Francja dla każdego


Od czasów szkoły średniej fascynował się Francją i marzył o studiach w tym kraju. Właśnie wrócił z Erasmusa+ na Uniwersytecie w Caen w Normandii i podkreśla, że spędził tam najlepsze pół roku swojego życia

Z Jakubem Ziułkowskim, studentem prawa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia Justyna Tylczyńska-Seliga (Czwórka Polskie Radio).

Caen to miasto biznesu, wystaw, uczelni, sklepów i zabytków. Większość osób jadących do Francji na Erasmusa wybiera jednak Paryż czy Tuluzę. Dlaczego zdecydowałeś się akurat na to miasto?

Jest mniejsze niż Tuluza czy Paryż, ma tylko 200 tys. mieszkańców, żyje się tam o wiele spokojniej niż w Paryżu.

I na pewno taniej.

Tak, zdecydowanie taniej. Poleciła mi je studentka z roku wyżej, która spędziła tam pół roku. Po wysłuchaniu jej relacji zdecydowałem, że Caen to miejsce, gdzie chciałbym pojechać.

Trudno było się dostać?

Z koleżanką, z którą pojechałem do Caen, śmialiśmy się, że wykosiliśmy konkurencję. Ale prawda jest taka, że nie mieliśmy żadnej konkurencji. Była nas tylko dwójka i akurat dwa miejsca na uniwersytecie w Normandii. Trochę mnie dziwi, że ludzie boją się jeździć na wymianę do Francji.

Może dlatego, że trzeba znać język francuski. Czy to jest podstawowy wymóg?

To jest wymóg formalny, ale praktyka wygląda trochę inaczej. Ja nie zostałem przeegzaminowany z języka francuskiego w Polsce, musiałem tylko zdać egzamin z języka angielskiego.

Ale znałeś język francuski przed wyjazdem?

Tak, uczyłem się francuskiego sześć lat. Moje umiejętności sprawdzono jednak dopiero na miejscu – ale nie w celu dyskwalifikacji czy wysłania mnie z powrotem do Polski. Chodziło o dopasowanie do odpowiedniej grupy tzw. soutien linguistique, czyli pomocy językowej, kursu nauki języka francuskiego. To fantastyczna opcja dla studentów przyjeżdzających do Caen, bo kosztuje tylko 50 euro. Osoby spoza uniwersytetu muszą za taki kurs zapłacić 300 euro.

Czy miałeś na miejscu buddy’ego – osobę, która pomagała ci z biurokracją? Mówi się, że ta francuska jest bardziej przerażająca od polskiej.

To prawda, francuska biurokracja może przysporzyć wiele problemów. Moja koleżanka miała buddy’ego, ale ja o to nie wnioskowałem. Erasmus ma to do siebie, że studenci bardzo sobie pomagają. Informacje rozchodzą się bardzo szybko i z formalnościami można sobie bez problemu poradzić, załatwiając je wspólnie z nowo poznanymi przyjaciółmi.

Organizacje studenckie też pomagają?

Tak, ESN – Erasmus Student Network, bardzo intensywnie działa w Caen, organizują różne wyjazdy oraz pomagają się zaaklimatyzować na tej uczelni.

Jak wyglądają studia na uniwersytecie francuskim?

Nie ma co się bać poziomu tych studiów, bo nie różni się on tak znacznie od tego w Polsce. Wykładowcy są bardzo wyrozumiali dla studentów, poświęcają im dużo czasu. Oceny zdobywa się analogicznie jak w Polsce. Studia licencjackie trwają trzy lata, magisterskie kolejne dwa, a studia doktoranckie kolejne trzy lata. Na studiach magisterskich dostępne są dwie ścieżki – naukowa i zawodowa. Oprócz uniwersytetów we Francji funkcjonują też szkoły biznesu oraz szkoły inżynierskie. Ja studiowałem prawo francuskie. Miałem zajęcia w języku angielskim z elementami prawniczego języka francuskiego. Poznawaliśmy nazwy poszczególnych instytucji, żeby wiedzieć, jak się poruszać później w prawie francuskim. We Francji nie można studiować prawa polskiego, jednak prawo francuskie jest historycznie związane z polskim. Weźmy tu na przykład Kodeks Napoleona, na podstawie którego ukształtował się polski Kodeks cywilny. Dużo podobieństw występuje również w terminologii prawniczej prawa konstytucyjnego.

Czy w Polsce zaliczono ci tę francuską sesję? Miałeś zupełnie inne przedmioty…

Niestety, to jest jeden z minusów Erasmusa. Sesja nie została mi zaliczona, bo w Polsce nie ma przedmiotów odpowiadających tym we Francji. Będę musiał ten semestr nadrobić. Ale nie należy się zniechęcać – wykładowcy w Polsce również przychylnie podchodzą do erasmusowców, dają np. kilka terminów na zaliczenie.

Podczas wyjazdów problemem bywają również pieniądze. Tobie wystarczyło?

Tak, choć byłem w komfortowej sytuacji. Przed wyjazdem pracowałem przez dwa miesiące w Niemczech i miałem trochę więcej pieniędzy. Te dodatkowe środki bywają bardzo potrzebne. Francuzi mają np. to do siebie, że lubią strajkować i tzw. grève, czyli strajki, mogą mocno zaburzyć plany studentów Erasmusa. Mojemu koledze z Gwatemali, który studiuje w Wiedniu, odwołali lot. Musiał kupić kolejny bilet do Brukseli i dopiero z Brukseli dostał się do Wiednia. Oszczędności dają komfort psychiczny.

A skoro mowa o lataniu – Erasmus to także podróże. Co udało wam się zwiedzić i jak podróżowaliście?

Z kolegą Belgiem, dwiema Austriaczkami, koleżanką z Polski Agnieszką oraz Czeszką podróżowaliśmy pociągiem, autobusem, wszystkimi dostępnymi środkami. Mieliśmy dużą zniżkę studencką na komunikację, więc nie było to dla nas duże obciążenie finansowe. Do tego też służy Erasmus – nie tylko by się uczyć, ale też zwiedzać kraj, do którego się jedzie.

Co was najbardziej zachwyciło?

Zachwyciła nas sama Normandia – to jest region bardzo ciekawy historycznie. Krajobrazy też są bardzo piękne. Zwiedziliśmy urocze miasteczka, np. Honfleur ze starymi kamieniczkami i kościołami zbudowanymi ze starych łodzi rybackich. Widzieliśmy również klify w Étretat, które są inspiracją dla wielu malarzy, oraz miejscowość Falaise, pod którą walczyła 1. Dywizja Pancerna gen. Maczka. Były tam tablice upamiętniające polskich żołnierzy, którzy polegli pod Falaise. Poza Normandią zwiedziliśmy zachód Francji: Bordeaux, Nantes, Arcachon – tam znajduje się najwyższa wydma w Europie, ma około 120 metrów. Ryzykując mandat turlaliśmy się w dół tej wydmy, ale będziemy mieli wspomnienia do końca życia. Nie udało się jednak odwiedzić plaż lądowania w Normandii. Bardzo żałuję, ale myślę, że w przyszłości na pewno odwiedzę te miejsca.

A po tym wszystkim wracaliście do akademika czy na stancje?

Dowiedziałem się od koleżanki, która była wcześniej w Caen, że mieszkania w centrum miasta są bardzo drogie i nie opłaca się ich wynajmować. Dlatego jeszcze dwa miesiące przed wyjazdem zaaplikowałem o akademik i jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Mieliśmy 9-metrowe, jednoosobowe pokoje, ale było w nich wszystko, co potrzeba: łóżko, łazienka i wielkie biurko do nauki. Poznałem tam wielu ciekawych ludzi i myślę, że te przyjaźnie będą trwały bardzo długo.

Ile kosztowało życie w akademiku?

Około tysiąca euro za semestr. Myślę, że to jest dobra cena w porównaniu z kosztami wynajmu mieszkania.

A wspólne gotowanie było?

Nie opłacało się za bardzo gotować, ponieważ była niedaleko restauracja uniwersytecka, która w bardzo przystępnych cenach serwowała obiady. Korzystali z niej studenci z Uniwersytetu w Caen – był tam wybór od tradycyjnych dań francuskich po fast foody.

Jakie tradycyjne dania można było zjeść w stołówce uniwersyteckiej?

Często pojawiała się zupa cebulowa zapiekana z grzankami i startym serem. Żabich udek i ślimaków nie było, bo to w końcu stołówka uniwersytecka. Często też jedliśmy quiche lorraine, czyli placek lotaryński. To francuska tarta nadziewana śmietaną, boczkiem i cebulą.

A co najlepszego zjadłeś podczas całego pobytu we Francji?

Uwielbiam makaroniki! Jadłem je często, można je kupić na każdym rogu. To są takie malutkie, dwuwarstwowe ciasteczka przypominające bezę. Mają miliard kalorii, są okropnie słodkie, ale pyszne.

Niektórzy przeżywają tzw. depresję poerasmusową. Czy ciebie też dotknęła?

Ja miałem odwrotnie – w depresję wpadłem po przyjeździe. Trudno jest się odnaleźć w rzeczywistości, jeśli nie było się wcześniej we Francji i uczyło się francuskiego tylko na zajęciach w szkole. Po powrocie do Polski problemów nie miałem, bo wiem, że jeszcze do Francji wrócę. Planuję poszukać pracy w kancelarii francusko-polskiej, bo bardzo mnie to prawo francuskie zainteresowało. Chciałbym rozwijać się zawodowo po skończeniu studiów w tym kierunku i jeszcze skorzystać z programu Erasmus+.

Jak zmienił cię udział w programie?

Przełamałem barierę językową. Wcześniej bardzo dużo rozumiałem, ale bałem się odezwać po francusku do drugiego człowieka, a teraz nie mam z tym żadnego problemu. Językowo jest o wiele lepiej niż przed wyjazdem.

Jakie masz rady dla tych, którzy się boją i wahają? Jak ich przekonać do udziału w tym programie?

Myślę, że nie warto w ogóle się martwić tym, czy sobie poradzimy, czy nie. Nie jestem jakoś superambitną osobą, a świetnie sobie poradziłem. Każdy odnajdzie się na takiej wymianie. Daje ona pozytywnego kopa do dalszej nauki po powrocie i poszerza mocno horyzonty. n

Tekst powstał na podstawie rozmowy Justyny Tylczyńskiej-Seligi w audycji „Dajesz radę”, emitowanej w Czwórce Polskiego Radia. Audycji można słuchać od pon. do pt. o godz. 14.05. Justyna, od lat związana z Polskim Radiem, to była stypendystka Erasmus+, laureatka konkursu EDUinspiracje Media 2016.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

Lodówki gadają, roboty szczekają


Razem z instytucjami partnerskimi stworzyliśmy jednolity kurs internetu rzeczy dla studentów uczelni technicznych, ale też pasjonatów technologii, osób poszukujących pracy w tej dziedzinie i zmieniających swoje kwalifikacje zawodowe

Rozmowa z dr. Piotrem Czekalskim z Politechniki Śląskiej w Gliwicach, koordynatorem projektu iot-open.eu

Niełatwo się z panem umówić.

To prawda. Ostatnio ciągle podróżuję, głównie między Gliwicami a Rygą. W lutym częściowo przeprowadziłem się do Rygi. Tamtejszy Uniwersytet Techniczny to jeden z partnerów, z którym współpracowaliśmy przy projekcie Erasmus+. I teraz efekty tego projektu wdrażamy pilotażowo dzięki udziałowi w kolejnym grancie. Dlatego w każdym miesiącu tydzień spędzam u nich na uczelni, gdzie pracuję ze swoją grupą studentów.

Projekt realizowany w ramach Erasmusa+ dotyczył innowacyjnego nauczania w dziedzinie internetu rzeczy. Co to takiego?

Na temat internetu rzeczy (Internet of Things, IoT) powstają grube książki, jego definicji jest mnóstwo. Ja używam tej, która mówi, że to system pozwalający komunikować się ze sobą urządzeniom, które z jednej strony potrafią mierzyć pewne parametry, np. zanieczyszczenie powietrza, temperaturę czy wilgotność, a z drugiej są w stanie wykonywać różne czynności: zamykać okna, uruchamiać klimatyzację czy sterować robotami.

I żeby przedmioty mogły się ze sobą porozumiewać, potrzebują internetu?

Bez dostępu do sieci nie ma szans na interakcję między urządzeniami. W ten sposób mogą wymieniać się danymi. Ich analiza pozwala odkryć zależności między przedmiotami, które się
ze sobą komunikują.

Myślę sobie o smartfonach, telewizorach, nawigacji w samochodzie.

Słusznie. To, że dziś żyje nam się wygodniej, jest w dużej mierze zasługą internetu rzeczy. Inteligentne samochody czy „gadająca” do nas lodówka to efekt rozwijania tej dziedziny.Jeszcze 20 lat temu urządzenia w bardzo ograniczonym zakresie podejmowały samodzielne decyzje. Nie stanowiły wspólnego ekosystemu. Dziś jest inaczej. Przedmioty, które dotychczas pracowały autonomicznie, teraz komunikują się ze sobą niezależnie od tego, gdzie się znajdują. Są łatwo identyfikowalne, więc wiemy, skąd robot czy sensor wysyła sygnał.

Mnie jako humanistę przeraża to, że te bezduszne maszyny wcale nas nie potrzebują, żeby się ze sobą komunikować.

To już się dzieje. Powstają roboty imitujące nie tylko ludzi, ale też zwierzęta. Coraz częściej wykorzystuje się je w gospodarce. Jeśli są dobrze zaprogramowane, to lepiej radzą sobie w trudnych warunkach, są bardziej efektywne i nie narażają na straty ludzkie. To urządzenia, które same podejmują decyzję, w którą stronę pójść, jak ominąć przeszkodę, jak dotrzeć w trudno dostępne miejsca.

W projekcie, którego był pan koordynatorem, oprócz Politechniki Śląskiej brały udział uczelnie z Łotwy, Estonii, Włoch i Rosji. Co udało wam się wspólnie zrobić?

Razem z instytucjami partnerskimi stworzyliśmy jednolity kurs internetu rzeczy dla studentów uczelni technicznych, ale też pasjonatów technologii, osób poszukujących pracy w tej dziedzinie. Mieliśmy również kontakt z przedstawicielami przemysłu. To pomogło nam dopasować program nauczania do potrzeb rynku pracy. Wymagania stawiane absolwentom uczelni technicznych w krajach partnerskich są zbieżne, co ułatwiło współpracę. Dziś Politechnika Śląska ma podpisane umowy z liczącymi się firmami, które zajmują się m.in. automatyką przemysłową. W grudniu powołano Śląski Klaster Internetu Rzeczy, do którego oprócz naszej uczelni należą instytucje naukowe, lokalni przedsiębiorcy i organizacje wsparcia biznesu. Chcemy wykorzystać wspólny potencjał, żeby promować i rozwijać dziedzinę internetu rzeczy na Śląsku. Tu także korzystamy z doświadczeń Erasmusa+.

Beneficjentem waszego projektu może być każdy.

Mieliśmy możliwość wejścia na platformę edukacyjną edX, stworzoną przez amerykańskie uczelnie: MIT i Uniwersytet Harvarda, z otwartymi kursami internetowymi. Korzystanie z kursów jest bezpłatne. Wprowadziliśmy na edX trzy kursy. W pierwszej edycji mieliśmy po 800 studentów z 91 krajów świata. W kolejnej – 2 tys. osób na każdym z kursów, i to ze 119 państw.

Pan też się czegoś nauczył dzięki Erasmusowi+?

No pewnie! Potrafię kręcić materiały wideo. Przekonałem się też, że prowadząc duży projekt, ogląda się każdą złotówkę z dwóch stron. Współpraca z Fundacją Rozwoju Systemu Edukacji układała się fantastycznie. Pracują tu otwarci ludzie, którzy rozumieją problemy uczelni.

Projekt się skończył. Macie chrapkę na więcej?

Dla nas on nadal trwa. Teraz testujemy nasze rozwiązania. Na uczelni w Tallinnie już wprowadzono kurs nauczania internetu rzeczy bazujący na naszej pracy projektowej. Na Politechnice Śląskiej startujemy z programem po angielsku. Pilotaże przygotowanych przez nas zajęć wprowadzono na uczelniach w Rosji i we Włoszech. Dziś uczelnia techniczna, by utrzymać wysoki poziom nauczania, musi wprowadzić do programu zajęcia w dziedzinie internetu rzeczy. Dla nas było to możliwe dzięki Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Czekamy na następny program na lata 2021–2027.
Z pewnością będziemy aplikować o kontynuację projektu. Wniosek mamy już częściowo gotowy.

Internet rzeczy/przedmiotów (Internet of Things – IoT) to jedna z najlepiej rokujących dziedzin technologii, która może wkrótce stać się siłą napędową gospodarki oraz wzmocnić znaczenie UE na forum międzynarodowym. Politechnika Śląska brała udział w międzynarodowym projekcie unijnym iot-open.eu, który uzyskał dofinansowanie z programu Erasmus+. Celem przedsięwzięcia było zapełnienie luki między bieżącą ofertą edukacyjną a oczekiwaniami rynku pracy w dziedzinie IoT.

Zdjęcie: Szymon Łaszewski

 

Gra o zdrowie


Jak wykorzystać elementy gier, by proces zdrowienia po udarach mózgu był efektywniejszy i ciekawszy? Twórcy projektu Brain4Train rozpowszechniają wśród rehabilitantów i fizjoterapeutów nowatorskie spojrzenie na terapię pacjentów.

Według World Health Organization udary mózgu są drugą najczęstszą przyczyną zgonów i trzecią najpowszechniejszą przyczyną niepełnosprawności na świecie. Choć procent śmiertelnych przypadków udaru mózgu od lat maleje, jego efekty są druzgocące dla samodzielności i zdrowia (fizycznego i psychicznego) osób chorych, które praktycznie zawsze potrzebują terapii z udziałem rehabilitantów lub fizjoterapeutów. Niekoniecznie musi ona jednak przebiegać według utartych schematów.

Wirtualna rzeczywistość i egzoszkielety

Pomysłodawcy projektu Brain4Train, w tym uczeni z Politechniki Śląskiej, próbują przeszczepić na europejski grunt rozwiązania wykorzystujące do rehabilitacji najnowocześniejszą technologię i elementy interaktywnej rozrywki. Podstawowym celem inicjatywy jest nie tylko nauczanie, ale przede wszystkim uświadamianie osobom zajmującym się terapią pacjentów po udarach, jak najnowsze rozwiązania mogą wspomóc ich proces powrotu do zdrowia. – Przeanalizowaliśmy standardowe programy kształcenia dla fizjoterapeutów i w ich ramach nie ma żadnych modułów zawierających nowoczesne rozwiązania z zakresu wirtualnej rzeczywistości. Istnieją także braki, jeśli chodzi o nowoczesne systemy biomechaniczne, jak egzoszkielety – wylicza dr inż. Joanna Bartnicka, koordynatorka projektu z ramienia Politechniki Śląskiej.

E-learning

Odpowiedzią na ten problem jest darmowy kurs e-learningowy, skierowany do osób specjalizujących się w terapii pacjentów po udarze mózgu. Zespół prowadzący projekt Brain4Train ma już za sobą jego pilotażową edycję, do której zgłosiło się ponad 100 osób, a 80 zdało końcowy egzamin i uzyskało certyfikat. To spora liczba, biorąc pod uwagę, że do niedawna kurs był dostępny wyłącznie w języku angielskim (obecnie istnieją także wersje polska, hiszpańska i włoska) i dotyczył rozwiązań obecnie stosowanych na szeroką skalę w niewielu państwach – prym wiedzie tutaj Korea Południowa, w której od kilku lat wprowadza się elementy gamifikacji (wykorzystania mechanik znanych z gier poza kontekstem gier) na polu medycyny.

Zaangażowany pacjent

Dr inż. Bartnicka uważa, że rozpowszechnienie tego typu metod miałoby podwójne korzyści. Przede wszystkim – zwiększyłoby zaangażowanie pacjentów, którzy po przebytym udarze mózgu dotkliwie odczuwają psychiczny aspekt utracenia pełnej sprawności i często nie potrafią znaleźć motywacji do wykonywania żmudnych, monotonnych ćwiczeń. Osadzenie ich w kontekście gry pozwala na łatwiejsze wciągnięcie w zadania wykonywane podczas terapii, na przykład przez wprowadzenie elementu rywalizacji o jak najlepsze wyniki czy dodatkowej stymulacji przez dodanie spersonalizowanej muzyki czy oprawy graficznej.

Ćwiczymy wiele umiejętności

Drugim ważnym elementem jest wielofunkcyjność rozwiązań proponowanych przez Brain4Train. – Programy rehabilitacji nie oferują obecnie łączenia ćwiczeń różnych sfer, które są uszkodzone po udarze mózgu – wyjaśnia koordynatorka projektu. Tymczasem zadania osadzone w wirtualnej rzeczywistości mogą wymagać zaangażowania kilku umiejętności jednocześnie. Dr inż. Bartnicka podaje tutaj przykład prostej gry, polegającej na robieniu jajecznicy – nie dość, że trzeba w niej manualnie wykonywać poszczególne czynności, takie jak rozbijanie jajek czy mieszanie potrawy, pacjent musi także zapamiętać ich kolejność. Tym samym terapia fizyczna łączy się z terapią poznawczą, dając efekty w dwóch sferach, które zwyczajnie wymagałyby oddzielnych zadań.  Uczeni zaangażowani w to przedsięwzięcie oferują cały zestaw podobnych ćwiczeń, które mają rozwijać zdolności najmocniej dotknięte przez udar mózgu, w tym pamięć, nawigację czy orientację w przestrzeni.

Liczy się czas

– W rehabilitacji pacjentów z udarem mózgu najważniejsze jest, by rozpocząć ją możliwie jak najszybciej i jak najbardziej efektywnie – twierdzi Bartnicka, zaznaczając, że spora część gier prezentowanych w trakcie kursu równie dobrze może być wykonywana samodzielnie w domu.  To kolejny ważny aspekt inicjatywy. Większości osób termin „wirtualna rzeczywistość” kojarzy się z technologią wykorzystywaną komercyjnie, wymagającą kupna specjalnych gogli oraz kamer przechwytujących ruch. To gadżety nowatorskie i kosztowne, co zmniejsza szansę, by chciały w nie zainwestować mniejsze kliniki czy osoby prywatne. Koordynatorka programu uspokaja jednak: –  W nomenklaturze rehabilitacji wirtualna rzeczywistość pojmowana jest w dwójnasób: może to być całkowite zanurzenie w świecie 3D, czyli np. wspomniane gogle, ale też zwykła gra komputerowa. W wielu przypadkach pacjentowi wystarczy więc laptop z wbudowaną kamerką. Takie rozwiązania nie dostarczają naturalnie tylu bodźców co wprowadzenie osoby po udarze mózgu do trójwymiarowego wirtualnego świata, ale także spełniają cele terapii.

Niech stanie się standardem

Bartnicka zaznacza również, że umiejętności nabyte podczas kursu oferowanego przez Brain4Train niekoniecznie muszą być od razu wprowadzane w życie. Założeniem inicjatywy było także uświadomienie fizjoterapeutów i rehabilitantów, jakie możliwości daje otwarcie się na nowoczesne technologie, by potrafili z nich skorzystać, gdy nadarzy się ku temu okazja. Program ma także pokazywać samym pacjentom i ich rodzinom warianty terapii. Koordynatorka projektu przyznaje bowiem, że właśnie od rozpowszechnienia informacji na ten temat zależy, czy wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości oraz gier w procesie powrotu do zdrowia stanie się standardem w ciągu najbliższych kilkunastu lat.  Na razie prowadzący inicjatywę czekają na odzew uczestników pilotażowej tury kursu. Bartnicka przyznaje, że ten etap trochę potrwa – osoby, które otrzymały certyfikat, muszą mieć czas, by odpowiednio ocenić postępy osiągane z udziałem nowych rozwiązań.

Obecnie Brain4Train jest kierowane przez cztery jednostki z czterech krajów: oprócz Politechniki Śląskiej są to: Europejskie Stowarzyszenie Fizjoterapii i Rehabilitacji w Holandii, Instytut Biomechaniki w Walencji oraz Politechnika Mediolańska – zatem o międzynarodowy rozgłos i aplikantów nie powinno być trudno. Ukończona pierwsza faza programu może więc okazać się preludium do zmian w prowadzeniu rehabilitacji, które choć trochę urozmaicą mozolny proces powrotu do zdrowia.

Zdjęcie: archiwum organizatora

Najtrudniejszy pierwszy krok


Zwykle najtrudniej zacząć. Lecz wiadomo i to, jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, że zaczynamy nieustannie, codziennie od nowa. Zapraszam więc do wspólnego startu: mojego – w nowej roli, felietonistki, a państwa – do dzielenia ze mną refleksji nad aktualnymi zagadnieniami edukacyjnymi i kulturowymi. Politykę i konteksty religijne na razie proponuję pominąć.
Pewien życzliwy mi poznański polonista – z którego cennych rad już wiele razy korzystałam – zapewne pęknie ze śmiechu, gdy się dowie, że mam pisać felietony. Bo przecież nieraz miał okazję stwierdzić, że o niebo lepiej gram (na flecie), niż piszę, i właśnie instrumentalistyką, a nie pisarstwem – z troską – doradzał mi się zajmować. A więc wyjaśniam: moja aktywność w dziedzinie edukacji skupia się na działalności artystycznej. Jestem muzykiem, wykładowcą i nic wspólnego z dziennikarstwem nie mam. Lecz przecież zaproszenie akurat mnie do pisania felietonów to być może jest chichot przekornego losu – ale też wyzwanie, przed którego podjęciem nie chcę się uchylać. Tym bardziej że dotyczy ono kwartalnika wydawanego przez instytucję, bez współpracy z którą trudniej byłoby mi się rozwijać, a także zdobywać kolejne stopnie i tytuły naukowe.
Jednocześnie nieśmiało przypomnę, że można łączyć pisanie z graniem. Udowodnił to m.in. Claude Debussy (1862–1918), wybitny kompozytor francuski okresu belle époque. Swoje myśli twórcze po mistrzowsku przelewał na papier, nie tylko nutowy. Z tych literackich prób powstał zbiór „Monsieur Croche, Anti-Dilettante” (Paryż 1921). Oczywiście wiem, że nie dorównam
Debussy’emu w sztuce ani muzycznej, ani literackiej, ale spróbuję mieć ten sam, co on, dystans do świata i to samo poczucie humoru.
W kolejnych felietonach poświęcę więc uwagę zjawiskom swoistym dla szkolnictwa wyższego. Edukacja zaś to przede wszystkim ludzie, którzy na tej niwie najczęściej zgodnie współpracują – ale też nierzadko zachodzą między nimi nieporozumienia. Sądzę, że czytelnika zainteresuje zarówno jedna, jak i druga strona tego edukacyjnego medalu. W kolejnych felietonach odniosę się zatem m.in. do konstytucji dla nauki, trendów we współczesnej edukacji, internacjonalizacji i wielokulturowości w szkolnictwie wyższym.

Dokąd po brexicie?


Brexit. To słowo, które od ponad trzech lat spędza wielu sen z powiek. Dla jednych to koszmar i odwrót z objętej po wojnie ścieżki do integracji europejskiej. Dla drugich – mocne podkreślenie swojej niezależności. Dla wszystkich jest jednak w pewnym sensie tym samym – wielką niewiadomą.
Dokładnie pamiętam dzień, w którym przeprowadzano referendum w sprawie brexitu. Był 23 czerwca 2016 r. Byłam wtedy na swojej drugiej wymianie Erasmus+ w miejscowości Covilhã w Portugalii. Kończyły się już egzaminy, a na studenckim koncie mocno stopniało erasmusowe stypendium. Wszyscy śledziliśmy to, co stanie się w Wielkiej Brytanii. Chyba bardziej z ciekawości i czysto pragmatycznego punktu widzenia, bo… wyniki referendum miały wpływ na kursy walut. Według prognostów w przypadku odrzucenia brexitu cena euro w stosunku do złotówki miała spaść, a w razie poparcia wyjścia z Unii – wzrosnąć. Na kolejny dzień zaplanowaliśmy zwiedzanie Fatimy, oddalonej od naszego miasteczka o ponad 200 km. Siedząc w uniwersyteckiej bibliotece, zastanawialiśmy się, czy wymienić złotówki w internetowym kantorze jeszcze dzisiaj, czy zaryzykować i zrobić to po ogłoszeniu wyników referendum.
Postanowiliśmy poczekać, raczej nie dowierzając w to, że Brytyjczycy zagłosują „za”. Bo przecież byliśmy tu, razem na międzynarodowej uczelni: Portugalczycy, Brytyjczycy, Polacy… i wiele innych osób spoza Unii. Wychowani bez granic, nieznający innego świata i niewyobrażający sobie, że ktoś może nam zabrać to, co już mamy, np. łatwą dostępność wyjazdu na studia za granicę. Poza tym referendum nie miało formy wiążącej dla brytyjskiego rządu, dlatego w dużej mierze uznawaliśmy je za tani chwyt marketingu politycznego. A jednak myliliśmy się. Cena euro wzrosła o ok. 15 groszy. Przy wymianie większej kwoty robi się konkretna kwota. Do Fatimy pojechaliśmy więc autostopem.
Przeprowadzając wywiady do audycji „Erasmus Evening”, rozmawiałam zarówno z przedstawicielami Komisji Europejskiej, brytyjskich uniwersytetów, jak i organizacji studenckich, pytając o to, co stanie się z Erasmusem po brexicie. Odpowiedź była zawsze ta sama – „nie wiemy”. Przewiduje się trzy scenariusze: albo program zostanie w niezmienionej formie, albo Zjednoczone Królestwo będzie w nim uczestniczyło na takich samych zasadach, jak kraje spoza UE, albo Erasmusa dla Wielkiej Brytanii po prostu nie będzie, a uczelnie same będą musiały nawiązywać współpracę. Od czasu referendum część placówek przestała wysyłać i przyjmować studentów z i do Wielkiej Brytanii, obawiając się braku wypłaty środków w przypadku nagłego wyjścia z Unii. Jest to pewnego rodzaju objaw instynktu samozachowawczego, być może nadgorliwość, ale jestem w stanie to zrozumieć. Dopiero 19 sierpnia 2019 r. brytyjski rząd opublikował zaktualizowane wytyczne dla Erasmus+. Jakie? Rok 2019 rozliczany będzie jak poprzednie, a co dalej – nie wiemy. Tylko ile osób przez te trzy lata niepewności nie wyjechało na wymianę…

O emocjach na poligonie


Wzmacnianie kompetencji przywódczych, umiejętności budowania zespołu i rozpoznawania własnych emocji – właśnie tego uczyli się kadeci podczas Międzynarodowej Akademii Przywództwa Wojskowego, w której wzięli udział studenci szkół wojskowych z Polski, Grecji i Portugalii

To nie była zwykła wymiana studencka. 48 kadetów i podchorążych z Polski, Grecji i Portugalii w ciągu dwóch lipcowych tygodni musiało stać się jedną drużyną. Uczestniczyli w intensywnym kursie kończącym projekt „International Military Leadership Academy” (IMLA). Są z różnych krajów, mają różne doświadczenia i umiejętności, ale współpracowali ze sobą, podejmowali wspólne decyzje, wykonywali wyznaczone zadania. Porozumiewali się po angielsku, choć po krótkim czasie wystarczył już gest ręką czy spojrzenie, by się zrozumieć.
– W naszym okręgu znajdowała się beczka z wodą. Ważyła ok. 30 kg. Musieliśmy za pomocą lin podnieść ją i wyciągnąć. To były niezłe zapasy – opisuje jedno z zadań sierż. pchor. Michał Maślanka, student IV roku AWL. Inne ćwiczenia były równie wymagające. – Po nich przekonałem się, że jeszcze wiele muszę się nauczyć – przyznaje Michał.
Kadet Concalo Sausa z Portugalskiej Akademii Wojskowej docenia, że miał szansę na wykazanie się kreatywnością. Do tego studentów zachęcali nauczyciele. Kadeci opowiadają, że decyzje podejmowali w grupie, a po dyskusjach wspólnie przystępowali do zadań.
Dla Portugalczyków, którzy brali udział w intensywnym kursie w AWL, był to pierwszy kontakt z Polską. Po skończeniu kursu zostali w Polsce, by zwiedzić Kraków i pojechać do muzeum Auschwitz-Birkenau. Wrocław też trochę poznali – koledzy z grupy zadbali, by pokazać im nie tylko zabytki, ale także kluby studenckie.
Takie pozawojskowe zajęcia pozwalały na lepsze zgranie się grupy. – A to jest przecież ważne przy wykonywaniu zadań. W wojsku bardzo często w wielu sytuacjach musimy wiedzieć, jak nawiązać kontakt, musimy znać zasady pracy zespołowej – tłumaczy sierż. pchor. Maślanka. Jest przekonany, że znajomości, które zawarł we Wrocławiu, pozostaną na dłużej. Już planują razem z kolegami z grupy spędzenie wspólnych wakacji.
Projekt ruszył w 2017 r. Przez dwa lata nauczyciele i studenci wojskowych akademii z Polski, Grecji i Portugalii brali udział w warsztatach i ćwiczeniach. Powstały międzynarodowe zespoły. Za zespół Zarządzanie stresem oraz Przywództwo, motywacja i wpływy odpowiadała Akademia Wojsk Lądowych. Za Przywództwo w komunikacji – Portugalia, zaś za Zarządzanie kryzysowe – uczelnia grecka. Każdy z partnerów przygotował zestaw ćwiczeń, prowadził warsztaty dla uczestników projektu, opracował podręcznik i inne pomoce naukowe. Całość będzie dostępna na platformie e-learning i każda, nie tylko wojskowa, uczelnia będzie mogła skorzystać z rezultatów tej pracy.
Koordynator projektu ppłk Marcin Bielewicz z AWL tłumaczy, że studenci szkół wojskowych całej Unii Europejskiej będą coraz częściej spotykać się na wspólnych ćwiczeniach. W przyszłości mogą też służyć razem w jednostkach. Ci, którzy wzięli udział w projekcie AWL, o wiele szybciej odnajdą się w nowych warunkach i przystosują się do wyzwań służby w międzynarodowych zespołach. Wrocławska uczelnia zdobyła na projekt IMLA 260 tys. euro z programu Erasmus+ Partnerstwo Strategiczne. – Bez tego współpraca cywilno-wojskowa na taką skalę nie byłaby możliwa – ocenia ppłk Bielewicz.
– Akademia Wojsk Lądowych w ramach Erasmusa wysyła studentów na staże i studia na uczelnie amerykańskie, a także do Bułgarii, Słowenii, Austrii, Francji, Włoch i do innych krajów – dodaje mjr Marcin Jasnowski, rzecznik prasowy AWL. Ppłk Marcin Bielewicz: – Studenci wracają zmotywowani do dalszej pracy, z przekonaniem, że taka międzynarodowa współpraca w ich zawodowej przyszłości
będzie powszechna.
Poznawania siebie i zdolności wykonywania rozkazów kadeci uczyli się także podczas zajęć w Ośrodku Jazdy Konnej w Rakowie. Mieli za zadanie poprowadzić konia na linie z jednego punktu do drugiego. Dla niektórych zadanie okazało się niełatwe. Brak skupienia i zdecydowania oznaczał porażkę.
Sierż. pchor. Maria Słomka z AWL, która sprostała zadaniu, tłumaczy, że najbardziej zapadnie jej w pamięci ćwiczenie polegające na pokonaniu toru przeszkód z drugą osobą, z którą była związana liną. – Tor to dla nas codzienność, pokonujemy go łatwo, ale teraz musieliśmy ściśle współpracować – opowiada Maria. – Nie jest łatwo wspiąć się na ściankę czy przejść przez drążki, gdy kostki masz związane z innym kadetem.
Maria Słomka jest studentką IV roku i jedną z wielu dziewczyn studiujących na AWL. – Przekonałam się, że oficer musi potrafić pociągnąć za sobą ludzi, być asertywny i kreatywny – wymienia Maria.
Według ppłk. Marcina Bielewicza nowoczesne dowodzenie w armii to era liderów. A to zmiana podejścia w polskim wojsku. Choć nadal obowiązują procedury, od dowódcy oczekuje się inicjatywy przy wykonaniu przez jego podwładnych powierzonego zadania, a nie mechanicznego podporządkowania się rozkazom. Podczas rozwiązywania problemów dowódca musi balansować między podporządkowaniem się przełożonemu a własną inicjatywą. Tego właśnie uczyli się uczestnicy Międzynarodowej Akademii Przywództwa Wojskowego, bo to przecież oni będą tworzyć nowoczesną kadrę swoich jednostek.

Projekt „International Military Leadership Academy” (IMLA) zrealizowała wrocławska Akademia Wojsk Lądowych im. gen. Tadeusza Kościuszki (AWL). Jej partnerami byli Grecka Akademia Wojskowa (Hellenic Army Academy) oraz Portugalska Akademia Wojskowa (Portuguese Military Academy).

Partner międzynarodowy


Projekty edukacyjne Erasmus+ cieszą się na uczelniach mniejszą popularnością niż badawcze. Dlaczego tak jest? Co przekonało tych, którzy jednak zdecydowali się na prowadzenie projektu np. partnerstwa strategicznego? Zapytaliśmy o to koordynatorów.

Partnerstwo strategiczne to projekt programu Erasmus+, w którym grupa instytucji z różnych krajów uczestniczących w programie (minimum trzy instytucje z trzech krajów programu: Unia Europejska oraz Islandia, Liechtenstein, Norwegia, Macedonia Północna, Serbia i Turcja) wspólnie opracowuje nowe rozwiązania w zakresie kształcenia. Projekty w sektorze szkolnictwa wyższego mają przynosić
wymierne i trwałe korzyści uczelniom. Konkretnymi rezultatami partnerstw strategicznych realizowanych przez uczelnie mogą być np. programy kształcenia, nowe specjalizacje, przedmioty, moduły, kursy e-learningowe, nowe metody kształcenia, materiały dydaktyczne, modele współpracy z otoczeniem zewnętrznym. Projekty trwają od dwóch do trzech lat.

Aby rozpocząć pracę nad projektem, należy:
›› Przede wszystkim zidentyfikować problem, którego rozwiązanie ma być zaproponowane w projekcie, oraz potrzeby, na jakie projekt ma być odpowiedzią.
›› Określić grupy docelowe, do których projekt będzie kierowany.
›› Sprawdzić w Przewodniku po programie Erasmus+ (znajdziesz go na www.erasmusplus.org.pl), czy zaproponowany pomysł jest spójny z formułą partnerstw strategicznych oraz jakie są wymogi programu i priorytety w danym roku, a także jakie działania można zaplanować w projekcie i co będzie mogło zostać dofinansowane z budżetu projektu.
Przeprowadzić analizę potrzeb (jeśli jeszcze nie została przeprowadzona) lub zebrać odpowiednie dane. We wniosku trzeba przedstawić wyniki analizy potrzeb jako uzasadnienie planowanego przedsięwzięcia.
›› Sprawdzić, czy są lub były już realizowane projekty o podobnym profilu/tematyce (do tego warto wykorzystać Platformę Rezultatów Projektów Erasmus+). Jeśli tak, należy sprawdzić, czy i jak możemy wykorzystać powstałe rezultaty lub jaką wartość dodaną może przynieść nasz projekt.
›› Określić cele projektu – korzyści dla grup docelowych.
››Ustalić konkretne rezultaty (produkty), które opracuje konsorcjum projektowe.
›› Sformować zespół projektowy na uczelni.
››Wybrać odpowiednie instytucje partnerskie (organizacje uczestniczące w projekcie powinny mieć podobne potrzeby i podobne cele, a realizacja projektu powinna przynieść im konkretne korzyści).
›› Przedstawić pomysł na projekt władzom uczelni i wydziału do zaaprobowania Bez wsparcia instytucjonalnego nie zrealizujemy przedsięwzięcia, które ma przynieść trwałe efekty na uczelni.
›› Koniecznie wziąć udział w spotkaniach informacyjnych i webinariach organizowanych dla wnioskodawców przez narodową agencję programu, a także konsultować się z nią w związku z niejasnymi, wątpliwymi kwestiami.

Podczas opracowywania wniosku należy:
›› Konkretnie i rzeczowo opisywać dany aspekt projektu, unikać zdawkowych i ogólnikowych odpowiedzi na pytania zadawane w formularzu.
›› Niejasności sprawdzać w Przewodniku po programie Erasmus+ oraz w instrukcjach wypełniania wniosku, opracowanych przez narodową agencję (plik zamieszczony na stronie internetowej Erasmus+), w trudniejszych sytuacjach konsultować się z nią bezpośrednio.
›› Zaangażować partnerów w przygotowanie wniosku. Wspólne dyskusje i burze mózgów powinny być bazą do wypracowania ostatecznego pomysłu na wspólny projekt.

Cyfrowy Erasmus


Cyfryzacja programu to jeden z nowych priorytetów Komisji Europejskiej. Porzucenie papieru sprawi, że na zagraniczne studia i staże wyjedzie jeszcze więcej studentów. Nad pilotażowym projektem pracuje m.in. Uniwersytet Warszawski

Zorganizowanie wyjazdu studenta w ramach współpracy międzynarodowej wymaga dopełnienia wielu formalności. Podstawą mobilności są umowy między partnerskimi uczelniami. Na ich podstawię szkoła wyższa przedstawia studentom oferty i rekrutuje ich na wyjazd. W każdej uczelni działa też koordynator ds. mobilności, który ustala ze studentem porozumienie o programie zajęć. Uczelnia przekazuje partnerowi listę nominowanych studentów i uzgadnia jej ostateczny kształt. Następnie, po zaakceptowaniu nominacji przez uczelnię przyjmującą, uczelnia wysyłająca podpisuje z e studentem umowę i przyznaje mu stypendium. Po zakończeniu nauki uczelnia tworzy dla studenta kartę przebiegu studiów, która jest podstawą ostatecznego rozliczenia.

Papier i drukarka
Dziś wszystkie te procedury załatwia się na papierze – umowy się edytuje, drukuje, wysyła faksem lub e-mailem informacje dotyczące jednej mobilności są rozproszone w skrzynkach pocztowych koordynatorów wydziałowych, pracowników centralnego biura współpracy międzynarodowej, studentów. Te same dane są wielokrotnie wprowadzane do systemów informatycznych, drukowane, skanowane, przesyłane. Ostatecznie muszą też trafić do serwisu Mobility Tool+, zbierającego raporty o wszystkich mobilnościach. Te działania wymagają wiele pracy, powtarzalnej, narażonej na błędy. Dzieje się tak, mimo że zdecydowana większość uczelni korzysta na co dzień z systemów informatycznych do obsługi toku studiów. Wiele z nich ma moduły do wsparcia procesów mobilnościowych. Nie są one jednak zintegrowane, co uniemożliwia realizację znanej każdemu informatykowi zasady – dane powinny zostać wprowadzone do systemu tylko raz, a następnie przekazane elektronicznie wszędzie tam, gdzie są potrzebne.

Rozwiązania przyszłości
Pojawiła się duża szansa, że postulaty te zostaną wkrótce spełnione dzięki „Erasmus Without Paper” (EWP) – projektowi współfinansowanemu przez program Erasmus+ (Akcja 3. Wsparcie w reformowaniu polityk) oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To nowatorskie przedsięwzięcie, które ułatwi życie studentom i pracownikom uczelni z całej Europy, realizuje międzynarodowe konsorcjum złożone z 14 podmiotów (instytucji publicznych, uczelni i firm prywatnych). W gronie innowatorów znalazł się również Uniwersytet Warszawski.
W projekcie opracowano scenariusze, formaty danych i metody ich przesyłania w informatycznej sieci EWP. Pilotaż ogólnoeuropejskich procedur zakończy się w tym roku, a jego efektem będą nowe zasady. Jakie? W uczelniach połączonych siecią szczegóły umowy o współpracy międzynarodowej będą zapisywane w formie elektronicznej przez jednego z partnerów, a później wysyłane do drugiego. Studenci będą rekrutowani na wyjazd w lokalnym systemie, ale lista nominowanych będzie przekazywana bezpośrednio przez sieć EWP do systemu uczelni przyjmującej. Uzgodnienie zmian odbędzie się elektronicznie.
Porozumienie o programie zajęć (Learning Agreement, LA) będzie tworzone lokalnie przez studenta i koordynatora z uczelni wysyłającej. Po zatwierdzeniu dokument trafi przez sieć EWP do koordynatora z uczelni przyjmującej. Uzgadnianie zmian odbędzie się w ten sam sposób. Gdy wszystkie strony zaakceptują listę przedmiotów, LA w uczelni przyjmującej będzie podstawą zapisania studenta na zajęcia, a w wysyłającej umożliwi ostateczne rozliczenie go z wymagań. Uczelnia przyjmująca poinformuje wysyłającą o dokładnej dacie przyjazdu i wyjazdu studenta, co będzie podstawą wyliczenia dokładnej kwoty stypendium.

Nie czekając na papier
Po zakończeniu mobilności student wraca do domu, nie czekając na papierowe dokumenty. Uczelnia przyjmująca tworzy w swoim systemie informatycznym kartę przebiegu studiów, opatruje ją podpisem cyfrowym, a następnie powiadamia uczelnię wysyłającą (powiadomienia działają jak esemesy).
Elektronicznie (z systemu do systemu) będzie można przekazać także informacje do Mobility Tool+, czyli narzędzia umożliwiającego zarządzanie informacjami o danym projekcie, zbieranie indywidualnych raportów uczestników mobilności oraz składanie raportu końcowego. Efekt? Student skoncentruje się na studiowaniu, a administracja na merytorycznym wsparciu procesu.
A jeśli nie ma lokalnego systemu? Rozwiązaniem dla takich uczelni będzie tzw. Dashboard – system informatyczny utrzymywany przez European University Foundation, wspierający zdalnie procesy mobilnościowe.
Uczelnie są zobligowane do wdrożenia zmian zgodnie z harmonogramem: umowy międzynarodowe i porozumienie o programie zajęć do końca 2021 r., nominacje do końca 2022 r., a karty przebiegu studiów do końca 2023 r.

Uniwersytet Europejski po polsku


Pięć polskich uczelni będzie przez trzy lata budować sieć uniwersytetów europejskich. Każda należy do jednego z konsorcjów, które wygrały pilotażowy konkurs Komisji Europejskiej European Universities finansowany z programu Erasmus+

To efekt propozycji prezydenta Francji Emmanuela Macrona, aby do 2024 r. utworzyć 20 europejskich uniwersytetów ze wspólnymi programami studiów, dyplomami, interdyscyplinarnymi i zaawansowanymi badaniami naukowymi. W konkursie startowały 54 konsorcja ponad 300 uczelni z 31 państw, 17 zostało zakwalifikowanych. Konsorcja otrzymają grant w wysokości do 5 mln euro. 7 listopada w Brukseli spotkają się laureaci konkursu i oficjalnie zostanie zainaugurowana działalność pierwszych Uniwersytetów Europejskich.
Projekt realizować będzie pięć polskich uczelni:
Uniwersytet Jagielloński – konsorcjum UNA Europa, któremu przewodzi KU Leuven (Belgia), a partnerami są: Université Paris 1 Panthéon – Sorbonne (Francja), Universidad Complutense de Madrid (Hiszpania), Freie Universität Berlin (Niemcy), University of Edinburgh (Szkocja) i Alma Mater Studiorum Universita di Bologna (Włochy).
Uniwersytet Warszawski – w konsorcjum 4EU+ razem z: Sorbonne Université (Francja), Ruprecht-Karls-Universität Heidelberg (Niemcy), Univerzita Karlova (Czechy), Kobenhavns Universitet (Dania) i Università degli Studi di Milano (Włochy).
Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – w konsorcjum EPICUR, którego liderem jest Université de Strasbourg (Francja), razem z: Universiteit van Amsterdam (Holandia), Albert-Ludwigs-Universität Freiburg (Niemcy), Karlsruher Institut für Technologie (Niemcy), Université de Haute-Alsace (Francja), Universität für Bodenkultur Wien (Austria), Aristotle University of Thessaloniki (Grecja).
Uniwersytet Gdański – konsorcjum European University of the Seas wraz z: Universidad de Cadiz (Hiszpania – lider), Sveučilište u Splitu (Chorwacja), L-Università ta’ Malta (Malta), Christian-Albrechts-Universität zu Kiel (Niemcy) oraz Université de Bretagne Occidentale (Francja).
Uniwersytet Opolski – konsorcjum FORTHEM, z liderem Johannes Gutenberg Universität Mainz (Niemcy) i partnerami: Université de Bourgogne (Francja), Jyväskylän yliopisto (Finlandia), Università degli Studi di Palermo (Włochy), Latvijas Universitāte (Łotwa), Universitat de València (Hiszpania).
Projekt jest realizowany, by zacieśnić współpracę, zwiększyć wymianę studentów i badaczy oraz przetestować nowe formy działań międzynarodowych. – Konkurs odwołuje się do szlachetnej idei sięgającej czasów Erazma z Rotterdamu, mówiącej o tym, że kształcić należy się przez podróże, poznawanie innych ludzi, kontakty z ich kulturą, zdobywając w ten sposób wiedzę, doświadczenie i kompetencje – wyjaśnia dr Barbara Curyło z UO.
Prof. Andrzej Lesicki, rektor UAM, dodaje: – Dotąd nie było programu, który pozwala na łączenie różnych systemów szkolnictwa wyższego, finansowania i prowadzenia badań w kilku europejskich krajach. Oznacza to, że wszystko jest możliwe, oczywiście zgodnie z prawem i w ramach posiadanych środków finansowych.
Wiele planów związanych z konsorcjum ma Uniwersytet Warszawski, m.in.: budowę platformy dotyczącej wspólnych projektów badawczych i ich wyników, kursy aktywnego obywatelstwa europejskiego, przedsiębiorczości oraz umiejętności posługiwania się mediami i technologiami informacyjnymi, a także wspieranie centrów transferów technologii, inkubatorów oraz start-upów, a przede wszystkim zwiększenie mobilności studentów i uczonych. – Otworzy to drogę do korzystania ze wspólnych zasobów, czyli infrastruktury informatycznej, bibliotek, kolekcji na różnych kontynentach, wszystko, co jest potrzebne do mierzenia się ze współczesnymi wyzwaniami. Jestem pewien, że za kilka lat będziemy bardzo ściśle współpracować w ramach tego sojuszu. Liczymy, że otrzymamy wsparcie rządu, by móc działać na porównywalnym poziomie z tym, na którym są nasi partnerzy – precyzuje prof. Marcin Pałys, rektor UW.
Prorektor UAM ds. studenckich prof. Bogumiła Kaniewska dodaje: – Myślimy np. o stworzeniu międzynarodowej platformy, która pozwoli studentom, doktorantom i pracownikom na wiele działań w ramach sieci, czyli: studia, szkolenia, prowadzenie badań. Inna inicjatywa to wspólna struktura samorządowa dla studentów ośmiu uczelni w sieci EPICUR. Możemy mówić o pomysłach, które zostaną rozwinięte do 2025 r., kiedy uniwersalny model funkcjonowania Uniwersytetu Europejskiego ma być gotowy – mówi Kaniewska.
Z kolei na UJ działania obejmować będą tworzenie wspólnych form edukacyjnych, prowadzenie badań interdyscyplinarnych z wykorzystaniem infrastruktury wszystkich członków UNA Europa. Uczelnia zaplanowała też wypracowanie innowacyjnych sposobów transferu wiedzy we współpracy z przemysłem, władzami państwowymi i samorządowymi, organizacjami pozarządowymi i instytucjami kultury. Nowe formy mobilności studentów, rozproszone instytuty badawcze czy innowacyjne narzędzia informatyczne przydatne w dydaktyce będzie można wykorzystać w ramach mniejszych i większych sieci uniwersytetów, a także łatwo dostosować do odmiennych warunków.
Program umożliwia uczelniom wykorzystanie i rozwinięcie dotychczasowych doświadczeń międzynarodowych. – Nasze uczelnie partnerskie zobowiązały się do kontynuowania i pogłębiania współpracy jeszcze przed ogłoszeniem decyzji przez Komisję Europejską, a zatem niezależnie od sukcesu czy porażki aplikacji – opowiada dr Barbara Curyło z UO. – Sieć, do której należymy, nosi nazwę FORTHEM, czyli „dla nich”, i ma umożliwić studentom, po pierwsze, możliwość kształcenia na kilku uczelniach, po drugie – poczucie i doświadczenie europejskości w ważnym okresie życia, jakim jest czas studiów. Dzięki środkom europejskim studenci będą mieli ułatwioną ścieżkę aplikowania o wyjazdy studyjne czy pobyty semestralne na uczelniach partnerskich. Zakładamy, że powstanie kilka projektów studiów dwustronnych czy trójstronnych, na podobnej zasadzie jak studia Europa Master. Planujemy również powstanie laboratoriów naukowych, w których prowadzone będą prace badawcze z udziałem studentów, ale też przedstawicieli otoczenia uczelni – ekspertów z różnych dziedzin. Na osiągnięcie naszych celów mamy trzy lata.

Pracujemy w międzynarodowym środowisku


Jednym z największych wyzwań strategicznych, przed jakimi stają dziś uczelnie w Polsce, jest umiędzynarodowienie. Powinno ono obejmować wszystkie obszary działalności, poczynając od działalności dydaktycznej, przez badania naukowe, po administrację i sprawną organizację całej uczelni. Wymagać to będzie stworzenia atrakcyjnych programów edukacyjnych w językach obcych oraz opracowania odpowiedniej polityki umiędzynarodowienia całego środowiska akademickiego. Ważne jest, by polityka ta stwarzała odpowiednie warunki angażowania się, zarówno akademików, jak i administracji, w tworzenie nowych programów, specjalności czy modułów kształcenia w językach obcych. Tak rozumianemu umiędzynarodowieniu działalności dydaktycznej sprzyjają projekty unijne, takie jak Partnerstwa strategiczne programu Erasmus+.

Z punktu widzenia uczelni każdy taki projekt to zacieśnienie współpracy z partnerami z całej Europy, a w konsekwencji powstanie programu studiów, który zachęci osoby z zagranicy do studiowania na danej uczelni. To z kolei przełoży się na wzrost dotacji dla szkoły i wpłynie na pozycję w rankingach. Szersza oferta studiów w językach obcych to także zwiększenie możliwości angażowania zagranicznych wykładowców do prowadzenia zajęć na danej uczelni oraz większe szanse szkoły w staraniach o zdobycie prestiżowych akredytacji.

Dla pracownika angażowanie się w międzynarodowe projekty badawcze, a przede wszystkim w ich koordynowanie, jest wyjątkową szansą na działanie w międzynarodowych zespołach, a dzięki temu na podnoszenie umiejętności budowania i pracy w konsorcjach. Te umiejętności mogą być wykorzystywane m.in. przy aplikowaniu o granty w międzynarodowych projektach badawczych. Tego typu projekty edukacyjne – dzięki wymianie doświadczeń – umożliwiają podnoszenie kompetencji dydaktycznych, adaptowanie innowacyjnych metod kształcenia, zwiększenie efektywności i sprawności kształcenia w środowisku międzynarodowym. Ułatwiają również budowanie własnej międzynarodowej sieci naukowo-badawczej. Ważne, by w projekty zaangażować sprawdzonych, rzetelnych partnerów zagranicznych, zbudować odpowiednią strukturę konsorcjum i systematycznie monitorować realizację zadań. Najważniejszy jest jednak cel projektu, którym musi być opracowanie atrakcyjnego, nowoczesnego i praktycznego programu studiów dla klienta, jakim jest student, i to międzynarodowy.

prof. dr hab. Sławomir Smyczek
prorektor ds. edukacji i internacjonalizacji
Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach