym roku do udziału w konkursie zgłoszono 63 filmy z 29 szkół. Jurorzy oceniali filmy pod kątem walorów artystycznych i technicznych, potencjału promocyjnego, oryginalności interpretacji tekstu literackiego oraz oryginalności języka filmowego. Najlepszymi booktrailerami, czyli filmowymi zwiastunami książek okazały się

  • poetycka, utrzymana w czarno-białej konwencji „Siekierezada” (I miejsce),
  • mocno uwspółcześnione „Cierpienia młodego Wertera” (nagroda publiczności, wyróżnienie jury),
  • intrygujący „Dom sióstr” (II miejsce),
  • poruszająca „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” (III miejsce),
  • imponujący dojrzałością interpretacji „Pamiętnik Dawida Rubinowicza” (wyróżnienie),
  • kreatywnie przetworzona „Ferdydurke”,
  • oryginalna animacja „Rok 1984”,
  • mroczna „Czarownica z Dark Falls”,
  • piękne wizualnie „Zapisane w wodzie”,
  • ciekawa koncepcyjnie „Zbrodnia i kara”.

– „Siekierezada” to lektura uniwersalna, możemy ją przełożyć na nasze czasy. To książka o rąbaniu drewna, tak na dobrą sprawę. W naszym świecie, który dąży do autodestrukcyjnej samotności, my szukamy tego prawdziwego świata w takich trywialnych czynnościach jak rąbanie drewna właśnie – mówi o wyborze lektury Dawid Gondek, uczeń I LO im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu, reżyser zwycięskiego booktrailera.

Historia Booktrailer Film Festival w Polsce związana jest nierozerwalnie z Zespołem Szkół Ogólnokształcących nr 2 w Nowym Targu. To właśnie tam, przed dwoma laty, powstały pierwsze polskie booktrailery. Jeden z nich dostał główną nagrodę na BFF 2017 we Włoszech, kolejny był prezentowany w ramach promocji Booktrailera na MFF w Wenecji. Współpraca z Liceo scientifico di Stato w Brescii – miejscem, gdzie narodził się festiwal – zaowocowała przystąpieniem do unijnego programu Erasmus+, w ramach którego zorganizowano festiwal.

Na polską galę 15 marca zaproszono twórców 10 najlepszych booktrailerów – uczniów liceów oraz dwóch szkół podstawowych.

Teatr na emeryturze


Co maska wyzwala w seniorze? Kiedy nie ma mimiki, postać gra całym ciałem – warsztaty teatralne aktorów w maskach pod hasłem „Ludzie z miasta Łodzi” zwieńczyły projekt „Uczymy się, by służyć innym – społecznie zaangażowana edukacja teatralna”

Siwowłosa Maria nakłada maskę i zaczyna mówić głosem nieśmiałej nastolatki: – Mam na imię Marysia, dobre oceny i dziadka, dumnego z ułożonej wnuczki. Dziś wziął mnie do swojej pracy. To przedsiębiorstwo transportowe przy Piotrkowskiej. Dziadek wchodzi po coś do biura, ja zostaję na zewnątrz. Od razu zaczynają mnie podszczypywać. „O, jakie ładne masz warkocze, Marysiu, jakie różowe policzki”. Stoję tak wśród tych kierowców, ale nagle wybucham: „Srysia, nie Marysia!” – krzyczę. Akurat, gdy wraca dziadek. Jest na mnie zły. Tak bardzo chciał się mną pochwalić…

Maria dostaje długie oklaski od dziesięciorga seniorów. Za szczerość w odegraniu wspomnienia sprzed pół wieku i za odwagę, bo zaimprowizowała etiudę jako jedna z pierwszych. Za chwilę będzie jej dubel: dwóch uczestników warsztatów też chwyci za maski, aby zagrać podszczypujących.

Zaczęło się w Bułgarii

Po co te maski? Kiedy nie ma mimiki, relacje między postaciami, ich przeżycia i emocje muszą być wyrażane całym ciałem. To poszerza środki wyrazu aktora. A seniorzy zebrani w Poleskim Ośrodku Sztuki (POS) są właśnie aktorami. W większości przypadków ich przygoda z teatrem zaczęła się na emeryturze. Teraz regularnie spotykają się w kilku grupach. Warsztaty pod hasłem „Ludzie z miasta Łodzi” były zwieńczeniem projektu zrealizowanego w ramach programu Erasmus+ Edukacja dorosłych.

Zaczęło się w Bułgarii. Aby poznać m.in. metody kontroli ruchu ciała, w marcu 2018 r. na kurs organizowany przez sofijski Teatr Tsvete wyjechały m.in. instruktorki teatralne, terapeutki i edukatorki dramy. Maski, które rok później nałożyli seniorzy, powstały przy współudziale plastyczek z Centralnego Muzeum Włókiennictwa.

Jest wojna

Nie wszyscy seniorzy pochodzą z Łodzi. Cztery prowadzące proszą rodowitych łodzian o zebranie się w kręgu na środku sali. Pozycje pozostałych mają odpowiadać geograficznie miejscom, z których przybyli. Najdalej na wschód staje Zbyszek, pochodzący z Brześcia (dziś Białoruś). – A teraz zamknij oczy i opowiedz, co widzisz – pada polecenie. – Mam kilka lat. Jest wojna. Prawie zawsze jestem głodny. Ale mama wynalazła gdzieś kromkę chleba i dała mi ją. Idę przez gospodarstwo. Potykam się, kromka mi wypada. Dwa kruki podnoszą ją dziobami. Są tak ogromne, że boję się o nią walczyć…

Za kolejną maską ukrywa się Halina. – To było kilka lat temu. Jadę wiosną przez park Poniatowskiego. Rowerem. Jest tak pięknie, że staję, by ozdobić go kwiatami i zielonymi gałązkami. Potem pedałuję na wystawę designu rowerowego. Chcę przed nią zaparkować, ale nie ma mojego zapięcia. Proszę młodych ludzi, żeby popilnowali. Kiedy wracam, przy moim ukwieconym rowerze jest tłum i wszyscy robią mu zdjęcia. Myślą, że to eksponat! I dostaję propozycję dołączenia do Masy Krytycznej. Następnego dnia jedzie za mną tysiąc osób!

Pod koniec warsztatów kilkoro seniorów zaproponowało, aby z ich łódzkich wspomnień złożyć spektakl.

Nowe umiejętności zamiast wykluczenia


Jak pomóc dorosłym osobom, które mają problem ze zrozumieniem listu z urzędu? Co zrobić, by podnieść ich kompetencje i zwiększyć ich szanse na rynku pracy? W jaki sposób zapobiegać wykluczeniu społecznemu? To podstawowe pytania, na jakie poszukują odpowiedzi eksperci w projekcie „Szansa –nowe możliwości dla dorosłych”.

Realizuje go Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji we współpracy z Instytutem Badań Edukacyjnych.

Eksperci mają wskazać grupy docelowe, do których będzie przeznaczony program. – To trudne zadanie, wytypowaliśmy 12 grup – podkreśla Iwona Krasowicz-Korulczyk, jedna z ekspertek współpracujących z FRSE. – Teraz musimy ocenić, która potrzebuje go najbardziej i wskazać trzy.

Wśród potencjalnych beneficjentów programu są:

  • kobiety wracające na rynek pracy,
  • osoby z terenów wiejskich,
  • seniorzy,
  • osoby z niskim wykształceniem,
  • osoby z niepełnosprawnościami.

Wybór miały ułatwić wizyty studyjne w miejscowościach, które mogą zostać włączone do projektu. Jedną z nich jest Gościeradów. W tej popegeerowskiej gminie wielu mieszkańców nie stać na utrzymanie dzieci w szkołach średnich lub na studiach. – Edukacja często kończyła się tu kiedyś na szkole podstawowej, a w ostatnich latach na gimnazjum – mówi Anna Łuba, kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej. – Korzystamy z każdej okazji, by szkolić i podnosić kwalifikacje, organizujemy staże i praktyki, współpracujemy z lokalnymi stowarzyszeniami, stworzyliśmy Dzienny Dom Seniora. Potrzeby są duże. Często docierają do nas osoby, które nie rozumieją prostych zawiadomień z urzędu, czy sądu, w związku z czym wpadają w kłopoty. Pomagamy, ale chodzi przecież o to, by sami potrafili napisać proste podanie czy wniosek.

Takich lub podobnych gmin w Polsce i Europie jest wciąż dużo. Wydawałoby się ,że umiejętność czytania i pisania jest powszechna, a szacuje się jednak, że 20–25 proc. Europejczyków ma z tym problem, także Polacy. Specjaliści mówią o niskich umiejętnościach podstawowych, takich jak: czytanie i rozumienie tekstu, liczenie i rozumowanie matematyczne, umiejętność korzystania z komputera, ale również komunikacja interpersonalna, dostosowanie do zmian, praca w zespole, wyznaczanie realistycznych celów życiowych, radzenie sobie w sytuacji konfliktu, podejmowanie decyzji oraz wykazywanie się inicjatywą. Dlatego też powstał projekt „Szansa – nowe możliwości dla dorosłych”. Skorzysta z niego co najmniej tysiąc Polaków, którzy mają niski poziom umiejętności podstawowych.

Około 70 przeprowadzonych wizyt studyjnych to dopiero pierwszy etap projektu. Drugi rozpocznie się w lipcu. Wtedy zostanie ogłoszony konkurs na opracowanie modeli kształcenia, zostaną wybrani grantobiorcy i rozpoczną się pilotażowe realizacje wybranych modeli. O granty będą mogły ubiegać się m.in. instytucje edukacyjne dla dorosłych, instytucje rynku pracy, organizacje pracodawców, związki zawodowe, izby rzemieślnicze, biblioteki, instytucje kultury czy uniwersytety trzeciego wieku. Trzeci etap to przygotowanie rekomendacji, które zostaną wykorzystane w polityce i strategii polskiego rządu w celu poprawy umiejętności dorosłych Polaków. Z tych założeń będą korzystać instytucje zajmujące się w Polsce edukacją dla dorosłych.

Jak dogadać się z lekarzem weterynarii


Właściciele zwierząt często oczekują, że ich pupila wyleczy jeden zastrzyk. Od tego, czy się dobrze zrozumiemy, zależy przyszłość zwierzęcia – mówi lekarz weterynarii. Komunikację między lekarzami weterynarii a opiekunami zwierząt poprawić ma projekt współfinansowany z programu Erasmus+

Inny lekarz podał zastrzyk i pies przestał kuleć – słyszy w swoim gabinecie Paweł Mateńko, lekarz weterynarii. Bada psa. Okazuje się, że ten wymaga operacji i długotrwałego leczenia. Co na to właściciel? – A nie może pan dać takiego samego zastrzyku, jaki tamten doktor dał? Żeby pies nie kulał? – dedukuje opiekun.

– Przekonanie klienta o słuszności naszego postępowania – które nie będzie polegać na jednym magicznym zastrzyku – to często spory problem. A przecież od tego, czy sobie nawzajem zaufamy, często zależy życie zwierzęcia – mówi Paweł Mateńko.

Lekarz tylko leczy?

Podobno zadowolony klient mówi o firmie trzem znajomym, niezadowolony – dziesięciu. Ta zasada działa również w weterynarii. To bowiem nie tylko misja leczenia zwierząt, lecz także prowadzenie własnej działalności gospodarczej. I przekonywanie do niej klientów.

– Usługi weterynaryjne zostały sprywatyzowane na początku lat 90. Lekarze więc nie tylko leczą, lecz także prowadzą firmy. Skuteczna komunikacja pozwala zarówno lepiej leczyć pacjenta, jak i zadbać o rozwój kliniki – podkreśla Inga Kołomyjska, dyrektor zarządzająca w KIKO Educational Solutions, instytucji koordynującej projekt „COMVET. Doskonalenie umiejętności komunikacyjnych wśród lekarzy weterynarii”, współfinansowany z programu Erasmus+.

Od czego się zaczęło? – Wcześniej nasza instytucja realizowała projekt skierowany do lekarzy dentystów, dotyczący komunikacji z pacjentem z lękiem przed interwencją medyczną – mówi Inga Kołomyjska. – Wówczas lekarze weterynarii skontaktowali się z nami i powiedzieli, że też potrzebują profesjonalnej edukacji z klientem-właścicielem zwierzęcia – dodaje dyrektor zarządzająca.

Projekt powstaje w partnerstwie międzynarodowym składającym się z kilku doświadczonych instytucji z Unii Europejskiej. – Na początku sprawdziliśmy, czy przedmiot „komunikacja z klientem” jest ujęty w programach studiów z zakresu medycyny weterynaryjnej. Przeprowadziliśmy analizę systemów edukacyjnych lekarzy weterynarii we wszystkich krajach biorących udział w projekcie. Z badania tego wynikło, że umiejętność komunikacji interpersonalnej między lekarzem a klientem nie jest nauczana jako oddzielny kurs, zwłaszcza w obligatoryjnych programach studiów. Potwierdziło to nasze wcześniejsze badania i przypuszczenia. I pokazało, że potrzeba edukacji w tym obszarze praktykujących już lekarzy weterynarii jest realna – mówi Inga Kołomyjska.

Wiedza też kosztuje

Słowa Ingi Kołomyjskiej potwierdza Paweł Mateńko. Swoją lecznicę prowadzi w Fiukówce w woj. lubelskim. Studia weterynaryjne w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego kończył 20 lat temu.
Jego zdaniem informacja i umiejętność jej przekazania są najistotniejsze dla procesu leczenia. – Zanim dotknę np. zerwane więzadło, muszę powiedzieć właścicielowi zwierzęcia, co właściwie będę robić i ile to będzie kosztować – mówi lekarz. Tymczasem ani jego, ani młodych adeptów weterynarii nikt nie przygotowuje do mówienia o kosztach leczenia i skomplikowanych procesach medycznych. – Na studiach uczono nas, jak zebrać wywiad [wypytać właściciela o szczegóły – przyp. red.], jak zająć się zwierzakiem. Ale nie wspominano o marketingu w weterynarii, o trudnych klientach czy sytuacjach drażliwych – zauważa lekarz. W programach studiów nie ma też słowa o tym, jak mówić o konieczności uśpienia zwierzęcia, gdy nie ma już dla niego ratunku. Tymczasem do lecznicy w Fiukówce przychodzą bardzo różni klienci, również ci najtrudniejsi.
– Wielu ludzi jest jeszcze przyzwyczajonych do państwowej weterynarii i oczekują, że będziemy im pomagać za darmo. Przecież u szewca czy fryzjera też płacą. Trzeba umieć z nimi rozmawiać. Leczenie zwierząt to moja pasja, kocham tę pracę, ale muszę się też z niej utrzymać – mówi Paweł Mateńko.

Zaufać lekarzowi

W ramach projektu „COMVET” przeprowadzono badanie ankietowe właścicieli zwierząt, dotyczące komunikacji z lekarzem weterynarii. Okazuje się, że koszt procedur medycznych nie jest dla opiekunów zwierząt najważniejszy. Liczy się natomiast to, o czym wspomina lekarz z Fiukówki. – Klienci cenią jasny przekaz na temat procesu leczenia – umiejętność przekazania w przystępny sposób konkretnych informacji o tym, co będzie się działo ze zwierzęciem. Część właścicieli potrzebuje to usłyszeć i zrozumieć jeszcze przed przystąpieniem przez lekarza do zabiegu czy leczenia – wyjaśnia Inga Kołomyjska.

Wyniki badania pokazały też, że liczy się przede wszystkim osobista relacja z lekarzem weterynarii. – To procentuje również wtedy, kiedy popełni on błąd – a przecież może się to zdarzyć każdemu – albo leczenie nie przynosi spodziewanych skutków. Jeśli opiekun darzy lekarza zaufaniem i rozumie specyfikę tej sytuacji, to próbuje z niej wyjść, znaleźć rozwiązanie. W przeciwnym razie zwykle natychmiast zmienia lekarza, a leczenie zostaje przerwane – mówi Inga Kołomyjska.

Jak przekonać do siebie opiekuna? – Ja stosuję prostą metodę: szczerze mówię, jakie są szanse i możliwości. Nawet jeśli czasem oznacza to najgorsze – opowiada Paweł Mateńko. Mówienie prawdy prosto w oczy nie jest jednak proste. – Wciąż są osoby, które nie chcą rozpoczynać leczenia swojego psa, bo „u sąsiadki właśnie oszczeniła się suczka”. Musimy uświadamiać właścicielom zwierząt, że one wymagają ciągłej opieki. Pies czy kot nie są tylko na dzisiaj.

Kompetencje miękkie

W trakcie projektu o swoich potrzebach i doświadczeniach opowiedzieli też lekarze z kilku krajów Unii Europejskiej, którzy wzięli udział w pogłębionych wywiadach. – Pytaliśmy ich o wyzwania zawodowe, o bariery w rozwoju, o obciążenie stresem, zarządzanie czasem, o kontakt z klientem i sytuacje konfliktowe. Ponad 90 proc. uczestników przyznało, że w trakcie edukacji nie miało styczności z tymi kwestiami – mówi Inga Kołomyjska. – Wynik badania potwierdził nasze wcześniejsze analizy porównawcze. Nauka skutecznej komunikacji z klientem pozwala lepiej świadczyć usługi medyczne, a proces ten staje się łatwiejszy zarówno dla lekarza, jak i opiekuna zwierzęcia. Bez umiejętności miękkich trudno przeprowadzić dobrą diagnostykę, wywiad, zaplanować proces leczenia, na który zgodzi się właściciel zwierzęcia. A na zakończenie powie: wszystko jest w porządku, bardzo dziękuję.

Na podstawie opinii wyrażonych w ankietach organizatorzy projektu opracują program szkoleniowy dla lekarzy weterynarii w zakresie komunikacji z klientami. Pilotażowe zajęcia, obejmujące warsztaty i ćwiczenia praktyczne, zaplanowano na drugą połowę roku. Szczegóły na stronie projektu www.comvet.pl oraz na stronie polskiego lidera: www.kiko.com.pl.

Z Budowlanką po Europie


Musieli pokonać 2,5 tys. km oraz obawy i strach przed nieznaną kulturą. Uczniowie chełmskiego Technikum nr 1 spędzili miesiąc w Dublinie, mierząc się z wyzwaniami podczas praktyk u irlandzkich pracodawców. Dziś mówią: nie zamienilibyśmy tych doświadczeń na żadne inne

To był mój pierwszy wyjazd za granicę – opowiada Magdalena Łaszkiewicz, uczestniczka projektu „Z Budowlanką po Europie – Zdobywanie umiejętności praktycznych szansą na samodzielność na rynku pracy”, zrealizowanego w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER). – Praktyki były dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Opieka, jaką zostaliśmy otoczeni, Irlandczycy, którzy okazali się bardzo mili i pomocni, doświadczenie, jakie zdobyłam – to sprawiło, że praktyki oceniam jako coś wyjątkowego.

Magda nie była jedyną dziewczyną uczestniczącą w projekcie. W Polsce do techników przyjmowanych jest coraz więcej młodych kobiet, a w chełmskim projekcie na 20 uczniów technikum wzięło udział aż 15 dziewcząt. Jesienią 2018 r. uczniowie spędzili miesiąc na praktykach zawodowych w firmie budowlanej, firmie wykonującej pomiary terenowe i obsługującej procesy inwestycyjne oraz w organizacji zajmującej się pielęgnacją parków w całej Irlandii.

Aby wyjechać na taką praktykę, uczniowie musieli nie tylko mieć dobre oceny z przedmiotów zawodowych i cieszyć się dobrą opinią wychowawcy, ale przede wszystkim dobrze znać angielski. – Dokładnie sprawdzaliśmy to podczas dwuetapowej rozmowy kwalifikacyjnej – mówi Jagoda Janiszewska, współkoordynatorka projektu w Zespole Szkół Budowlanych i Geodezyjnych w Chełmie, w skład którego wchodzi Technikum nr 1. Kandydaci zostali też gruntownie przeszkoleni z bezpieczeństwa i zapobiegania ryzyku.

Paweł Panasiuk, drugi współkoordynator projektu, mówi, że w Polsce młodzież nie miałaby szansy na zapoznanie się z tak nowoczesnym sprzętem czy charakterem pracy. – U nas często na praktykach mówi się: „Nie rusz, bo zepsujesz”, a tam zachęcają do korzystania ze wszystkiego, co dostępne. Dlatego nasi uczniowie zetknęli się z czymś nowym: z dronami, ze skanerami, z tachimetrami niemalże bezobsługowymi – dodaje.

Słowa nauczyciela potwierdzają uczniowie. – W Dublinie przekonałem się, jak duże mogą być różnice w pracy u nas i za granicą – opowiada Marceli Langiewicz, uczestnik projektu. – Innej kategorii sprzęt, inne techniki pracy. Tam wszystko działa bezprzewodowo. Po powrocie cieszę się, że zdobyłem kolejne doświadczenie zawodowe. W moim wieku niewiele osób je ma.

Praktyki przyniosły uczniom kolejną korzyść: pozwoliły im na dużą samodzielność. Polacy mieszkali u irlandzkich rodzin, musieli punktualnie przychodzić do pracy, sumienne wykonywać obowiązki i przestrzegać harmonogramu pracy. Dziś ich nauczyciele widzą w nich bardziej przedsiębiorczych i niezależnych młodych ludzi. Dlatego powstał następny projekt. Już niedługo kolejni uczniowie będą zdobywać kwalifikacje zawodowe pod okiem mentorów z Hiszpanii.

Cudzoziemiec gościem na święta


Uniwersytet Zróżnicowany – taka idea przyświeca działaniom największej łódzkiej uczelni na rzecz tolerancji i otwartości wobec obcokrajowców. Powód jest oczywisty – na Uniwersytecie Łódzkim studiuje już 2,5 tys. cudzoziemców z prawie 100 państw

Elementem realizacji idei Uniwersytetu Zróżnicowanego jest organizowany corocznie Diversity Day. Jego ostatnia edycja to cztery dni sesji zdjęciowej – 12 lokalizacji, 12 plakatów, 24 pozujących studentów, kilkadziesiąt razy wypowiedziane słowo „smile” oraz kilka tysięcy naciśnięć spustu migawki. Wszystko po to, by pokazać jedną z podstawowych wartości UŁ – jedność w różnorodności.

Dodatkową atrakcją były warsztaty prowadzone przez dr Monikę Kopytowską, ekspertkę w zakresie komunikacji międzykulturowej. – Jestem odpowiedzialna za zagranicznych studentów na Wydziale Filologicznym UŁ, dzięki czemu mogę obserwować, jak różnice kulturowe wpływają na komunikację, i zastanowić się, co możemy zrobić, aby ją ulepszyć – mówiła przed rozpoczęciem warsztatów dr Kopytowska. – Pokażę, jak poradzić sobie z szokiem, który przeżywamy, spotykając kogoś, kto komunikuje się inaczej niż my. Dla przykładu: u nas cisza podczas rozmowy krępuje rozmówców, z kolei w kulturach afrykańskich jest czymś naturalnym – dodaje.

Monika Kopytowska rozpoczęła warsztaty od wyświetlenia zdjęcia biegnących mężczyzn: białego w mundurze oraz czarnoskórego. Uczestnicy zajęć interpretowali tę fotografię. Część z nich uznała, że po prostu policjant goni złodzieja. Według studentki z Afryki zdjęcie było zaś wyrazem opresji i rasizmu. Wyjaśnienie prowadzącej było jeszcze inne: obaj biegnący to policjanci, lecz jeden z nich prowadził akcję w cywilu. Warsztaty zakończyły się quizem kulturowym, m.in. z pytaniem o rodzaj mięsa, którego nie należy podawać, gdy na obiad zapraszamy Arabów (wołowiny, kurczaka, wieprzowiny?).

Uniwersytet Łódzki wykorzystał Diversity Day również do promowania trzeciej edycji akcji „Gość na Gwiazdkę”. Polega ona na zapraszaniu do domu na jeden ze świątecznych dni cudzoziemców studiujących na UŁ i pozostających w Polsce w okresie Bożego Narodzenia. Gościa na Gwiazdkę mogą przyjąć pracownicy, studenci i absolwenci łódzkiej uczelni. W pierwszej edycji akcji – w 2016 r. – zgłosiło się 11 rodzin związanych z UŁ, w drugiej – już 50.

Dzień Różnorodności był także okazją do świętowania 20-lecia studenckich wyjazdów na Erasmusa z polskich szkół wyższych. Statystyki Uniwersytetu Łódzkiego zaczęły się od 70 podróży młodych Polaków w roku akademickim 1998/1999, a w roku kalendarzowym 2017 było ich już 389. Z kolei jeśli chodzi o liczbę podróży studentów i osób zatrudnionych na UŁ (733), to uczelnia ta zajęła piąte miejsce w Polsce. – W bieżącym roku akademickim w ramach Erasmusa i innych programów przyjęliśmy na studia około 1,5 tys. obcokrajowców – wyliczał prof. Antoni Różalski, rektor łódzkiej uczelni.

Zdecydowana większość z nich wyjeżdża z Polski z dobrymi wspomnieniami, a niektórzy zostają tu i zakładają rodziny.

Wiedza rodziców siłą dzieci


W Polsce co ósme dziecko jest wykorzystywane seksualnie. Większości z nich nie potrafią pomóc ani rodzice, ani opiekunowie, brak im bowiem podstawowych kompetencji

Badania wśród polskich dzieci w wieku od 11 do 17 lat wykazały, ze 12 proc. z nich było w różny sposób wykorzystywanych seksualnie. Co więcej, 75–80 proc. sprawców to osoby z najbliższego otoczenia ofiary. Przekonanie większości rodziców, ze ich pociech zagrożenie nie dotyczy, jest wiec irracjonalne. Sytuacje pogarsza fakt, ze wyrządzić krzywdę jest łatwo – większość dzieci bezgranicznie ufa dorosłym. Najmłodsi nie potrafią tez odróżnić sytuacji niebezpiecznej od neutralnej, a nawet jeśli poczują, ze stało się cos nieodpowiedniego – boja się opowiedzieć o swoim problemie. Czy dorośli im uwierzą, czy przypadkiem nie oskarża o sprowokowanie sytuacji?

W zapewnianiu dzieciom bezpieczeństwa kluczowa jest rola rodziców. Niestety, bywa, ze brakuje im kompetencji do przeprowadzania „trudnych rozmów” – często usprawiedliwiają sprawce albo wmawiają dzieciom wybujała fantazje. Szybka i trafna diagnozę sytuacji uniemożliwia tez czasem zwykły niepokój dorosłych o to, ze zostaną uznani za złych rodziców czy opiekunów.

Problemem tym zajęła się warszawska Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, której celem jest zapewnianie najmłodszym nie tylko bezpieczeństwa, ale także godnego traktowania. We współpracy z organizacjami pozarządowymi Nodibinajums Centrs Dardedze (Łotwa) i Paramos Vaikams Centras (Litwa), fundacja realizowała projekt „Chronimy dzieci przed wykorzystywaniem seksualnym”, w ramach którego powstały dwa e-learningowe kursy szkoleniowe.

Pierwszy z nich ma pomóc rodzicom zdobyć wiedze niezbędna do przeciwdziałania wykorzystywaniu dzieci. Składa się z pięciu przystępnych modułów: od poznania faktów na temat wykorzystania seksualnego, przez naukę identyfikacji zachowana seksualnych oraz informacje na temat bezpieczeństwa w internecie, po naukę rozmowy z dzieckiem na temat unikania zagrożeń związanych z tym procederem. Kurs pomaga rodzicom nauczyć się, jak reagować w sytuacji, kiedy dziecko ujawni informacje o takim zdarzeniu.

Drugi materiał e-learningowy skierowany został do profesjonalistów: psychologów, pedagogów czy edukatorów. W podobny, modułowy sposób pozwala im zdobyć kompetencje niezbędne do pracy z dziećmi i ich rodzicami. Kładzie nacisk na umiejętność identyfikacji zachowana seksualnych i zdobycie wiedzy na temat bezpieczeństwa dzieci online. Oba kursy zaprezentowano podczas konferencji upowszechniającej rezultaty projektu, zorganizowanej 19 września 2018 r. w Gdańsku przez Fundacje Dajemy Dzieciom Siłę.

Wykorzystywanie seksualne to przestępstwo. Niestety, z uwagi na silne, utrwalone kulturowo bariery wiele przypadków takich zachowań nigdy nie ujrzy światła dziennego. Tymczasem taka nieujawniona, bolesna tajemnica to często bagaż, z którym dziecko, a później dorosły człowiek, boryka się przez całe zżycie.

Czysta przyjemmność


Co zanieczyszcza rzeki i jeziora oraz jak je przed tym chronić – to temat projektu „WAY – Water Around You”, realizowanego przez młodych ludzi z pięciu krajów Europy. O jego przebiegu rozmawiano podczas konferencji w Rzeszowie

Idee projektu zaproponowali uczniowie szkoły podstawowej w Järvenpää w Finlandii. Pomysł podchwyciły placówki z Grecji, Portugalii i Hiszpanii, leżące blisko rzek i zbiorników wodnych, oraz Szkoła Podstawowa nr 19 z położonego nad Wisłokiem Rzeszowa. Głównym tematem działań była oczywiście troska o czystość wody. Gdy na przełomie września i października 2018 r. 24 młodych uczestników projektu spotkało się w stolicy Podkarpacia, przez piec dni zajmowali się Wisłokiem. Udali się na wycieczkę katamaranem, analizowali jakość wody i przyglądali się lokalnej faunie i florze. Na Uniwersytecie Rzeszowskim zorganizowano dla nich również warsztaty z wykorzystaniem najnowocześniejszego specjalistycznego sprzętu – dzieci w dwóch grupach badały próbki wody z Wisłoka, a pracownicy akademiccy szczegółowo opowiadali o funkcjonowaniu i wpływie zaobserwowanych drobnoustrojów na zdrowie człowieka. – Wierzyliśmy, ze dla uczniów temat wody okaże się interesujący i będą oni chcieli uczyć się o niej z różnych perspektyw – tłumaczyła w Rzeszowie fińska nauczycielka Mirja Karjalainen-Väkëva.

Jak podkreślają twórcy projektu WAY, inicjatywa nie ogranicza się do budowania postaw proekologicznych wśród najmłodszych. – Cele pośrednie to m.in. przybliżenie uczniom i nauczycielom różnorodności kultur, języków, a także wartości europejskich – zaznacza Ilona Kruk, koordynatorka projektu w Polsce. Stad tez w trakcie kolejnych wizyt uczestników projektu w poszczególnych państwach duża role odgrywają aktywności kulturalne. Podczas pobytu w Rzeszowie dzieci z Finlandii, Grecji, Hiszpanii i Portugalii miały szanse spróbować lokalnych potraw, odwiedzić kopalnie soli w Wieliczce oraz posłuchać związanych z woda polskich legend.

Wizyta uczniów z krajów partnerskich była tez okazja do podsumowania dotychczasowego przebiegu projektu. W spotkaniu na Wydziale Biologiczno-Rolniczym Uniwersytetu Rzeszowskiego oprócz dzieci i organizatorów projektu wzięły udział władze uczelni, w tym rektor Czesław Puchalski. O szczegółach inicjatywy opowiedziała Mirja Karjalainen-Väkëva. Jak podkreśliła, uczestnicy projektu WAY nie tylko biorą udział w różnego rodzaju warsztatach, ale także korzystają z nowoczesnych aplikacji umożliwiających dzielenie się wynikami doświadczeń z partnerskimi placówkami, organizowanie sympozjów czy publikacje rezultatów w internecie. – Nasz projekt stwarza środowisko, w którym uczniowie ćwiczą swoja kreatywność, krytyczne myślenie i aktywność obywatelska – podkreśliła Mirja Karjalainen-Väkëva.

Projekt WAY jest dopiero na półmetku. Zakończy się w 2019 r., a zanim to nastąpi, uczniowie odwiedza jeszcze Portugalie. Jak twierdzi Ilona Kruk, „takie projekty dają młodym ludziom szanse na rozwój, pokonywanie barier językowych, a także zdobywanie nowych przyjaciół – niekiedy na całe życie”. A ze idzie to w parze z nauka o ekologii – tym lepiej dla wszystkich. _

 Autor jest uczestnikiem projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+”

Z herosami po naukę angielskiego


Gimnazjaliści z Kędzierzyna-Koźla wraz z kolegami z pięciu innych krajów doskonalili się w języku angielskim, opowiadając historie bohaterów znanych z literatury. Dzięki projektowi Literary Heroes poznali także nowoczesne technologie

Projekt Literary Heroes miał na celu pogłębienie znajomości języka angielskiego oraz rozwój umiejętności opowiadania historii z wykorzystaniem multimediów (ang. digital storytelling). Niemiecka Szkoła Herzog-Christian-August-Gymnasium w Sulzbach- Rosemberg zaprosiła do udziału placówki z Hiszpanii, Irlandii, Norwegii oraz Zespół Szkół Miejskich nr 1 w Kędzierzynie- Koźlu. Uczniowie co kilka miesięcy odwiedzali się nawzajem. – Wyjechali najlepsi i najbardziej aktywni – mówi Ewa Alicja Herba, koordynatorka projektu w ZSM nr 1.

Każdy z partnerów wybrał swojego bohatera. Norwegowie przedstawili Peera Gynta. Hiszpanie zdecydowali się na Don Kichota, Irlandczycy na mitologicznego wojownika Cú Chulainna, a Niemcy na Gebharda z Lahngau, IX-wiecznego hrabiego frankońskiego. Polska szkoła przygotowała zmodyfikowaną wersję lokalnej legendy, której bohaterami są bracia Kozłowie – rabusie, którzy źle skończyli. To od nich pochodzą: jeden z członów nazwy miasta (Koźle) oraz trzy kozie głowy w jego herbie.

Projekt obejmował: zajęcia doskonalące umiejętności językowe oraz informatyczne, wycieczki krajoznawcze, program artystyczny, sportowy oraz integrację. Każdy z warsztatów miał swój temat przewodni. Podczas wyjazdu do Norwegii były to zajęcia językowe doskonalące umiejętność kreatywnego pisania. W Polsce skoncentrowano się na technologiach informatyczno-telekomunikacyjnych (TIK), Hiszpanie zajęli się technikami plastycznymi, natomiast Irlandczycy – warsztatami z dramy. Słowo, obraz, nowe media i teatr stanowiły cztery filary projektu.

Wszystkie poznane techniki uczestnicy wykorzystali podczas ostatniego warsztatu w Niemczech, prezentując historie swoich literackich bohaterów. Rezultatem ich wysiłków jest ilustrowany e-book z przygodami m.in. braci Kozłów i Don Kichota. Powstała również wystawa dokumentująca wydarzenia i przeżycia uczniów.

Po warsztatach uczestnicy zajęli się popularyzacją poznanych technik i rozwiązań. W tym celu stworzono katalog dobrych praktyk, w tym wirtualną tablicę. Zorganizowano również warsztat dla kędzierzyńskich szkół, dotyczący kreatywnego pisania w języku angielskim oraz aplikacji Web 2.0. Zaproszono na niego pedagogów i ich podopiecznych oraz uczestników międzynarodowych spotkań.

Jedna z uczennic – Paulina Pietrzykowska najbardziej zadowolona jest z tego, że lepiej mówi po angielsku. – Gdybym znowu mogła wziąć udział w Erasmusie+, skorzystałabym bez wahania – dodaje jej koleżanka Katarzyna Jankowska. – Najważniejsze co wyniosłam z wyjazdu, to wspaniałe wspomnienia oraz przyjaźnie – deklaruje z kolei Aleksandra Chejduk.

– Zmiana jest ogromna – chwali uczniów Ewa Alicja Herba. – Młodzi ludzie są teraz bardziej otwarci i zaangażowani – wyjaśnia. Teraz ci, którzy zakończyli projekt, będą namawiać innych do udziału w podobnych przedsięwzięciach. •

Autorka jest uczestniczką projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Agnieszka Nowak