Teachener: łączenie świata nauki z humanistycznym


O wyraźnym podziale pomiędzy środowiskiem naukowym i humanistycznym mówi się od kilkudziesięciu lat. Reakcją na to jest projekt „Teachener”, który proponuje moduły dydaktyczne jako preludium do porozumienia. W konferencji Teachener na Politechnice Gdańskiej 27 i 28 czerwca, uczestniczyło około 60 osób.

Sześćdziesiąt lat temu Charles Percy Snow wygłosił na Uniwersytecie w Cambridge wykład o dwóch kulturach. Zainicjowało to dyskusję o konieczności porozumienia między światem naukowym, a humanistycznym. Minęło ponad pół wieku, a temat wciąż jest aktualny. Między tymi dwoma światami jest bardzo mało połączeń. Budowanie mostów to cel projektu „Teachener”. Dotychczasowe działania pozwoliły opracować kursy dydaktyczne z zakresu energetyki, dzięki którym integracja zagadnień społeczno-humanistycznych w procesie kształcenia przyszłych inżynierów będzie łatwiejsza.

– Oczywiście, że są braki w umiejętnościach komunikacyjnych. Inżynierowie, praktycy, wdrożeniowcy – rozmowy na tematy związane z techniką w kontekście społecznym sprawia im trudność. Tradycyjna edukacja techniczna niestety tego nie założyła – mówi Agnieszka Klej, koordynator programu umiejętności miękkich z Politechniki Gdańskiej.

Konferencja została podzielona na dwie części. Pierwszego dnia zaproszeni goście z Polski i zagranicy prowadzili wykłady, debaty oraz panele dyskusyjne. Do Gdańska przyjechali m.in.: Chris Foulds z angielskiego Uniwersytetu Anglia Ruskin, Benjamin K. Sovacool z Uniwersytetu Aarthus z Danii czy Franco Ruzzenenti z Uniwersytetu z Groningen w Holandii. Aby wyjść poza środowisko akademickie, zaproszono również przedstawicieli przedsiębiorstw z branży energetycznej. Na początku, koordynator programu Piotr Stankiewicz podsumował główne założenia projektu Teachener. – Na uczelniach technicznych znajdujemy niewiele jednostek zajmujących się humanistyką, a jeżeli powstają, to mają jedynie charakter kwiatka do kożucha. Nie zawsze są traktowane poważnie przez studentów. Dostrzegamy pewne nawyki myślowe i brak poczucia, że nauki społeczne mogą być do czegoś przydatne. Chcemy te światy połączyć, dlatego zaczynamy od pracy u podstaw – mówi Piotr Stankiewicz, koordynator projektu.

Projekt „Teachener” doprowadził do stworzenia ośmiu modułów kształcenia, zamkniętych w materiałach dydaktycznych. Każdy moduł składa się z maksymalnie czterech sesji. Dotyczą m.in. świadomości znaczenia energii dla naszego życia, zrozumienia opinii publicznej czy zarządzania społecznym ryzykiem. Drugiego dnia, podczas warsztatów tematycznych, uczestnicy podzieleni na mniejsze grupy analizowali poszczególne moduły.

– Niektóre ze stworzonych modułów mogą być zaimplementowane do programu studiów magisterskich i doktoranckich. Na ich podstawie można też przygotować kursy dla inżynierów, którzy pracują przy realizacji inwestycji o dużym znaczeniu społecznym, jak elektrownie czy spalarnie odpadów – mówi Magdalena Głogowska z Krajowego Punktu Kontaktowego programów Badawczych EU.

Projekt z pewnością przyczynił się do poszerzania świadomości. Łatwo wyobrazić sobie jego znaczenie, jeżeli weźmiemy pod uwagę największe problemy współczesnego świata, jak budowanie elektrowni atomowych czy zmiany klimatu.

– Oba światy bez siebie istnieją i dobrze sobie radzą, ale gdyby funkcjonowały wspólnie, powstałaby synergia. Warto tworzyć platformy do dialogu. Jesienią chciałbym zrobić debatę związaną ze zmianami klimatycznymi. Jedną z rzeczy, przed którą staniemy za kilkanaście lat będzie marazm społeczeństwa. Psychologowie będą zastanawiali się, w jaki sposób pobudzić ludzi do działania oraz nad wieloma kwestiami, nad którymi my jako naukowcy się nie zastanawiamy – podsumowuje Andrzej Augusiak, prodziekan ds. rozwoju Wydziału EiA na Politechnice Gdańskiej, organizator konferencji.

Justyna Michalkiewicz

Już nie biorą nas za ekoświrów


Systemy ekologiczne pozwalają chronić środowisko, by służyło też przyszłym pokoleniom. To w kontrze do upraw GMO rodem z USA, gdzie na pustynie soi wjeżdża kombajn, ale nie ma żadnego życia. Chcę, by nasi studenci dostrzegli tę różnicę – mówi dr Dominika Średnicka-Tober z SGGW, koordynatorka projektów Erasmus+

 

Ekomarchewka rzeczywiście różni się czymś od zwykłej? Czy to tylko marketing?

Nie patrzę bezkrytycznie na rolnictwo ekologiczne ani nie próbuję udowodnić, że coś jest lepsze czy gorsze. Raczej badam mechanizmy, które za tym stoją. I okazuje się, że w produktach pochodzących z ekologicznych systemów upraw rzadziej wykrywamy pozostałości środków chemicznych, np. pestycydów. To zaleta dla konsumentów, zwłaszcza kobiet w ciąży czy matek karmiących. Tu chodzi o jakość i bezpieczeństwo. Oczywiście o ile system jest szczelny, a certyfikowani rolnicy nie przekłamują i rzeczywiście nie stosują szkodliwej chemii.

I to właśnie bada Zakład Żywności Ekologicznej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, w którym pani pracuje?

Sprawdzamy, czy produkty z ekologicznych upraw rzeczywiście są lepszej jakości niż żywność konwencjonalna. Cztery i pół roku spędziłam w Newcastle, gdzie podsumowaliśmy wyniki wszystkich badań, które wykonano na świecie w tym zakresie. Wyszło nam, że 75 proc. owoców z produkcji konwencjonalnej zawierało wykrywalne pozostałości związków chemicznych, z produkcji eko – tylko 10 proc. Ekologiczne warzywa i owoce zawierają też średnio od 40 do 60 proc. więcej polifenoli, czyli antyoksydantów, które mają działanie prozdrowotne. Czyli wniosek jest taki: system jest szczelny.

Ale też dużo bardziej kosztowny.

Nakład siły roboczej w takich gospodarstwach jest dużo większy. Jeśli nie stosuje się chemicznych pestycydów, to konieczne jest przecież mechaniczne odchwaszczanie. Poza tym plony wciąż są niższe, więc ich wielkość trzeba rekompensować ceną produktu. Ona musi być więc wyższa, ale nie aż tak, jak widzimy to na sklepowej półce. Niestety wywindowana cena jest często narzucana przez system dystrybucji. Nadwyżkę dostaje nie rolnik, ale pośrednicy.

 To zawsze będzie raczej elitarna nisza? Czy jest szansa, by cała gospodarka przestawiła się na produkcję ekologiczną?

Patrząc na naturalność tego systemu, chciałabym, żeby przestał być niszowy. Ale biorąc pod uwagę obecny model konsumpcji, obawiam się, że to niemożliwe. Zwierzę hodowane w systemie ekologicznym żyje dłużej i lepiej. Przy dzisiejszym globalnym apetycie na mięso po prostu zabrakłoby miejsca na taką hodowlę. Ale gdybyśmy wszyscy poszli w kierunku ograniczenia spożycia produktów zwierzęcych, powszechny model eko byłby realny do wprowadzenia.

Czy produkcja żywności ma swój aspekt etyczny?

To właśnie mnie w niej zainteresowało, bo studiowałam też ochronę środowiska. Systemy ekologiczne pozwalają zachować bioróżnorodność, ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, chronić zasoby naturalne, jakość gleby, by służyła również przyszłym pokoleniom, nie tylko nam. To wszystko w kontrze do upraw genetycznie modyfikowanych, rodem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ciągną się ogromne pustynie soi czy kukurydzy, na które wjeżdża kombajn, ale na których nie ma żadnego ptaka, owada, żadnego życia. To bardziej inkubator niż przyroda. Chciałabym, by nasi studenci dostrzegli tę różnicę.

 Na zajęciach się o tym nie mówi?

Nie znam programów wszystkich obecnych wykładów, ale pamiętam, że podczas moich studiów tych tematów mi brakowało. Dziś, gdy prowadzę przedmiot ekologia i ochrona środowiska, widzę, że studenci nie są świadomi tego, jak bardzo masowa hodowla zwierząt degraduje środowisko. W Zakładzie Technologii Mięsa młodzi ludzie uczą się, jak ulepszyć kotlet, by był smaczniejszy czy lepiej wyglądał, a jego produkcja była tańsza. Ale czy ktoś powie im, z jakimi stratami dla środowiska wiąże się taka wygoda? Temu właśnie służy projekt „Transformacja systemu żywnościowego w Europie poprzez międzynarodowe innowacyjne nauczanie”, realizowany przez dziewięć europejskich uczelni, w tym SGGW, dzięki programowi Erasmus+.

 Na czym polega?

Z jednej strony na tym, by właśnie przejrzeć programy przedmiotów akademickich i sprawdzić, jakie metody dydaktyczne stosują wykładowcy i czy liczy się dla nich aspekt zrównoważonego systemu produkcji żywności. Czy mają na ten temat wystarczającą wiedzę i czy z niej korzystają. W kwietniu wybrani nauczyciele z dziewięciu uczelni pojechali do Kopenhagi, gdzie wzięli udział w szkoleniu na temat agroekologii, slow food, różnych rodzajów diet i ich zalet dla środowiska. Zależy nam, by te wątki pojawiały się później na zajęciach, które prowadzą.

 Czy wykładowcy są tym zainteresowani?

Po przeprowadzeniu ankiet o programach zajęć widzimy duży odzew. Dotyczy on nie tylko zdobywania wiedzy o zrównoważonych systemach żywnościowych, ale przede wszystkim poznania innowacyjnych metod, jakimi można tę wiedzę przekazać. To drugi ważny aspekt naszego projektu.

Na czym te innowacyjne metody polegają?

Chodzi o sposób, w jaki prowadzimy wykłady. Czy robimy to, wyświetlając prezentację, czytając slajdy i biernie czekając, aż studenci przepiszą je do zeszytów, właściwie nic nie zapamiętując, czy próbujemy ich zaktywizować. Sylabus przedmiotu tego nie reguluje, mamy więc pełną dowolność. Mogę w trakcie wykładu wykorzystać tzw. clicker system i zrobić quiz, w którym cała aula, tak jak w „Milionerach”, odpowiada na pytania za pomocą swoich telefonów. Albo zachęcić studentów, by sami wyguglali jakieś pojęcie, byśmy później mogli wspólnie zweryfikować, czy to wartościowa wiedza, czy głupota. Czasem rzucam  też pytanie i otwieram dyskusję. I nagle temat zmiany klimatu czy bezpieczeństwa żywnościowego wywołuje żywe dysputy.

Taki projekt może zmienić uczelnie?

Nie liczymy, że nagle rektor wprowadzi nowoczesne metody nauczania, ale przecież uczelnię tworzą ludzie. Niestety większość wykładowców nie ma przygotowania pedagogicznego, a ich wykłady sprowadzają się do czytania slajdów. Jeśli jednak uda nam się zainspirować przynajmniej grupę, to te dobre praktyki mogą pójść dalej.

Dwa poprzednie projekty z programu Erasmus+, które pani koordynowała, czyli „Innowacyjna edukacja dla potrzeb sektora żywności ekologicznej” i „Innowacyjna edukacja dla zrównoważonego systemu żywnościowego”, były skierowane do studentów.

Wykładowcy też brali w nich udział, ale grupą docelową rzeczywiście byli studenci. Chcieliśmy dostarczyć im wiedzę i kompetencje, by lepiej odnaleźli się na rynku pracy. Sprawdziliśmy więc, czego ten rynek oczekuje. Przeprowadziliśmy ankietę wśród przedsiębiorców z sektora ekologicznego, pytając, czego oczekują od absolwentów uczelni, a więc potencjalnych pracowników.

Był więc nacisk na praktykę?

Każdy student dostał case study, w którym musiał zanalizować konkretną sytuację. Przedsiębiorca wskazywał, jaki ma problem czy jaką widzi możliwość rozwoju, a studenci proponowali mu rozwiązania. Jedna grupa studentek współpracowała z bistro, które chciało jeszcze bardziej nastawić się na ochronę środowiska. W rezultacie właścicielka tego bistro wdrożyła pomysły studentek, wprowadziła m.in. biodegradowalne sztućce i talerze czy menu z odpadków kuchennych, takich jak głąby kalafiorów czy obierki z warzyw.

Z kolei w drugim projekcie studenci stali się nauczycielami w szkole.

Tak, przygotowali wykłady związane z jakimś aspektem zrównoważonego systemu żywnościowego oraz przeprowadzali lekcje i warsztaty dla uczniów. Po pierwsze więc zwiększyli świadomość w tym względzie, a po drugie zdobyli pierwsze doświadczenie w nauczaniu. W obecnym projekcie skupiamy się jednak na wykładowcach, bo dzięki temu jego zasięg będzie dużo większy.

 Czyli jak zawsze wszystko zależy do ludzi?

Widzimy, że zainteresowanie przedmiotami dotyczącymi żywności ekologicznej na uczelni rośnie i coraz więcej studentów chce uczestniczyć w takich zajęciach. W każdej grupie znajdzie się ktoś, kto jest entuzjastą tego tematu i rezygnuje z mięsa bądź zmniejsza jego spożycie. Jednocześnie interesuje się też ograniczeniem marnotrawstwa żywności, produkcji plastiku i jednorazowych opakowań. To wciąż pojedyncze osoby, ale widać, że grupa uważa ich postawę za potrzebną. Już nie biorą ich za ekoświrów.

Trzy dekady integracji europejskiej


W ciągu 30 lat w ramach programu Jean Monnet zrealizowano ponad 5 tys. projektów w prawie 100 krajach. Swoimi doświadczeniami w tym obszarze dzielą się zaangażowani polscy badacze

W 1989 r. Jacqueline Lastenouse, urzędniczka Komisji Europejskiej, zaproponowała powołanie katedr europejskich na uczelniach. Inicjatywa miała zaspokoić rosnącą potrzebę badań problematyki integracji europejskiej. Nowo powstały program nazwano na cześć jednego z ojców założycieli Wspólnot Europejskich i pierwszego przewodniczącego Wysokiej Władzy, organu wykonawczego Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – Jeana Monneta.

Program powstał, by promować wysokiej jakości inicjatywy edukacyjne oraz badania w obszarze studiów europejskich. Finansowane są z niego takie działania jak: edukacja i badania (moduły Jean Monnet, katedry, centra doskonałości), wsparcie stowarzyszeń, debaty polityczne ze światem akademickim (Jean Monnet Networks i projekty Jean Monnet). Wnioskujący mogą aplikować o środki na badania, organizację konferencji, przygotowanie publikacji w dziedzinie studiów europejskich, prowadzenie kursów i networking naukowców.

 

dr Marcin Zubek, Instytut Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego:

Jestem koordynatorem lokalnym projektu „cReative Economy And Culture inTernatIonal link” dotyczącego szeroko rozumianej europejskiej dyplomacji kulturalnej i polityki kulturalnej. W międzynarodowym zespole badawczym chcemy sprawdzić, czy istnieje coś takiego jak europejska polityka kulturalna, a jeżeli istnieje, to w jaki sposób jest ona realizowana w różnych kontekstach pozaeuropejskich, bo traktujemy ją jako część polityki zagranicznej. Będziemy analizować cztery przypadki: indyjski, japoński, nowozelandzki i izraelski.

Projekt dotyczy także roli creative economy (gospodarki kreatywnej) w dyplomacji kulturalnej. Obejmuje ona mniej namacalne aspekty gospodarki, takie jak: design, sztuka, architektura. Projekt jest próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie: „Jaką rolę odgrywają twórcy w dyplomacji?”. Ze strony polskiej w zespole będzie pracowało od czterech do pięciu osób, przy czym możliwe jest dobieranie współpracowników na każdym etapie.

Jest to mój pierwszy projekt, który koordynuję, ale uczestniczę też w innych działaniach Jean Monnet. W ramach modułu „Internal and external challenges to the European Integration” prowadzone są dwa kursy. Pierwszy dotyczy społecznych, a drugi politycznych wyzwań stojących przed integracją europejską. Ja uczę w tym drugim komponencie obejmującym takie zagadnienia jak: eurosceptycyzm, populizm, migracje, pozycja UE w stosunkach międzynarodowych.

Dzięki programowi Jean Monnet mogę poznać kolegów po fachu z instytucji pozaeuropejskich, nawiązywać kontakty, które owocują interesującymi badaniami.

 

dr Aleksandra Szczerba-Zawada, Akademia im. Jakuba Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim:

Do tej pory uczestniczyłam w kilku projektach Jean Monnet, dwa z nich koordynowałam. Obecnie realizuję Jean Monnet Module EUIncSo, dotyczący kwestii włączenia społecznego i niedyskryminacji w Unii Europejskiej. W jego ramach prowadzę dwa przedmioty: wykład z zakresu praw człowieka i seminarium dyplomowe. Dotychczasowy program dostosowałam do problematyki europejsko-prawnej. Prawa człowieka z perspektywy europejskiej są tematyką, która pozwala przeprowadzić ciekawą dyskusję na zajęciach. Podczas seminarium dyplomowego studenci rozwijają swoje zainteresowania z zakresu zasady równego traktowania w UE. W ramach Jean Monnet Module biorą oni również udział w corocznej ogólnopolskiej konferencji naukowej oraz przygotowują zbiór esejów studenckich.

Warto też podkreślić, że proces zdobywania grantu nie jest skomplikowany. Zachęcam każdego, by spróbował przelać swój pomysł na papier i wziął udział w procedurze aplikacyjnej. Niezależnie od tego czy jesteśmy z małego czy dużego ośrodka naukowego, nie powinniśmy mieć obaw. Formuła projektu jest bardzo elastyczna, co też ułatwia działania projektowe, zwłaszcza, jeśli nie ma się doświadczenia, albo, jeśli nie działa się na uczelni, gdzie funkcjonuje rozbudowany dział projektów międzynarodowych. Urzędnicy w Brukseli, z którymi współpracujemy w projekcie są bardzo otwarci, a w porównaniu z innymi programami jest mało formalności.

Realizacja projektów w ramach programu Jean Monnet potwierdza, że to, co do tej pory robiłam w obszarze ochrony praw człowieka jest wartościowe. To motywacja do tego, by robić więcej ciekawych rzeczy.

 

dr Marta Pachocka, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, Polskie Stowarzyszenie Badań Wspólnoty Europejskiej:

Moja przygoda z projektami Jean Monnet zaczęła się w 2012 r. wraz z zaangażowaniem w działalność Polskiego Stowarzyszenia Badań Wspólnoty Europejskiej (PECSA). W kolejnych latach PECSA zrealizowała dwa projekty Jean Monnet: „Akademia Młodego Europejczyka (AME)” i „Facing the Challenges in European Union. Re-thinking of EU Education and Research for Smart and Inclusive Growth (EuInteg)” w ramach programu UE „Uczenie się przez całe życie”. Ostatnio zespół PECSA zrealizował „Akademię Młodego Europejczyka 2 (AME2)”.

W projekty Jean Monnet angażuję się także jako pracownik naukowo-dydaktyczny SGH. Jeden z nich to prestiżowe Centrum Doskonałości Jeana Monneta w SGH, kierowane przez prof. Ewę Latoszek, jedną z najbardziej znanych badaczek problematyki europejskiej w Polsce. Drugi, autorski, to koordynowany przeze mnie projekt EUMIGRO – „Jean Monnet Module on the European Union and the Contemporary International Migration – an Interdisciplinary Approach” (2016–2019), którego zakres merytoryczny dotyczy sytuacji w państwach Unii Europejskiej w kontekście współczesnych procesów migracyjnych, a także prowadzonych polityk – (i)migracyjnej i integracyjnej – na poziomie krajowym i unijnym. Uzupełnieniem tej problematyki jest kwestia uchodźstwa i azylu. W ramach tych działań m.in. wprowadziłam do oferty dydaktycznej SGH nowe przedmioty w językach polskim i angielskim, dotyczące problematyki migracyjnej w Europie. Prowadzę też seminaria dyplomowe dla studentów w formie warsztatów, zorganizowałam trzy konferencje naukowe EUMIGRO, a także realizuję badania w tym zakresie.

Gdybym na swojej drodze nie spotkała prof. Latoszek i nie włączyła się w realizację projektów unijnych, nie byłabym tu, gdzie jestem. To była szybka ścieżka do zdobycia cennego doświadczenia zarówno w międzynarodowym obszarze organizacyjnym,
naukowo-badawczym, jak i dydaktycznym. Pomocna w tej pracy jest tzw. Jean Monnet Community, która jest wirtualną platformą gromadzącą osoby realizujące projekty Jean Monnet na całym świecie.

Warsztaty szycia czapek krakusek


Projektowania i szycia czapek rogatywek, inspirowanych tradycyjnymi czerwono-czarnymi krakuskami, uczyły się w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie studentki z Francji, Turcji i Włoch. Warsztaty zorganizowano w ramach programu Erasmus+.

Oprócz szycia czapek krakusek uczestniczki brały też udział w warsztatach związanych z tradycyjnym krakowskim strojem. Dzięki temu mogą dowiedzieć się np. czym jest katana, kto i dlaczego robił korale chlebowe, jakie wzory można znaleźć na chustach czerwcowych i co mają wspólnego kwiatowe ilustracje Stanisława Wyspiańskiego ze strojami krakowskimi. Poznając różnorodne techniki rękodzielnicze, studentki odkrywały piękno dawnych strojów z regionu i szukały w nich inspiracji do twórczych działań. Dzięki tym zajęciom zagraniczni goście mogli też poznawać historię, kulturę i tradycje dawnej stolicy Polski.

Spotkania w ramach warsztatów prowadzili rzemieślnicy i instruktorzy rękodzieła wraz z zaangażowanymi w projekt osobami zagrożonymi wykluczeniem społecznym. To właśnie aktywizacja zawodowa osób z doświadczeniem bezdomności jest najważniejszym celem tego projektu. Jednocześnie takie działania przyczyniają się do budowania międzykulturowych mostów.

Organizatorami wydarzenia są Fundacja Od Kultury i ŻyWa Pracownia, partneruje mu inicjatywa społeczna Zupa na Plantach.

Więcej praktyki dzięki unijnemu wsparciu


Międzynarodowe szkolenia, zagraniczne praktyki, wykłady otwarte specjalistów z innych krajów – państwowe wyższe szkoły zawodowe wykorzystują do maksimum program Erasmus+, by poszerzyć ofertę dla studentów i kadry. O tym, jakie umiejętności można zdobyć dzięki współpracy międzynarodowej, opowiadają doświadczeni praktycy

Beata Skibińska, dyrektor Biura Szkolnictwa Wyższego w Narodowej Agencji Programu Erasmus+:
Współczesna szkoła wyższa ma kształcić aktywnych obywateli i profesjonalnych pracowników. Konieczność upraktycznienia kształcenia jest powszechnie rozumiana i coraz bardziej oczekiwana przez młodych ludzi. Oni są pragmatyczni, a uczelnie chcą jak najlepiej zaspokajać ich potrzeby i spełniać oczekiwania. Udział w programie Erasmus+ wykorzystuje się również do tego, by ofertę dydaktyczną uatrakcyjnić, uczynić bardziej praktyczną i skonstruować tak, aby wyposażyć przyszłych absolwentów w umiejętności i kompetencje, jakich będzie potrzebował pracodawca.
Znakomicie udaje się to państwowym wyższym szkołom zawodowym, które razem z zagranicznymi partnerami rozwijają współpracę z przedsiębiorstwami, wdrażają kształcenie dualne oraz oferują praktyki i staże zagraniczne. Włączają także pracodawców do wdrażania praktycznych elementów do programów studiów, zapraszają pracowników przedsiębiorstw i organizacji nieakademickich do prowadzenia zajęć ze studentami.

Justyna Jaskólska, uczelniana koordynatorka programu Erasmus+ w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej im. Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu:
Program Erasmus+ jest źródłem innowacji – poprzez współpracę międzynarodową, inicjowanie wspólnych przedsięwzięć naukowych, zagraniczne wyjazdy. Umożliwia dzielenie się wiedzą i jej transfer, kreuje długoterminowe partnerstwa, a przede wszystkim napędza przedsiębiorczość i kreatywność. W Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Wałbrzychu wymianę międzynarodową traktuje się jako wspomaganie wdrażania innowacyjnych rozwiązań. Kadra i studenci poznają je podczas pobytów w zagranicznych instytucjach. Po powrocie stają się inicjatorami transferu innowacji organizacyjnych, technologicznych i społecznych. Biorąc udział w Erasmusie+, uczelnia może tworzyć programy kształcenia na podstawie europejskich doświadczeń, wdrażając tym samym nowoczesną ofertę dopasowaną do wymogów współczesnego rynku pracy. Przykładowo zwiększenie świadomości różnorodności kulturowej jest ważne dla kierunków nauczycielskich, wpływa bowiem na modyfikację metod i technik nauczania wykorzystywanych w praktyce. Kształtowanie kompetencji miękkich, zdolności komunikacyjnych – także w branżowym języku w wybranej dziedzinie – i umiejętności praktycznych, zgodnych z europejskimi standardami, działa pozytywnie na relacje międzyludzkie i poprawia jakość kształcenia w PWSZ.

Mikołaj Zgaiński, uczelniany koordynator programu Erasmus+, kierownik Działu Nauki i Współpracy z Zagranicą Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Jana Amosa Komeńskiego w Lesznie:
Internacjonalizacja, szczególnie realizacja projektów w ramach programu Erasmus, a obecnie Erasmus+, były i są dla nas impulsem do współpracy z przedsiębiorcami. Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Jana Amosa Komeńskiego w Lesznie jako pierwsza uczelnia w Polsce wdrożyła system studiów dualnych. „Leszczyński model studiów dualnych” przygotowaliśmy na podstawie doświadczeń partnerskich instytucji z Niemiec (Hochschule Hannover, Hochschule Darmstadt) i dostosowaliśmy do realiów oraz przepisów polskiego prawa. Z kolei wyjazdy naszych pracowników i wykładowców na Uniwersytet w Dunaújváros na Węgrzech zaowocowały współpracą pomiędzy Lesznem a Dunaújváros oraz nawiązaniem kontaktów biznesowych na Węgrzech. Jesteśmy też dumni z realizacji cyklicznego wydarzenia, którym jest Erasmus+ Project Week (Tydzień Projektów Erasmusa+). Już od trzech lat wspólnie z Saxion University of Applied Sciences w Enschede w Holandii i ze spółkami holenderskiego koncernu TKH organizujemy międzynarodowe warsztaty, w czasie których polscy i holenderscy studenci poszukują rozwiązań na potrzeby firm. Ubiegłoroczne, realizowane zgodnie z metodą design thinking, umożliwiły wypracowanie nowych produktów i usług dla osób starszych.

Anna Opałka, uczelniana koordynatorka programu Erasmus+, kierownik Działu Kontaktów Zewnętrznych Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nysie:
Nasza uczelnia kształci i rozwija u studentów umiejętności pozwalające im podejmować prace w wyuczonych zawodach, głównie w tych potrzebnych na lokalnym rynku pracy, oraz kontynuować studia, zarówno w Polsce, jak i w Europie. Od 2004 r. bierzemy udział w programie Erasmus, co przyczynia się do wzrostu innowacji w dydaktyce i zmian w programach i metodach kształcenia.
W ramach mobilności edukacyjnej przedstawiciele zagranicznych przedsiębiorstw i organizacji nieakademickich uczą studentów i tworzą praktyczne programy studiów. Z kolei kadra dydaktyczna i administracyjna  nawiązuje kontakty z otoczeniem społeczno–gospodarczym uczelni partnerskich w innych krajach. Tym samym poszerzana jest oferta praktyk i możliwości wyjazdu studentów na zagraniczne szkolenia, targi branżowe czy wizyty studyjne. W ramach programu Erasmus+ organizowane są międzynarodowe warsztaty, praktyki w zagranicznych przedsiębiorstwach, wykłady otwarte zagranicznych ekspertów, szkolenia zawodowe czy staże w lokalnych przedsiębiorstwach dla studentów zagranicznych. PWSZ w Nysie dzieli się swoim doświadczeniem również z partnerami zagranicznymi, na przykład z Uniwersytetem Ivana Franki we Lwowie. Doskonałym przykładem dla innych są prowadzone przez uczelnię studia dualne – w naszym Instytucie Neofilologii oraz w faktycznym środowisku pracy – w niemieckiej firmie z sektora usług konsultingowych, technologicznych i outsourcingu (zajęcia prowadzone przez ekspertów z firmy oraz płatne praktyki studentów). Warto też wspomnieć o współpracy  z Wałbrzyską Specjalną Strefą Ekonomiczną INVEST PARK oraz z gminą Nysa. Uczelnia zadeklarowała m.in. aktywne wspieranie firm poprzez badania aplikacyjne i prace rozwojowe polegające na opracowaniu nowych procesów, produktów i usług przy udziale partnerów współpracujących w programie Erasmus+.
Badania losów absolwentów PWSZ w Nysie wskazują, że większość studentów jest aktywna zawodowo już w trakcie nauki. W przebadanej w 2018 r. grupie absolwentów 78 proc. pracowało w czasie studiów w Polsce lub za granicą. To wysoki odsetek, gdyż aż 88 proc. respondentów uczyło się w trybie stacjonarnym. Ponadto 26 proc. studentów pracujących w trakcie studiów było zatrudnionych za granicą i uczestniczyło w programie Erasmus+. 82 proc. osób zamierza po studiach podjąć pracę zgodną z wykształceniem. Oznacza to, że uczelnia kształci na wysokim poziomie praktycznym, a zdobyta wiedza pozwala studentom pracować w zawodzie. Osiągnięcie tak dobrych wyników nie byłoby możliwe bez wsparcia z programu Erasmus+.

Nie odkładam niczego na później


Pochodzi z Indonezji, studiuje leśnictwo w Warszawie – w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego – i zdobyła tytuł najlepszego studenta zagranicznego w Polsce. Okta Chandra Aulia wygrała tegoroczną edycję konkursu Interstudent w kategorii studia magisterskie

Konkurs promuje najlepszych studentów obcokrajowców w polskich uczelniach. A jest ich coraz więcej. W roku akademickim 2017/2018 studiowało w Polsce prawie 73 tys. studentów zagranicznych ze 170 krajów. Konkurs organizowany jest w ramach programu Study in Poland, prowadzonego wspólnie przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich i Fundację Edukacyjną „Perspektywy”.

Rozmowa z Oktą Chandrą Aulią

Czy teraz znajomi z SGGW noszą cię na rękach?

Aż tak dobrze nie jest, ale koleżanki i koledzy gratulowali mi i cieszyli się razem ze mną. A ja jestem im wdzięczna, bo dużo mi pomogli, szczególnie w pierwszych tygodniach studiowania, kiedy nie wszystko rozumiałam. Tylko dzięki nim mogłam przetrwać najtrudniejsze chwile.

Zanim przyjechałaś do Warszawy, przez półtora roku uczyłaś się w Łodzi języka polskiego.

Macie bardzo skomplikowany i trudny język, ale powoli się przyzwyczajam i czuję się coraz pewniej. Dla chcącego nic trudnego – to moje motto.

Są polskie słowa, które nadal sprawiają ci kłopot?

Na przykład „dżdżownice”. Łatwiej mi to zapisać, niż wymówić.

Zajęcia na uczelni odbywają się tylko w języku polskim?

Tak, ale wybrałam sobie dodatkowo jeszcze jeden przedmiot, już poza Wydziałem Leś-nym, gdzie studiuję, i tam nauczyciele mówią po angielsku.

Z roku na rok coraz więcej obcokrajowców studiuje w Polsce. Jak się u nas czujesz?

Coraz lepiej. Zostałam tu bardzo miło przyjęta. Na SGGW panuje fantastyczna atmosfera, ludzie się szanują i widzę, że do Polski na uczelnie przyjeżdża coraz więcej studentów ode mnie z Indonezji. To mnie cieszy, bo na razie na moim wydziale jestem jedyną osobą spoza Polski, ale nie czuję się samotna. Na naszej uczelni jest wielu studentów z zagranicy.

Zdobyłaś tytuł najlepszego studenta zagranicznego w Polsce m.in. za to, że angażujesz się w wiele akcji, które przybliżają indonezyjską kulturę.

Ale nie robię tego sama. Razem z kolegami organizowaliśmy sporo wydarzeń międzykulturowych. Na przykład podczas uroczystości rocznicowych na uczelni prezentowałam tradycyjny taniec indonezyjski. Jesteśmy wtedy pięknie ubrani, a taniec zachwyca, bo jest wyjątkowy. Brałam też udział w festiwalu kulinarnym, na którym przygotowywałam tradycyjne dania z Indonezji. Ludziom tak smakowało, że nawet moja nauczycielka poprosiła mnie o przepis.

Jesteś bardzo aktywna. Pomagasz przy obsłudze targów edukacyjnych, organizujesz konferencje, od lat działasz w Indonezyjskim Czerwonym Krzyżu. Jak na to wszystko znajdujesz czas?

Trzeba krócej spać. Wstaję dość wcześnie, żeby efektywnie wykorzystać każdą wolną chwilę. Nie odkładam niczego na później, działam od razu. Mniej się bawię, bo staram się wykorzystać czas na pozytywne i przydatne dla innych sprawy. Chcę czuć, że jestem potrzebna innym.

Uzależnieni


Dla jednych to największa przygoda życia, dla innych okazja na rozwój, której nie można przegapić. Wśród osób, które jeżdżą na Erasmusa, jest jednak również grupa takich, którzy bez wyjazdów po prostu nie potrafi a żyć

Z programu Erasmus (lub Erasmus+) skorzystali co najmniej cztery razy. W domu są raczej gośćmi – choć teoretycznie mieszkają w Warszawie, ich zżycie toczy się w różnych miejscach Europy. Jak żartobliwie mówią, uzależnili się od Erasmusa. Co sprawia, ze Natalia, Kasia i Adam nie mogą usiedzieć w Polsce? I co dają im wyjazdy zagraniczne?

Natalia: Chciałam zabić poerasmusowa depresje

Jest prawdopodobnie rekordzistka, jeśli chodzi o wyjazdy na Erasmusa. Na pytanie, czy czuje się od niego uzależniona, odpowiada krótko: „Zdecydowanie tak!”. Była już na pięciu wyjazdach i niedługo jedzie na szósty. Natalia (25 lat) po raz pierwszy wyjechała na trzecim roku międzykierunkowych studiów ekonomiczno-menedzerskich. Trafiła do Frankfurtu nad Odra. Pojechała na jeden semestr, ale przedłużyła wyjazd o kolejny. W Niemczech dowiedziała się o praktykach w ramach programu Erasmus+, wiec pojechała na dwa miesiące na Fuerteventure do Hiszpanii. Po rozpoczęciu studiów II stopnia w wakacje wybrała się na dwa miesiące praktyk w ogrodzie botanicznym do Grecji. Pół roku po powrocie znów spakowała walizki – semestr letni spędziła w Porto. Wróciła do Polski w lipcu 2018 r. – ale tylko na trzy dni, by zrobić niespodziankę rodzicom i przepakować ubrania. Chwile później jechała już na trzymiesięczne praktyki w Pradze. Teraz stara się o wyjazd absolwencki do Włoch, bo w ramach limitu, który obowiązuje na studiach magisterskich, zostały jej jeszcze dwa miesiące Erasmusa. Jak mówi, najwięcej dał jej pierwszy roczny wyjazd. – Wyjazd do Frankfurtu oznaczał dla mnie wyprowadzenie się z domu. Pranie, gotowanie, pilnowanie budżetu – do wszystkiego musiałam się przyzwyczaić – opowiada Natalia. – Poznałam mnóstwo ludzi, i to nie tylko z Europy. Dzięki temu, ze przebywałam głównie z Latynosami, nauczyłam się tez hiszpańskiego – dodaje. Jak mówi Natalia, każdy kolejny wyjazd był po to, by zabić poerasmusowa depresje. – W trakcie studiów za granica ciągle zdarza się cos nowego, pojawiają się kolejne atrakcje, wyzwania, poznaje się nowych ludzi. Tam nikt nie ma swojego osobnego życia. Wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji, wiec tworzymy jakby jedna wielka rodzinę – przekonuje. – A tutaj, w Polsce, ludzie są bardzo zajęci: maja studia, prace. Po powrocie masz wrażenie, ze w twoim życiu nie ma niczego poza studiami i obowiązkami domowymi – tłumaczy. Erasmus+ według Natalii to przede wszystkim przygoda. – Chodzi o rzucanie się na głęboką wodę, nauczenie się, jak żyć i załatwić wszystko samemu – mówi. – Trzeba jednak zdać sobie sprawę, ze nie możesz trzymać się ze wszystkimi, bo wtedy tak naprawdę nikogo nie poznasz. Po pierwszym Erasmusie zrozumiałam, ze najlepiej wybrać sobie grupę osób, z którymi złapało się najlepszy kontakt, i z nimi budować relacje – wspomina. – Dlatego tez według mnie dużo ciekawsze od wyjazdów semestralnych są praktyki Erasmusa. Możesz lepiej poznać osoby, z którymi się stykasz. Ja mam lepszych przyjaciół z zagranicy niż z Polski – dodaje.

Adam: Chodzi o to, żeby mieć co wspominać

Adam (23 lata) studiuje finanse, rachunkowość i ubezpieczenia na UW. Żartuje, że jego kierunek jest na tyle nudny, ze musiał go jakoś urozmaicić. Na II roku studiów, w 2016 r., wyjechał wiec na swoja pierwsza wymianę. Wybrał Budapeszt, gdzie spędził letni semestr. Niedługo później w ramach praktyk zawodowych pojechał na Maltę – tam przez dwa miesiące pracował w firmie finansowo audytowej. Ta forma wyjazdu podbiła jego serce – w kolejnym roku, znów w ramach staży Erasmusa+, wybrał się do Holandii. Trafił do prowincji Zeeland – w jednym miast tuz przy granicy z Belgia był asystentem właściciela restauracji. W to samo miejsce wybrał się ponownie w ostatnie wakacje.

Adam angażuje się w program również w Polsce. Koordynuje przedsięwzięcia prowadzone w ramach Erasmus+ Sport, które maja na celu promowanie pozytywnych postaw społecznych i sportowych. Dzięki temu Adam często wyjeżdża na zagraniczne konferencje. Ostatni projekt – dotyczący mowy nienawiści – zaprowadził go do Frosinone we Włoszech. Musiał tam podsumować jego realizacje w Polsce przed 150 osobami, w tym przed przedstawicielem FIFA. Początki Adama na Erasmusie+ nie były jednak proste. Kiedy przyjechał do Budapesztu, zmuszony był szukać mieszkania, bo akademik był w remoncie. Musiał tez znaleźć prace, aby się utrzymać, a przede wszystkim: musiał odnaleźć się w całkowicie nowym, zagranicznym środowisku.

To wszystko nauczyło go odpowiedzialności i zaradności. – Zawsze starałem się być samodzielny, ale taki wyjazd to duże wyzwanie. Erasmus+ uczy, jak zarządzać własnym czasem, pieniędzmi, samym sobą i jak dobrze spędzać czas – mówi Adam. Ale podkreśla tez inne zalety Erasmusa. – Praca, znajomi, podróże. To trzy najważniejsze elementy. W Budapeszcie pracowałem w dwóch miejscach: jako kelner oraz jako marketingowiec w bootcampie fitnessowym. To pozwoliło mi nie tylko zdobyć doświadczenie zawodowe, ale tez trochę zaoszczędzić, bo nie chciałem się zapożyczać u rodziców – opowiada. Dzięki temu, po zaliczeniu wszystkich przedmiotów na koniec semestru, Adam mógł zainwestować w podróże. – Wybrałem się na stopa z przyjaciółmi. Zwiedziłem Węgry, Słowenie, Chorwacje i część Włoch. Za drugim razem z przyjacielem z Belgii pojechaliśmy autobusem do Warszawy. Zwiedziliśmy tez Rygę i Wilno, a potem przez Polskę wróciliśmy do Budapesztu – mówi Adam. Nieco mniej udało mu się zwiedzić, kiedy był na Malcie. Do podróżowania wrócił jednak podczas pobytu w Holandii. Oprócz niej zwiedził Belgie i Paryż. – Można by po ośmiu godzinach pracy wrócić do domu i włączyć serial. Ale nie taki jest cel tego wyjazdu. Chodzi o to, żeby jak najwięcej zobaczyć, jak najwięcej poznać i mieć potem co wspominać – twierdzi.

Kasia: komfort życia

Swoja przygodę z Erasmusem+ zaczęła późno, bo na ostatnim roku studiów magisterskich. Mimo to była na wyjeździe zagranicznym już piec razy i każdy z nich wykorzystała w stu procentach. Kiedy Kasia (27 lat) była na V roku filologii hiszpańskiej, wyjechała na cały rok do Madrytu. Od tamtego czasu minęły cztery lata, a ona była na kolejnych czterech wyjazdach. Po przyjeździe z Madrytu wybrała się na praktyki do Porto, gdzie pracowała w niewielkiej firmie eventowej. Gdy po powrocie rozpoczęła studia doktoranckie, postanowiła skorzystać z Erasmusa+ przeznaczonego dla doktorantów – i wyjechała do Sewilli. Na kolejny erasmusowy wyjazd wybrała Lizbonę. Obecnie ponownie jest w Madrycie, tym razem na rok i w ramach drugiego kierunku, filozofii. W przypadku Kasi Erasmus to nie podróże czy życie towarzyskie. – U mnie przeradza się to w emigracje naukowa. To jest w pewnym sensie uzależniające. Czujesz, ze jak wrócisz do kraju, to cos dobrego się skończy, a tego nie chcesz. A skoro nadal mam możliwość wyjechać, to dlaczego miałabym nie skorzystać z szansy, która ustawia mi kolejny rok życia? – pyta retorycznie. Jak mówi, program zapewnia jej komfort życia. Dzięki stypendium Erasmusa i stypendium doktoranckiemu jest w stanie utrzymać się, nie pracując. – Mogę poświecić się całkowicie badaniom naukowym – mówi. Dla Natalii, Kasi i Adama wyjazdy na Erasmusa są ogromna szansa, przygoda i szkoła życia. I choć czasem wiążą się z wyrzeczeniami, pozostawieniem w Polsce przyjaciół, rodziny, ukochanego psa i całej stabilności, która się miało, żadne z nich nie żałuje, ze wyjechało po raz pierwszy. Bo, jak mówi Kasia, „w zżyciu trzeba wyjść ze strefy komfortu”. – Trzeba się odważyć. I wtedy nigdy nie wiadomo, co się zdarzy – podsumowuje.

Autorka jest uczestniczka projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+”

Nauczanie przez zabawę


Gry edukacyjne pozwalają szybciej i łatwiej zrozumieć analizowane zagadnienia. Najlepsze uczelnie wykorzystują te metodę od wielu lat

WLean Learning Academy Polska, funkcjonującej na Wydziale Budowy Maszyn i Lotnictwa Politechniki Rzeszowskiej (leanacademy.wbmil.prz.edu.pl), studenci za pomocą gier uczą się m.in., jak doskonalić organizacje pracy na linii produkcyjnej z wykorzystywaniem różnych narzędzi tzw. koncepcji Lean. Nakazuje ona zidentyfikować źródła marnotrawstwa i realizować tylko te prace, które przyniosą wymierne korzyści i wytworzą wartość z punktu widzenia klienta. Praca w rywalizujących ze sobą grupach pozwala na osiąganie nieoczekiwanych efektów i pobudza do kreatywnego myślenia, a możliwość natychmiastowego zastosowania w praktyce wypracowanych pomysłów pozwala ocenić, czy były one zasadne.

Pierwsze gry edukacyjne związane z wdrażaniem koncepcji Lean opracowano w ramach realizowanego latach 2009–2011 projektu „Lean Learning Academies”. Powstała w mies”. wówczas Lean Learning Academy Polska (LLA Polska), która wkrótce rozpoczęła prace nad kolejnymi projektami, dotyczącymi nie tylko produkcji, ale także innych obszarów funkcjonowania organizacji. LLA Polska zaangażowała się w realizacje m.in. inicjatywy „LEAN Training by doing and training on the go as effective approaches to lean manufacturing”. Jej rezultatem była gra dydaktyczna, pokazująca, w jaki sposób można poprawić organizacje pracy biura konstrukcyjnego, tak by przyszły konstruktor nie tylko był dobrym specjalista w swojej dziedzinie, ale także umiał efektywnie pracować w zespole i odpowiednio organizować swoja prace.

Autorzy kolejnego projektu „Innovative Learning Approaches for Implementation of Lean Thinking to Enhance Office and Knowledge Work Productivity” (Partnerstwo strategiczne w programie Erasmus+) podeszli całościowo do analizy pracy biurowej i pracy z wiedza. Analizowali straty, jakie można w tych obszarach zidentyfikować, i wskazywali narzędzia Lean, które można zastosować do ich eliminacji. W efekcie powstały kolejne gry pozwalające na zrozumienie problemów oraz wynikających z nich strat. Materiały opracowane w trakcie tego projektu dostępne są na jego stronie internetowej (ilalean.prz.edu.pl). Można je zastosować zarówno w trakcie realizacji procesu dydaktycznego na innych uczelniach, jak i bezpośrednio w przedsiębiorstwach. Skorzystać można m.in. z podręcznika opisującego, jak przygotować i poprowadzić poszczególne gry, aby uzyskać określone efekty kształcenia. Studenci w ramach pracy własnej mogą tez wziąć udział w e-learningowym kursie prezentującym teoretyczne zagadnienia dotyczące zastosowania koncepcji Lean w pracy biurowej i w pracy z wiedza.

Lean Learning Academy Polska nie zwalnia tempa. Zaangażowani w nią naukowcy chcą, by w nauczaniu na temat wdrażania koncepcji Lean wykorzystywane były nowoczesne technologie. Dlatego od 2017 r. realizują projekt TIPHYS „Social Network based doctoral Education on Industry 4.0”. Obejmuje on m.in. budowę wirtualnej fabryki – ale to już temat na zupełnie inny tekst.

Najpierw refleksja, później technologia


W szkolnictwie wyższym niezbędna jest wymiana dobrych praktyk i doświadczeń w projektowaniu i wdrażaniu innowacyjnych podejść do nauczania. Zmiany musza mieć charakter systemowy, tymczasem na razie zalezą od uporu i ambicji jednostek

Projekty, grywalizacja, Design _ inking, nauczanie online i nowoczesne narzędzia ICT – aby umożliwić wymianę doświadczeń, wiedzy i pomysłów uczelni europejskich w tym obszarze, Zespół Partnerstw Strategicznych programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe zorganizował w dniach 26–29 listopada 2018 r. seminarium w Łodzi. Uczestnikami byli przedstawiciele uczelni, które biorą lub brały udział w partnerskich projektach Erasmus+ dotyczących innowacyjnych metod nauczania. Łącznie w spotkaniu wzięli udział reprezentanci 40 szkół wyższych z 15 krajów w Europie.

Program wydarzenia składał się z wystąpień ekspertów, krótkich interaktywnych prezentacji projektów (Tool Fair), rozmów w mniejszych grupach, wymiany pomysłów (Open Space) oraz wizyt studyjnych. Taka forma sprzyjała uczeniu się od siebie nawzajem i budowaniu nowych partnerstw. Uczestnicy dzielili się dobrymi praktykami oraz dyskutowali na temat korzyści i wyzwań związanych z innowacjami w realiach poszczególnych instytucji i krajów.

Podczas Tool Fair uczestnicy prezentowali narzędzia, prototypy lub produkty ich Partnerstw strategicznych zrealizowanych w ramach Erasmus+. Były to m.in. projekty wirtualnej mobilności, platformy e-learningowe, metody oceniania opartego na kompetencjach oraz programy łączące sektory biznesu i uczelni. Doceniona została także Metoda Otwartej Przestrzeni (Open Space Technology), w ramach której uczestnicy sami tworzyli zawartości sesji tematycznych w trakcie seminarium, włączając się w interesujące ich dyskusje.

Rozmowy dotyczyły tez m.in. sposobów angażowania studentów w dyskusje na temat uczenia się, innowacyjnych metod offline oraz radzenia sobie z różnica międzypokoleniowa. Była także sesja o porażkach. Początkowo miała dotyczyć sposobów radzenia sobie z wpadkami projektowymi, ale zakończyła się refleksją, ze porażka jest bardzo istotna w edukacji. Studenci powinni mieć szanse popełniać błędy, które należy traktować jako nieodłączna cześć uczenia się.

W trakcie seminarium nowe technologie często okazywały się tylko pretekstem do szerszego spojrzenia na istotę procesu uczenia się i związane z nim wyzwania. Uczestnicy uznali, ze same technologie nie są rozwiązaniem, jeśli ich zastosowania nie poprzedzi dogłębna humanistyczna i naukowa refleksja nad problemami. Przykładem może tu być sama dydaktyka, która obecnie jest oparta raczej na tradycji (nauczyciel ekspert, materiał podzielony na dyscypliny itp.), a nie współczesnej wiedzy. Co się zmieni, jeśli do tradycyjnej dydaktyki dodamy technologie? – pytano. Uczynimy te dydaktykę bardziej skuteczna, choć w świetle badan ma ona bardzo mało podstaw empirycznych – brzmiała odpowiedz. Jeśli zatem chcemy zmian, powinniśmy najpierw połączyć wnioski płynące z badan i przeformułować dydaktykę, a później dopiero wzbogacić ja o nowe technologie.

Seminarium pokazało, ze wysiłki na rzecz unowocześnienia dydaktyki podejmowane są w całej Europie. Problem w tym, ze poświęcone temu projekty strategiczne programu Erasmus+ powstają „obok” głównej pracy zainteresowanych – wysiłki podejmowane są raczej przez indywidualne osoby i małe zespoły, brakuje jednak rozwiązań obejmujących całe systemy. To zapewne jedno z największych wyzwań, przed którym staną uczestnicy po powrocie z seminarium – wyzwanie, z którym trzeba się zmierzyć, jeśli chcemy unowocześnić dydaktykę.

Erasmus+ wychodzi na zdrowie


To nie jest tak, że jak się nie widzi, to nie ma po co wyjeżdżać. Każde miejsce ma swoje fluidy. Wysiadasz z samolotu czy samochodu i już wiesz, czy jest super. Po przyjeździe do Sewilli pierwsze, co poczułam to zapach kwitnących pomarańczy

Monika: – W Warszawie miałam mnóstwo bliskich znajomych. Zawsze mogłam się do nich zwrócić, by pomogli mi się gdzieś dostać czy zrobić zakupy. W Barcelonie miałam jedną koleżankę z Polski, która w dodatku była dość zajęta. Nie mogłam zadzwonić w środku nocy i poprosić o pomoc. I dobrze, bo dzięki temu jeszcze bardziej się usamodzielniłam.

Agnieszka: – Nie byłam w pełni przygotowana do samodzielnego życia za granicą, ani do komunikowania się po angielsku ze słyszącymi. Tuż przed wylotem chciałam się wycofać. Ale nie zrezygnowałam.

Łukasz: – Jak wyjeżdżałem z domu, to myślałem tylko o tym, żeby nic się nie stało, żeby szczęśliwie wrócić. Wróciłem i jakbym zaczął drugie życie. Wcześniej bałem się jeździć pociągami. Po wyjeździe na Litwę żadnych ograniczeń już sobie nie wprowadzam. Pociągiem dojeżdżam codziennie na uczelnię.

Anna: – Właściwie znam tylko jeden przypadek studenta, którego stan zdrowia pogorszył się po powrocie z wyjazdu. Ale zadowolona, wręcz oczarowana. I bardzo poleca innym wyjazdy na Erasmusa.

Po co niewidomym podróże Mama Moniki Dubiel sama wypychała ją z Lublina na studia do Warszawy. Bo „uczelnia lepsza i poziom wyższy”. To też – ale przede wszystkim dlatego, że w domu ciągle się o nią martwiła i najchętniej wciąż odprowadzałaby ją do szkoły. Może jak nie będzie jej widzieć, to nie będzie się tak bać?

Dla Moniki – niewidzącej od urodzenia – wyjazd do Warszawy był pierwszym etapem usamodzielniania się. W domu – wiadomo – obiad zawsze jest, posprzątane jest, uprane jest, a zakupy robią się same. W uczelnianym akademiku wszystko działa inaczej. – Oczywiście, dostałam pomoc z biura ds. osób niepełnosprawnych, bo zupełnie nie znałam miasta. Pani z biura uczyła mnie orientacji przestrzennej, trasy z akademika na wydział, wolontariusze zrobić zakupy. Ale na co dzień musiałam radzić sobie sama – opowiada.

Dziś Warszawę zna już bardzo dobrze. Na nasze spotkanie na kampusie UW przy Krakowskim Przedmieściu z biura Fundacji Kultury Bez Barier, gdzie pracuje, dotarła sama – pomagając sobie składaną białą laską („Co za wygoda!”). Nieźle zna też Barcelonę, gdzie spędziła 10 miesięcy, Lizbonę (10 miesięcy) i Sienę (4 miesiące). Do tego rok w Tomsku, w samym środku Syberii i kilka miesięcy w Greensboro w Stanach Zjednoczonych. W podróżach Moniki właściwie trudno się połapać, bo w czasie pięcioletnich studiów na iberystyce wykorzystała do maksimum liczbę miesięcy, które student może spędzić na wymianie w ramach programu Erasmus+. Na drugim kierunku – rusycystyce – skorzystała z umów partnerskich z uniwersytetami w Rosji i Stanach.

– Zaczęło się od wniosku o wyjazd na Universitad de Barcelona. Nasze biuro wymiany musiało zgłosić, że jestem osobą z niepełnosprawnością wzroku, a tamtejsza uczelnia ocenić, czy ma warunki, by mnie przyjąć. Powiedzieli,

że nie ma przeciwwskazań. Na miejscu okazało się, że żadnych ułatwień też nie ma – wspomina. I wyjaśnia, że na hiszpańskich uniwersytetach nie ma wydzielonych jednostek do pomocy niewidomym. Odpowiada za to Hiszpański Związek Niewidomych, który jednak wspiera tylko swoich obywateli. – W końcu udało mi się wyprosić parę godzin orientacji przestrzennej, nie udało się jednak załatwić adaptacji materiałów. Wszystko zależy od uniwersytetu, bo w Lizbonie bez problemu zeskanowano mi materiały – mówi.

Pierwsze dni w Barcelonie spędziła z mamą. – Poruszając się z dużym bagażem, nie jestem w stanie używać laski – mówi Monika. Później jednak już samodzielnie dwukrotnie zmieniała stancję. Raz, bo akademik był za drogi, drugi raz z powodu problemów z właścicielką mieszkania. – Barcelona była przełomowym momentem w moim życiu. Nauczyłam się porządnie hiszpańskiego, poznałam ludzi z całego globu, z krajów, o istnieniu których nie

miałam nawet pojęcia. Ale przede wszystkim otworzyłam się na świat – mówi Monika. – Niektórzy zastanawiają się, po co niewidomym podróże. A mnie się wydaje, że są im bardziej potrzebne niż widzącym,

bo przecież oni nie wygooglują sobie zdjęć. Poza oglądaniem można jeszcze słuchać, wąchać, dotykać. Domy Gaudiego mają niesamowitą bryłę!

Studenci sobie radzą Anna Rutz, pełnomocniczka rektora ds. studentów z niepełnosprawnościami na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przyznaje, że takich studentów

wyjeżdżających na Erasmusa+ nie jest wielu, ale ich liczba z roku na rok rośnie. W roku akademickim 2015/16 z uczelni w Poznaniu wyjechało dwoje studentów z niepełnosprawnością, rok później – czworo. W tym roku są trzy takie osoby, ale liczba jeszcze się zwiększy ze względu na praktyki wakacyjne.

– Ubieganie się o stypendium wygląda dokładnie tak samo, jak w przypadku sprawnych studentów. Trzeba złożyć wniosek i wziąć udział w rekrutacji. Jedyna różnica polega na możliwości wnioskowania o dodatkowy grant z tytułu niepełnosprawności. Ma on pokryć koszty wsparcia, z którego student korzysta na co dzień w kraju i przyznawany jest na podstawie wywiadu. Po powrocie grant trzeba rozliczyć – wyjaśnia Anna Rutz.

Student może wnioskować o pieniądze chociażby na rehabilitację, leki, transport specjalistyczny, dodatkowe ubezpieczenie czy wyjazd i pobyt asystenta bądź jednorazowe przyjazdy osób, które pomogą mu w obcym mieście. – Niestety, nie zawsze wystarcza środków. Mieliśmy przypadek studentki niesłyszącej, która posługuje się językiem migowym i wysokość grantu pozwoliła jedynie na pokrycie kosztów asystenta sporządzającego dla niej notatki – wspomina A. Rutz.  Najtrudniejszym momentem dla Erasmusów z niepełnosprawnością jest zderzenie z obcą uczelnią. – Wciąż widać pewne dysproporcje między krajami w systemach wsparcia. Słabo widzący student wyjechał do Niemiec, gdzie pomoc takim osobom zapewniana jest przez państwo, a nie uczelnię. Musiał więc jechać z własnym lub wypożyczonym od nas sprzętem, bo niemiecka uczelnia go nie miała – mówi A. Rutz. Innej studentce przed wyjazdem przyznano akademik, ale na miejscu jednak go nie dostała. – Z dnia na dzień musiała sama szukać mieszkania. My tu w kraju mogliśmy jej pomóc w bardzo ograniczonym zakresie – mówi Rutz. – Studenci często nie wiedzą, co ich czeka na miejscu, muszą więc przełamywać psychiczne blokady. Ale mimo tych trudności radzą sobie. Patrząc na bilans plusów i minusów, zdecydowanie zwyciężają plusy – dodaje.

Jeszcze Polska nie zginęła Łukasza Pawlika na uczelni w Kłajpedzie przywitał kierownik wydziału jazzowego, który bywał w Polsce na koncertach. Wypalił z uśmiechem: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. – No to chyba jednak nie zginiemy – pomyślał Łukasz. Chociaż kilka miesięcy wcześniej myślał zupełnie inaczej.

O Erasmusie usłyszał na zajęciach z edukacji muzycznej, którą studiuje na oddziale UAM w Kaliszu. Pierwsza myśl: „To nierealne, jako osoba od sześciu lat niewidząca sam nie dam sobie rady”. Ale potem z tym samym pomysłem zgłosił się do niego kolega. A we dwóch to już mogło się udać.

Prócz standardowego stypendium na wyjazd przyznano mu również dodatkowe pieniądze z programu PO WER, który wspiera m.in. mobilność osób z niepełnosprawnością. Dostał też pieniądze na dojazd na Litwę prywatnym samochodem i wspólnie z kolegą ruszył w drogę.

Pierwszym wyzwaniem był akademik –nowe miejsce, nowi ludzie. Ale już po miesiącu Łukasz poruszał się po nim samodzielnie, mimo że budynek wybudowano w latach 50., gdy o udogodnieniach dla osób z niepełnosprawnościami nikt nawet nie myślał. – Erasmusi mieli swojego mentora, który im pomagał w codziennych sprawach. Najbardziej pomocni okazali się jednak koledzy i koleżanki z uczelni. Jak wychodziłem z pokoju, proponowali, że gdzieś mnie zaprowadzą. To piękne, ale czasem jednak trzeba odmawiać takiej pomocy – mówi Łukasz.

Potraktował Erasmusa+ jak szkołę przetrwania i poradził sobie. – Wykorzystałem sto procent możliwości uczelni, na którą pojechałem. Uczyłem się, rozwijałem, nawiązałem nowe znajomości, korzystałem z życia studenckiego. O to właśnie chodziło – podkreśla.

Angielski czytam z ust Studenci z Maynooth University w Irlandii mówili do Agnieszki spokojnie i wyraźnie. A jeśli coś umknęło, to pisali jej na ekranie komórki. – Na początku miałam trudności z wejściem w irlandzkie środowisko studenckie. Wsparcie od rodziców i najbliższych znajomych dało mi siły, by zrobić pierwszy krok i nawiązać kontakt. Zaprzyjaźniłam się ze świetnymi ludźmi – z Belgii, Holandii, Niemiec, Hiszpanii, USA czy Chin. Do dziś mamy kontakt przez Facebooka czy WhatsAppa – wspomina Agnieszka Maria Turek.

Nie słyszy od urodzenia, prawdopodobnie z powodu niedotlenienia w czasie porodu. Gdy była dzieckiem, dostała aparat słuchowy i całe dnie spędzała na intensywnych ćwiczeniach artykulacyjnych z mamą. W wieku 18 lat zdecydowała się na wszczepienie implantu ślimakowego, w którym sygnał elektryczny imituje słuch. – Nadal czytam z ust, ale implant pomaga mi w tym dużo bardziej niż aparat słuchowy – wyjaśnia Agnieszka.

Formularz wyjazdu na Erasmusa+ wypełniła – jak mówi – nieświadomie, a potem nacisnęła enter. Tak ze studiów historycznych na UAM w Poznaniu trafiła do Irlandii. Za pieniądze ze stypendium kupiła podręczniki i opłaciła pracę osoby, która sporządzała dla niej notatki. – Cieszę się, że się nie wycofałam, ale to wymagało odwagi – mówi Agnieszka. – Dzięki temu wyjazdowi stałam się bardziej samodzielna, w podróż mogę teraz jechać bez rodziców czy biura podróży. Niesamowite jest też to, jak udało mi się poprawić angielską wymowę, słuchając i odczytując słowa z ust innych. Przede wszystkim jednak uwierzyłam w siebie – dodaje.

Z akademika na Erasmusa+ Łukasz w Kłajpedzie poznał dziewczynę. Też niewidomą, Litwinkę. Studiowała wokal i mieszkała w akademiku. – Panie z portierni powiedziały mi, że właściwie nie wychodzi ze swojego pokoju. Odwiedziłem ją. Zaczęliśmy rozmawiać i spotykać się częściej. Chciałem jej jakoś przekazać, że jednak można, że warto spróbować. Ta znajomość obojgu nam dobrze zrobiła, bo miałem szansę pogadać z osobą, która jest w takiej sytuacji jak ja. A ona? Cóż, ja nie zauważyłem zmiany, ale wykładowcy mówili mi później, że zrobiłem na niej bardzo dobre wrażenie. Podobno nabrała pewności siebie i też myśli o wyjeździe na Erasmusa+… •

 

Autorka jest uczestniczką projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+