Uzależnieni


Dla jednych to największa przygoda życia, dla innych okazja na rozwój, której nie można przegapić. Wśród osób, które jeżdżą na Erasmusa, jest jednak również grupa takich, którzy bez wyjazdów po prostu nie potrafi a żyć

Z programu Erasmus (lub Erasmus+) skorzystali co najmniej cztery razy. W domu są raczej gośćmi – choć teoretycznie mieszkają w Warszawie, ich zżycie toczy się w różnych miejscach Europy. Jak żartobliwie mówią, uzależnili się od Erasmusa. Co sprawia, ze Natalia, Kasia i Adam nie mogą usiedzieć w Polsce? I co dają im wyjazdy zagraniczne?

Natalia: Chciałam zabić poerasmusowa depresje

Jest prawdopodobnie rekordzistka, jeśli chodzi o wyjazdy na Erasmusa. Na pytanie, czy czuje się od niego uzależniona, odpowiada krótko: „Zdecydowanie tak!”. Była już na pięciu wyjazdach i niedługo jedzie na szósty. Natalia (25 lat) po raz pierwszy wyjechała na trzecim roku międzykierunkowych studiów ekonomiczno-menedzerskich. Trafiła do Frankfurtu nad Odra. Pojechała na jeden semestr, ale przedłużyła wyjazd o kolejny. W Niemczech dowiedziała się o praktykach w ramach programu Erasmus+, wiec pojechała na dwa miesiące na Fuerteventure do Hiszpanii. Po rozpoczęciu studiów II stopnia w wakacje wybrała się na dwa miesiące praktyk w ogrodzie botanicznym do Grecji. Pół roku po powrocie znów spakowała walizki – semestr letni spędziła w Porto. Wróciła do Polski w lipcu 2018 r. – ale tylko na trzy dni, by zrobić niespodziankę rodzicom i przepakować ubrania. Chwile później jechała już na trzymiesięczne praktyki w Pradze. Teraz stara się o wyjazd absolwencki do Włoch, bo w ramach limitu, który obowiązuje na studiach magisterskich, zostały jej jeszcze dwa miesiące Erasmusa. Jak mówi, najwięcej dał jej pierwszy roczny wyjazd. – Wyjazd do Frankfurtu oznaczał dla mnie wyprowadzenie się z domu. Pranie, gotowanie, pilnowanie budżetu – do wszystkiego musiałam się przyzwyczaić – opowiada Natalia. – Poznałam mnóstwo ludzi, i to nie tylko z Europy. Dzięki temu, ze przebywałam głównie z Latynosami, nauczyłam się tez hiszpańskiego – dodaje. Jak mówi Natalia, każdy kolejny wyjazd był po to, by zabić poerasmusowa depresje. – W trakcie studiów za granica ciągle zdarza się cos nowego, pojawiają się kolejne atrakcje, wyzwania, poznaje się nowych ludzi. Tam nikt nie ma swojego osobnego życia. Wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji, wiec tworzymy jakby jedna wielka rodzinę – przekonuje. – A tutaj, w Polsce, ludzie są bardzo zajęci: maja studia, prace. Po powrocie masz wrażenie, ze w twoim życiu nie ma niczego poza studiami i obowiązkami domowymi – tłumaczy. Erasmus+ według Natalii to przede wszystkim przygoda. – Chodzi o rzucanie się na głęboką wodę, nauczenie się, jak żyć i załatwić wszystko samemu – mówi. – Trzeba jednak zdać sobie sprawę, ze nie możesz trzymać się ze wszystkimi, bo wtedy tak naprawdę nikogo nie poznasz. Po pierwszym Erasmusie zrozumiałam, ze najlepiej wybrać sobie grupę osób, z którymi złapało się najlepszy kontakt, i z nimi budować relacje – wspomina. – Dlatego tez według mnie dużo ciekawsze od wyjazdów semestralnych są praktyki Erasmusa. Możesz lepiej poznać osoby, z którymi się stykasz. Ja mam lepszych przyjaciół z zagranicy niż z Polski – dodaje.

Adam: Chodzi o to, żeby mieć co wspominać

Adam (23 lata) studiuje finanse, rachunkowość i ubezpieczenia na UW. Żartuje, że jego kierunek jest na tyle nudny, ze musiał go jakoś urozmaicić. Na II roku studiów, w 2016 r., wyjechał wiec na swoja pierwsza wymianę. Wybrał Budapeszt, gdzie spędził letni semestr. Niedługo później w ramach praktyk zawodowych pojechał na Maltę – tam przez dwa miesiące pracował w firmie finansowo audytowej. Ta forma wyjazdu podbiła jego serce – w kolejnym roku, znów w ramach staży Erasmusa+, wybrał się do Holandii. Trafił do prowincji Zeeland – w jednym miast tuz przy granicy z Belgia był asystentem właściciela restauracji. W to samo miejsce wybrał się ponownie w ostatnie wakacje.

Adam angażuje się w program również w Polsce. Koordynuje przedsięwzięcia prowadzone w ramach Erasmus+ Sport, które maja na celu promowanie pozytywnych postaw społecznych i sportowych. Dzięki temu Adam często wyjeżdża na zagraniczne konferencje. Ostatni projekt – dotyczący mowy nienawiści – zaprowadził go do Frosinone we Włoszech. Musiał tam podsumować jego realizacje w Polsce przed 150 osobami, w tym przed przedstawicielem FIFA. Początki Adama na Erasmusie+ nie były jednak proste. Kiedy przyjechał do Budapesztu, zmuszony był szukać mieszkania, bo akademik był w remoncie. Musiał tez znaleźć prace, aby się utrzymać, a przede wszystkim: musiał odnaleźć się w całkowicie nowym, zagranicznym środowisku.

To wszystko nauczyło go odpowiedzialności i zaradności. – Zawsze starałem się być samodzielny, ale taki wyjazd to duże wyzwanie. Erasmus+ uczy, jak zarządzać własnym czasem, pieniędzmi, samym sobą i jak dobrze spędzać czas – mówi Adam. Ale podkreśla tez inne zalety Erasmusa. – Praca, znajomi, podróże. To trzy najważniejsze elementy. W Budapeszcie pracowałem w dwóch miejscach: jako kelner oraz jako marketingowiec w bootcampie fitnessowym. To pozwoliło mi nie tylko zdobyć doświadczenie zawodowe, ale tez trochę zaoszczędzić, bo nie chciałem się zapożyczać u rodziców – opowiada. Dzięki temu, po zaliczeniu wszystkich przedmiotów na koniec semestru, Adam mógł zainwestować w podróże. – Wybrałem się na stopa z przyjaciółmi. Zwiedziłem Węgry, Słowenie, Chorwacje i część Włoch. Za drugim razem z przyjacielem z Belgii pojechaliśmy autobusem do Warszawy. Zwiedziliśmy tez Rygę i Wilno, a potem przez Polskę wróciliśmy do Budapesztu – mówi Adam. Nieco mniej udało mu się zwiedzić, kiedy był na Malcie. Do podróżowania wrócił jednak podczas pobytu w Holandii. Oprócz niej zwiedził Belgie i Paryż. – Można by po ośmiu godzinach pracy wrócić do domu i włączyć serial. Ale nie taki jest cel tego wyjazdu. Chodzi o to, żeby jak najwięcej zobaczyć, jak najwięcej poznać i mieć potem co wspominać – twierdzi.

Kasia: komfort życia

Swoja przygodę z Erasmusem+ zaczęła późno, bo na ostatnim roku studiów magisterskich. Mimo to była na wyjeździe zagranicznym już piec razy i każdy z nich wykorzystała w stu procentach. Kiedy Kasia (27 lat) była na V roku filologii hiszpańskiej, wyjechała na cały rok do Madrytu. Od tamtego czasu minęły cztery lata, a ona była na kolejnych czterech wyjazdach. Po przyjeździe z Madrytu wybrała się na praktyki do Porto, gdzie pracowała w niewielkiej firmie eventowej. Gdy po powrocie rozpoczęła studia doktoranckie, postanowiła skorzystać z Erasmusa+ przeznaczonego dla doktorantów – i wyjechała do Sewilli. Na kolejny erasmusowy wyjazd wybrała Lizbonę. Obecnie ponownie jest w Madrycie, tym razem na rok i w ramach drugiego kierunku, filozofii. W przypadku Kasi Erasmus to nie podróże czy życie towarzyskie. – U mnie przeradza się to w emigracje naukowa. To jest w pewnym sensie uzależniające. Czujesz, ze jak wrócisz do kraju, to cos dobrego się skończy, a tego nie chcesz. A skoro nadal mam możliwość wyjechać, to dlaczego miałabym nie skorzystać z szansy, która ustawia mi kolejny rok życia? – pyta retorycznie. Jak mówi, program zapewnia jej komfort życia. Dzięki stypendium Erasmusa i stypendium doktoranckiemu jest w stanie utrzymać się, nie pracując. – Mogę poświecić się całkowicie badaniom naukowym – mówi. Dla Natalii, Kasi i Adama wyjazdy na Erasmusa są ogromna szansa, przygoda i szkoła życia. I choć czasem wiążą się z wyrzeczeniami, pozostawieniem w Polsce przyjaciół, rodziny, ukochanego psa i całej stabilności, która się miało, żadne z nich nie żałuje, ze wyjechało po raz pierwszy. Bo, jak mówi Kasia, „w zżyciu trzeba wyjść ze strefy komfortu”. – Trzeba się odważyć. I wtedy nigdy nie wiadomo, co się zdarzy – podsumowuje.

Autorka jest uczestniczka projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+”

Nauczanie przez zabawę


Gry edukacyjne pozwalają szybciej i łatwiej zrozumieć analizowane zagadnienia. Najlepsze uczelnie wykorzystują te metodę od wielu lat

WLean Learning Academy Polska, funkcjonującej na Wydziale Budowy Maszyn i Lotnictwa Politechniki Rzeszowskiej (leanacademy.wbmil.prz.edu.pl), studenci za pomocą gier uczą się m.in., jak doskonalić organizacje pracy na linii produkcyjnej z wykorzystywaniem różnych narzędzi tzw. koncepcji Lean. Nakazuje ona zidentyfikować źródła marnotrawstwa i realizować tylko te prace, które przyniosą wymierne korzyści i wytworzą wartość z punktu widzenia klienta. Praca w rywalizujących ze sobą grupach pozwala na osiąganie nieoczekiwanych efektów i pobudza do kreatywnego myślenia, a możliwość natychmiastowego zastosowania w praktyce wypracowanych pomysłów pozwala ocenić, czy były one zasadne.

Pierwsze gry edukacyjne związane z wdrażaniem koncepcji Lean opracowano w ramach realizowanego latach 2009–2011 projektu „Lean Learning Academies”. Powstała w mies”. wówczas Lean Learning Academy Polska (LLA Polska), która wkrótce rozpoczęła prace nad kolejnymi projektami, dotyczącymi nie tylko produkcji, ale także innych obszarów funkcjonowania organizacji. LLA Polska zaangażowała się w realizacje m.in. inicjatywy „LEAN Training by doing and training on the go as effective approaches to lean manufacturing”. Jej rezultatem była gra dydaktyczna, pokazująca, w jaki sposób można poprawić organizacje pracy biura konstrukcyjnego, tak by przyszły konstruktor nie tylko był dobrym specjalista w swojej dziedzinie, ale także umiał efektywnie pracować w zespole i odpowiednio organizować swoja prace.

Autorzy kolejnego projektu „Innovative Learning Approaches for Implementation of Lean Thinking to Enhance Office and Knowledge Work Productivity” (Partnerstwo strategiczne w programie Erasmus+) podeszli całościowo do analizy pracy biurowej i pracy z wiedza. Analizowali straty, jakie można w tych obszarach zidentyfikować, i wskazywali narzędzia Lean, które można zastosować do ich eliminacji. W efekcie powstały kolejne gry pozwalające na zrozumienie problemów oraz wynikających z nich strat. Materiały opracowane w trakcie tego projektu dostępne są na jego stronie internetowej (ilalean.prz.edu.pl). Można je zastosować zarówno w trakcie realizacji procesu dydaktycznego na innych uczelniach, jak i bezpośrednio w przedsiębiorstwach. Skorzystać można m.in. z podręcznika opisującego, jak przygotować i poprowadzić poszczególne gry, aby uzyskać określone efekty kształcenia. Studenci w ramach pracy własnej mogą tez wziąć udział w e-learningowym kursie prezentującym teoretyczne zagadnienia dotyczące zastosowania koncepcji Lean w pracy biurowej i w pracy z wiedza.

Lean Learning Academy Polska nie zwalnia tempa. Zaangażowani w nią naukowcy chcą, by w nauczaniu na temat wdrażania koncepcji Lean wykorzystywane były nowoczesne technologie. Dlatego od 2017 r. realizują projekt TIPHYS „Social Network based doctoral Education on Industry 4.0”. Obejmuje on m.in. budowę wirtualnej fabryki – ale to już temat na zupełnie inny tekst.

Najpierw refleksja, później technologia


W szkolnictwie wyższym niezbędna jest wymiana dobrych praktyk i doświadczeń w projektowaniu i wdrażaniu innowacyjnych podejść do nauczania. Zmiany musza mieć charakter systemowy, tymczasem na razie zalezą od uporu i ambicji jednostek

Projekty, grywalizacja, Design _ inking, nauczanie online i nowoczesne narzędzia ICT – aby umożliwić wymianę doświadczeń, wiedzy i pomysłów uczelni europejskich w tym obszarze, Zespół Partnerstw Strategicznych programu Erasmus+ Szkolnictwo wyższe zorganizował w dniach 26–29 listopada 2018 r. seminarium w Łodzi. Uczestnikami byli przedstawiciele uczelni, które biorą lub brały udział w partnerskich projektach Erasmus+ dotyczących innowacyjnych metod nauczania. Łącznie w spotkaniu wzięli udział reprezentanci 40 szkół wyższych z 15 krajów w Europie.

Program wydarzenia składał się z wystąpień ekspertów, krótkich interaktywnych prezentacji projektów (Tool Fair), rozmów w mniejszych grupach, wymiany pomysłów (Open Space) oraz wizyt studyjnych. Taka forma sprzyjała uczeniu się od siebie nawzajem i budowaniu nowych partnerstw. Uczestnicy dzielili się dobrymi praktykami oraz dyskutowali na temat korzyści i wyzwań związanych z innowacjami w realiach poszczególnych instytucji i krajów.

Podczas Tool Fair uczestnicy prezentowali narzędzia, prototypy lub produkty ich Partnerstw strategicznych zrealizowanych w ramach Erasmus+. Były to m.in. projekty wirtualnej mobilności, platformy e-learningowe, metody oceniania opartego na kompetencjach oraz programy łączące sektory biznesu i uczelni. Doceniona została także Metoda Otwartej Przestrzeni (Open Space Technology), w ramach której uczestnicy sami tworzyli zawartości sesji tematycznych w trakcie seminarium, włączając się w interesujące ich dyskusje.

Rozmowy dotyczyły tez m.in. sposobów angażowania studentów w dyskusje na temat uczenia się, innowacyjnych metod offline oraz radzenia sobie z różnica międzypokoleniowa. Była także sesja o porażkach. Początkowo miała dotyczyć sposobów radzenia sobie z wpadkami projektowymi, ale zakończyła się refleksją, ze porażka jest bardzo istotna w edukacji. Studenci powinni mieć szanse popełniać błędy, które należy traktować jako nieodłączna cześć uczenia się.

W trakcie seminarium nowe technologie często okazywały się tylko pretekstem do szerszego spojrzenia na istotę procesu uczenia się i związane z nim wyzwania. Uczestnicy uznali, ze same technologie nie są rozwiązaniem, jeśli ich zastosowania nie poprzedzi dogłębna humanistyczna i naukowa refleksja nad problemami. Przykładem może tu być sama dydaktyka, która obecnie jest oparta raczej na tradycji (nauczyciel ekspert, materiał podzielony na dyscypliny itp.), a nie współczesnej wiedzy. Co się zmieni, jeśli do tradycyjnej dydaktyki dodamy technologie? – pytano. Uczynimy te dydaktykę bardziej skuteczna, choć w świetle badan ma ona bardzo mało podstaw empirycznych – brzmiała odpowiedz. Jeśli zatem chcemy zmian, powinniśmy najpierw połączyć wnioski płynące z badan i przeformułować dydaktykę, a później dopiero wzbogacić ja o nowe technologie.

Seminarium pokazało, ze wysiłki na rzecz unowocześnienia dydaktyki podejmowane są w całej Europie. Problem w tym, ze poświęcone temu projekty strategiczne programu Erasmus+ powstają „obok” głównej pracy zainteresowanych – wysiłki podejmowane są raczej przez indywidualne osoby i małe zespoły, brakuje jednak rozwiązań obejmujących całe systemy. To zapewne jedno z największych wyzwań, przed którym staną uczestnicy po powrocie z seminarium – wyzwanie, z którym trzeba się zmierzyć, jeśli chcemy unowocześnić dydaktykę.

Erasmus+ wychodzi na zdrowie


To nie jest tak, że jak się nie widzi, to nie ma po co wyjeżdżać. Każde miejsce ma swoje fluidy. Wysiadasz z samolotu czy samochodu i już wiesz, czy jest super. Po przyjeździe do Sewilli pierwsze, co poczułam to zapach kwitnących pomarańczy

Monika: – W Warszawie miałam mnóstwo bliskich znajomych. Zawsze mogłam się do nich zwrócić, by pomogli mi się gdzieś dostać czy zrobić zakupy. W Barcelonie miałam jedną koleżankę z Polski, która w dodatku była dość zajęta. Nie mogłam zadzwonić w środku nocy i poprosić o pomoc. I dobrze, bo dzięki temu jeszcze bardziej się usamodzielniłam.

Agnieszka: – Nie byłam w pełni przygotowana do samodzielnego życia za granicą, ani do komunikowania się po angielsku ze słyszącymi. Tuż przed wylotem chciałam się wycofać. Ale nie zrezygnowałam.

Łukasz: – Jak wyjeżdżałem z domu, to myślałem tylko o tym, żeby nic się nie stało, żeby szczęśliwie wrócić. Wróciłem i jakbym zaczął drugie życie. Wcześniej bałem się jeździć pociągami. Po wyjeździe na Litwę żadnych ograniczeń już sobie nie wprowadzam. Pociągiem dojeżdżam codziennie na uczelnię.

Anna: – Właściwie znam tylko jeden przypadek studenta, którego stan zdrowia pogorszył się po powrocie z wyjazdu. Ale zadowolona, wręcz oczarowana. I bardzo poleca innym wyjazdy na Erasmusa.

Po co niewidomym podróże Mama Moniki Dubiel sama wypychała ją z Lublina na studia do Warszawy. Bo „uczelnia lepsza i poziom wyższy”. To też – ale przede wszystkim dlatego, że w domu ciągle się o nią martwiła i najchętniej wciąż odprowadzałaby ją do szkoły. Może jak nie będzie jej widzieć, to nie będzie się tak bać?

Dla Moniki – niewidzącej od urodzenia – wyjazd do Warszawy był pierwszym etapem usamodzielniania się. W domu – wiadomo – obiad zawsze jest, posprzątane jest, uprane jest, a zakupy robią się same. W uczelnianym akademiku wszystko działa inaczej. – Oczywiście, dostałam pomoc z biura ds. osób niepełnosprawnych, bo zupełnie nie znałam miasta. Pani z biura uczyła mnie orientacji przestrzennej, trasy z akademika na wydział, wolontariusze zrobić zakupy. Ale na co dzień musiałam radzić sobie sama – opowiada.

Dziś Warszawę zna już bardzo dobrze. Na nasze spotkanie na kampusie UW przy Krakowskim Przedmieściu z biura Fundacji Kultury Bez Barier, gdzie pracuje, dotarła sama – pomagając sobie składaną białą laską („Co za wygoda!”). Nieźle zna też Barcelonę, gdzie spędziła 10 miesięcy, Lizbonę (10 miesięcy) i Sienę (4 miesiące). Do tego rok w Tomsku, w samym środku Syberii i kilka miesięcy w Greensboro w Stanach Zjednoczonych. W podróżach Moniki właściwie trudno się połapać, bo w czasie pięcioletnich studiów na iberystyce wykorzystała do maksimum liczbę miesięcy, które student może spędzić na wymianie w ramach programu Erasmus+. Na drugim kierunku – rusycystyce – skorzystała z umów partnerskich z uniwersytetami w Rosji i Stanach.

– Zaczęło się od wniosku o wyjazd na Universitad de Barcelona. Nasze biuro wymiany musiało zgłosić, że jestem osobą z niepełnosprawnością wzroku, a tamtejsza uczelnia ocenić, czy ma warunki, by mnie przyjąć. Powiedzieli,

że nie ma przeciwwskazań. Na miejscu okazało się, że żadnych ułatwień też nie ma – wspomina. I wyjaśnia, że na hiszpańskich uniwersytetach nie ma wydzielonych jednostek do pomocy niewidomym. Odpowiada za to Hiszpański Związek Niewidomych, który jednak wspiera tylko swoich obywateli. – W końcu udało mi się wyprosić parę godzin orientacji przestrzennej, nie udało się jednak załatwić adaptacji materiałów. Wszystko zależy od uniwersytetu, bo w Lizbonie bez problemu zeskanowano mi materiały – mówi.

Pierwsze dni w Barcelonie spędziła z mamą. – Poruszając się z dużym bagażem, nie jestem w stanie używać laski – mówi Monika. Później jednak już samodzielnie dwukrotnie zmieniała stancję. Raz, bo akademik był za drogi, drugi raz z powodu problemów z właścicielką mieszkania. – Barcelona była przełomowym momentem w moim życiu. Nauczyłam się porządnie hiszpańskiego, poznałam ludzi z całego globu, z krajów, o istnieniu których nie

miałam nawet pojęcia. Ale przede wszystkim otworzyłam się na świat – mówi Monika. – Niektórzy zastanawiają się, po co niewidomym podróże. A mnie się wydaje, że są im bardziej potrzebne niż widzącym,

bo przecież oni nie wygooglują sobie zdjęć. Poza oglądaniem można jeszcze słuchać, wąchać, dotykać. Domy Gaudiego mają niesamowitą bryłę!

Studenci sobie radzą Anna Rutz, pełnomocniczka rektora ds. studentów z niepełnosprawnościami na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przyznaje, że takich studentów

wyjeżdżających na Erasmusa+ nie jest wielu, ale ich liczba z roku na rok rośnie. W roku akademickim 2015/16 z uczelni w Poznaniu wyjechało dwoje studentów z niepełnosprawnością, rok później – czworo. W tym roku są trzy takie osoby, ale liczba jeszcze się zwiększy ze względu na praktyki wakacyjne.

– Ubieganie się o stypendium wygląda dokładnie tak samo, jak w przypadku sprawnych studentów. Trzeba złożyć wniosek i wziąć udział w rekrutacji. Jedyna różnica polega na możliwości wnioskowania o dodatkowy grant z tytułu niepełnosprawności. Ma on pokryć koszty wsparcia, z którego student korzysta na co dzień w kraju i przyznawany jest na podstawie wywiadu. Po powrocie grant trzeba rozliczyć – wyjaśnia Anna Rutz.

Student może wnioskować o pieniądze chociażby na rehabilitację, leki, transport specjalistyczny, dodatkowe ubezpieczenie czy wyjazd i pobyt asystenta bądź jednorazowe przyjazdy osób, które pomogą mu w obcym mieście. – Niestety, nie zawsze wystarcza środków. Mieliśmy przypadek studentki niesłyszącej, która posługuje się językiem migowym i wysokość grantu pozwoliła jedynie na pokrycie kosztów asystenta sporządzającego dla niej notatki – wspomina A. Rutz.  Najtrudniejszym momentem dla Erasmusów z niepełnosprawnością jest zderzenie z obcą uczelnią. – Wciąż widać pewne dysproporcje między krajami w systemach wsparcia. Słabo widzący student wyjechał do Niemiec, gdzie pomoc takim osobom zapewniana jest przez państwo, a nie uczelnię. Musiał więc jechać z własnym lub wypożyczonym od nas sprzętem, bo niemiecka uczelnia go nie miała – mówi A. Rutz. Innej studentce przed wyjazdem przyznano akademik, ale na miejscu jednak go nie dostała. – Z dnia na dzień musiała sama szukać mieszkania. My tu w kraju mogliśmy jej pomóc w bardzo ograniczonym zakresie – mówi Rutz. – Studenci często nie wiedzą, co ich czeka na miejscu, muszą więc przełamywać psychiczne blokady. Ale mimo tych trudności radzą sobie. Patrząc na bilans plusów i minusów, zdecydowanie zwyciężają plusy – dodaje.

Jeszcze Polska nie zginęła Łukasza Pawlika na uczelni w Kłajpedzie przywitał kierownik wydziału jazzowego, który bywał w Polsce na koncertach. Wypalił z uśmiechem: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. – No to chyba jednak nie zginiemy – pomyślał Łukasz. Chociaż kilka miesięcy wcześniej myślał zupełnie inaczej.

O Erasmusie usłyszał na zajęciach z edukacji muzycznej, którą studiuje na oddziale UAM w Kaliszu. Pierwsza myśl: „To nierealne, jako osoba od sześciu lat niewidząca sam nie dam sobie rady”. Ale potem z tym samym pomysłem zgłosił się do niego kolega. A we dwóch to już mogło się udać.

Prócz standardowego stypendium na wyjazd przyznano mu również dodatkowe pieniądze z programu PO WER, który wspiera m.in. mobilność osób z niepełnosprawnością. Dostał też pieniądze na dojazd na Litwę prywatnym samochodem i wspólnie z kolegą ruszył w drogę.

Pierwszym wyzwaniem był akademik –nowe miejsce, nowi ludzie. Ale już po miesiącu Łukasz poruszał się po nim samodzielnie, mimo że budynek wybudowano w latach 50., gdy o udogodnieniach dla osób z niepełnosprawnościami nikt nawet nie myślał. – Erasmusi mieli swojego mentora, który im pomagał w codziennych sprawach. Najbardziej pomocni okazali się jednak koledzy i koleżanki z uczelni. Jak wychodziłem z pokoju, proponowali, że gdzieś mnie zaprowadzą. To piękne, ale czasem jednak trzeba odmawiać takiej pomocy – mówi Łukasz.

Potraktował Erasmusa+ jak szkołę przetrwania i poradził sobie. – Wykorzystałem sto procent możliwości uczelni, na którą pojechałem. Uczyłem się, rozwijałem, nawiązałem nowe znajomości, korzystałem z życia studenckiego. O to właśnie chodziło – podkreśla.

Angielski czytam z ust Studenci z Maynooth University w Irlandii mówili do Agnieszki spokojnie i wyraźnie. A jeśli coś umknęło, to pisali jej na ekranie komórki. – Na początku miałam trudności z wejściem w irlandzkie środowisko studenckie. Wsparcie od rodziców i najbliższych znajomych dało mi siły, by zrobić pierwszy krok i nawiązać kontakt. Zaprzyjaźniłam się ze świetnymi ludźmi – z Belgii, Holandii, Niemiec, Hiszpanii, USA czy Chin. Do dziś mamy kontakt przez Facebooka czy WhatsAppa – wspomina Agnieszka Maria Turek.

Nie słyszy od urodzenia, prawdopodobnie z powodu niedotlenienia w czasie porodu. Gdy była dzieckiem, dostała aparat słuchowy i całe dnie spędzała na intensywnych ćwiczeniach artykulacyjnych z mamą. W wieku 18 lat zdecydowała się na wszczepienie implantu ślimakowego, w którym sygnał elektryczny imituje słuch. – Nadal czytam z ust, ale implant pomaga mi w tym dużo bardziej niż aparat słuchowy – wyjaśnia Agnieszka.

Formularz wyjazdu na Erasmusa+ wypełniła – jak mówi – nieświadomie, a potem nacisnęła enter. Tak ze studiów historycznych na UAM w Poznaniu trafiła do Irlandii. Za pieniądze ze stypendium kupiła podręczniki i opłaciła pracę osoby, która sporządzała dla niej notatki. – Cieszę się, że się nie wycofałam, ale to wymagało odwagi – mówi Agnieszka. – Dzięki temu wyjazdowi stałam się bardziej samodzielna, w podróż mogę teraz jechać bez rodziców czy biura podróży. Niesamowite jest też to, jak udało mi się poprawić angielską wymowę, słuchając i odczytując słowa z ust innych. Przede wszystkim jednak uwierzyłam w siebie – dodaje.

Z akademika na Erasmusa+ Łukasz w Kłajpedzie poznał dziewczynę. Też niewidomą, Litwinkę. Studiowała wokal i mieszkała w akademiku. – Panie z portierni powiedziały mi, że właściwie nie wychodzi ze swojego pokoju. Odwiedziłem ją. Zaczęliśmy rozmawiać i spotykać się częściej. Chciałem jej jakoś przekazać, że jednak można, że warto spróbować. Ta znajomość obojgu nam dobrze zrobiła, bo miałem szansę pogadać z osobą, która jest w takiej sytuacji jak ja. A ona? Cóż, ja nie zauważyłem zmiany, ale wykładowcy mówili mi później, że zrobiłem na niej bardzo dobre wrażenie. Podobno nabrała pewności siebie i też myśli o wyjeździe na Erasmusa+… •

 

Autorka jest uczestniczką projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Co nowego w EOSW?


Europejski Obszar Szkolnictwa Wyższego działa już od ośmiu lat, ale ministrowie edukacji nadal spotykają się, aby wyznaczać nowe cele

Termin Europejski Obszar Szkolnictwa Wyższego (ang. European Higher Education Area) pojawił się po raz pierwszy w Deklaracji Bolońskiej z 19 czerwca 1999 r., podpisanej przez 30 ministrów i przedstawicieli szkolnictwa wyższego krajów europejskich w Bolonii. Realizacja przedstawionych w dokumencie postanowień została określona mianem procesu bolońskiego, a jego ostatecznym celem było utworzenie do roku 2010 Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego (EOSW), czyli porównywalnych, zgodnych i spójnych systemów szkolnictwa wyższego w Europie.

Proces boloński składał się z kilku etapów, a ogłoszenie w roku 2010 oficjalnej inauguracji EOSW w Deklaracji z Wiednia i Budapesztu nie oznaczało jego zakończenia – zadeklarowano kontynuację procesu i wdrażanie kolejnych postulatów. W tym celu co trzy lata ministrowie edukacji spotykają się na specjalnych konferencjach. Przy okazji ostatniego takiego spotkania w Paryżu w maju 2018 r. opublikowano raport The European Higher Education Area in 2018. Bologna Process Implementation Report, w którym oceniono m.in. realizację trzech głównych priorytetów EOSW, sformułowanych trzy lata wcześniej w Erewaniu.

Spośród nich – jak pokazuje publikacja – trójstopniowa struktura studiów wyższych jest wprowadzona niemal we wszystkich krajach uczestniczących w procesie, a jej główne narzędzia (system ECTS, suplement do dyplomu i krajowe systemy kwalifikacji) są bardzo szeroko stosowane. Zebrane w raporcie dane z 303 uczelni działających w 43 systemach szkolnictwa wyższego pokazały, że choć struktura została ujednolicona, wciąż dostrzegalne są różnice w sposobie, w jaki Europejczycy korzystają z istniejących możliwości. W wielu krajach naukę na studiach II stopnia kontynuuje większość studentów, ale są i takie, w których decyduje się na to tylko co czwarty z nich. Co ważne, w wielu krajach nadal funkcjonują też programy studiów, które nie wpisują się w trójstopniową strukturę – studia krótkiego cyklu o charakterze zawodowym czy też jednolite studia magisterskie.

W obszarze drugiego priorytetu – uznawalności kwalifikacji – większość krajów zastosowała się do wymagań Konwencji Lizbońskiej (LRC), natomiast wiele pozostaje do zrobienia w sferze uznawania kwalifikacji uchodźców (pomimo uregulowania tego aspektu w LRC). Z raportu wynika, że część uczelni, które co do zasady są odpowiedzialne za rozstrzygnięcia w dziedzinie uznawalności, nie do końca przestrzega zapisów konwencji.

Trzeci priorytet – zapewnianie jakości w szkolnictwie wyższym, jest realizowany dwutorowo, poprzez przyjmowanie krajowych strategii zapewniania jakości oraz poprzez ewaluację zewnętrzną prowadzoną przez niezależne agencje na podstawie zaleceń europejskich (Standards and Guidelines for European Quality Assurance, ESG). Problemem pozostaje zaangażowanie studentów jako pełnoprawnych uczestników tego procesu, gdyż w wielu krajach nadal jest to rzadkie zjawisko. Również europejskie zalecenia dotyczące zapewniania jakości we wspólnych programach studiów uchwalone trzy lata temu w Erewaniu są nieczęsto stosowane.

Obecnie najważniejszym priorytetem procesu bolońskiego jest podnoszenie jakości kształcenia w szkolnictwie wyższym, w tym rozwijanie kompetencji kadry akademickiej, ułatwianie dostępu do studiów wyższych osobom z grup defaworyzowanych i wspieranie ich w ukończeniu programu kształcenia. Celem współpracy jest także promowanie współpracy między uczelniami a biznesem (m.in. by zwiększyć zatrudnialność absolwentów) oraz stymulowanie współpracy międzynarodowej w dziedzinie szkolnictwa wyższego i badań naukowych. Jak widać, proces boloński ma przed sobą jeszcze wiele lat realizacji kolejnych, wyznaczanych w trzyletnich cyklach celów. •

Trzymać rękę na etycznym pulsie


Erasmus+ może zmienić życie nie tylko jego uczestników. Wszystkim będzie żyło się wygodniej, jeśli rzeczywistość wokół nas będzie zaprojektowana w rozsądny sposób. A tego właśnie uczą się uczestnicy programu z Krakowa i Rzeszowa

Odpowiedzialność społeczna grafików, projektantów i osób wykonujących pokrewne zawody to zagadnienie, któremu wciąż poświęca się zbyt mało uwagi. Zwykle od tych specjalistów wymaga się przestrzegania przepisów (i zmieszczenia się w budżecie), a to za mało, by tworzone przez nich rozwiązania były rzeczywiście wartościowe. – Idea projektowania odpowiedzialnego społecznie polega na bardziej całościowym spojrzeniu na własną pracę. Przykładowo, tworząc plac zabaw, projektant odpowiedzialny społecznie skupi się nie tylko na wizji estetycznej i normach bezpieczeństwa, ale weźmie też pod uwagę, czy użyte materiały są ekologiczne i trwałe oraz to, czy projekt będzie współgrał z otoczeniem, w którym powstaje i pasował do oczekiwań odbiorców. Bez odpowiedniego przygotowania łatwo o podstawowe błędy – mówi Anna Treska-Siwoń.

Pani Anna to kierowniczka merytoryczna Stay In Touch – projektu, który ma zmienić sposób myślenia przyszłych projektantów i grafików. Biorą w nim udział cztery uczelnie: koordynująca Wyższa Szkoła Europejska im. ks. Józefa Tischnera z Krakowa oraz partnerzy: Universidad de Castilla z hiszpańskiej La Manchy, grecka Athens School of Fine Arts i Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

Efektem przedsięwzięcia ma być uruchomienie innowacyjnego programu szkoleń dla studentów i wykładowców kierunku Grafika pn. Projekty społecznie odpowiedzialne. Program obejmować będzie Międzynarodową Akademię Dydaktyczną (dla tutorów) oraz Międzynarodową Szkołę Letnią dla studentów. W ramach Stay In Touch udało się przygotować i przetestować pierwsze edycje obu przedsięwzięć. – Zajęcia odbywały się w terenie, poprzedzały je wykłady przybliżające specyfikę danego miasta. Następnie studenci szukali przestrzeni dotkniętych różnymi problemami i prezentowali swoje pomysły na ich ulepszenie – wyjaśnia Anna Łokcik, kierowniczka projektu.

Całość miała stymulować i zachęcać do holistycznego spojrzenia przyszłych projektantów na przestrzeń, w której pracują. Tematów nikt nie narzucał z góry – pojawiały się same. Przykładowo, w Krakowie studenci przedstawiali swoje pomysły na to, jak zmobilizować mieszkańców do wymiany pieców.

Międzynarodowe spotkanie młodzieży pokazało, że istnieją spore różnice już na poziomie definiowania problemu odpowiedzialności projektantów. – Studenci z Grecji i Hiszpanii oceniali zawód projektanta przede wszystkim w kategorii odpowiedzialności etycznej czy misji. W Polsce taka perspektywa wciąż nie jest powszechna – zauważa Anna Treska-Siwoń.

Drugie edycje Szkoły Letniej oraz Akademii Dydaktyki zaplanowano na 2018 i 2019 r. Równolegle powstają materiały dydaktyczne – m.in. kursy e-learnigowe, wykłady multimedialne i podcasty. Uczestnicy przedsięwzięcia  opracowali też bazę przykładów projektowania odpowiedzialnego społecznie z całego świata. Na stronie www.stayintouch. design można przekonać się, na czym polegają nie tylko pomysły bardzo dobre, ale też neutralne i złe. Typowali je studenci i tutorzy ze wszystkich czterech uczelni. Na witrynie znajdziemy m.in. historię muzeum, które zmieniło koncepcję prezentowania wystaw na interaktywną i zwróconą w stronę mieszkańców.

Pierwsza edycja kursu Projekty społecznie odpowiedzialne będzie dostępna w programie nauczania już w roku akademickim 2019/2020. •

Autorka jest uczestniczką projektu Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Nowe szanse dla ambitnych


Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji rozpoczyna realizację nowego programu edukacyjnego. Przedsięwzięcie pod nazwą Edukacja-EOG będzie kontynuacją Funduszu Stypendialnego i Szkoleniowego

Porozumienie, które otworzyło drogę do uruchomienia programu Edukacja-EOG zawarto w grudniu ubiegłego roku. Polska, Norwegia, Islandia i Liechtenstein podpisały wówczas umowę w sprawie uruchomienia III perspektywy finansowej Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego (MF EOG). Mówiąc prościej – ustalono zasady współpracy, dzięki której m.in. uczelnie będą mogły pozyskiwać środki na realizację projektów edukacyjnych.

Pierwsze nabory w ramach programu Edukacja-EOG ruszą najprawdopodobniej na przełomie 2018 i 2019 r. Na dofinansowanie wniosków przeznaczono 7,2 mln euro.

Łącznie w całym okresie działania programu rozdysponowana zostanie kwota prawie trzykrotnie wyższa. Przy przyznawaniu środków duży nacisk położony będzie na komplementarność oraz unikanie podwójnego finansowania z projektami programu Erasmus+ czy Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020.

Ostateczna struktura programu Edukacja- EOG jest obecnie konsultowana z państwami- darczyńcami. Aktualna koncepcja zakłada finansowanie tworzenia i rozwijania partnerstw pomiędzy państwami-beneficjentami a państwami-darczyńcami. Powinny przyczyniać się one do poprawy umiejętności i kompetencji uczniów, studentów i stażystów oraz pracowników dydaktycznych i naukowych we wszystkich obszarach związanych z edukacją. Jednocześnie projekty powinny uwzględniać zmniejszanie dysproporcji ekonomicznych i społecznych oraz inkluzję, o której można przeczytać więcej w numerze 1/2018 „Europy dla Aktywnych”.

FRSE zamierza zrealizować te założenia wraz z beneficjentami poprzez projekty w następujących obszarach:

  1. Profesjonalny rozwój kadry dydaktycznej:
    • wizyty studyjne dla kadry pracującej w obszarze edukacji formalnej i pozaformalnej;
    • intensywne szkolenia dla polskiej kadry, prowadzone w Polsce przez ekspertów z państw-darczyńców;
  2. Mobilność w szkolnictwie wyższym:
    • dla studentów – wymiany oraz praktyki;
    • dla kadry dydaktycznej i naukowej, w kraju zapraszającym – prowadzenie zajęć; uczestnictwo w seminariach, szkoleniach, warsztatach i job shadowing;
  3. Partnerstwa instytucjonalne na rzecz poprawy jakości i dopasowania kształcenia i szkolenia zawodowego (VET) oraz kształcenia ustawicznego poprzez:
    • opracowanie lub uaktualnienie oferty, w tym programów nauczania;
    • wymianę doświadczeń i dobrych praktyk, organizację wspólnych inicjatyw z partnerami z państw-darczyńców;
    • opracowanie lub uaktualnienie lokalnych/ regionalnych strategii rozwoju szkolnictwa zawodowego/branżowego. Projekty nastawione na opracowanie samej koncepcji strategii również będą mogły uzyskać dofinansowanie;
  4. Partnerstwa instytucjonalne na rzecz poprawy jakości i dopasowania oferty edukacyjnej na wszystkich poziomach oraz we wszelkich formach (z wyłączeniem VET oraz kształcenia ustawicznego)

poprzez działania analogiczne do wymienionych dla III obszaru tematycznego, przy czym, dla ostatniego z nich, kwalifikowalna może być strategia rozwoju systemu edukacyjnego.

W obszarach III i IV trzeba będzie dodatkowo wykazać i zapewnić realny wpływ projektu na poprawę jakości i dopasowania oferty edukacyjnej oraz trwałość rezultatów pracy intelektualnej. Strona internetowa programu ruszy w IV kwartale br. Do tego czasu zachęcamy do śledzenia aktualności dot. programu Edukacja-EOG na stronie frse.org.pl. •

Kocham Cię, Polsko


Przyjeżdżają zarówno z Niemiec, jak i z Wenezueli. Napędza ich ciekawość naszego kraju i tempo zmian zachodzących nad Wisłą. Zagranicznych stypendystów programu Erasmus+ – bo o nich mowa – jest z roku na rok coraz więcej

Rafael Casique urodził się w Wenezueli. Kiedy skończył 18 lat, przeniósł się na studia do Francji. Tam dowiedział się o możliwości wyjazdu z programu Erasmus – i uznał, że to coś dla niego. Chciał zdobyć doświadczenia zawodowe – pod uwagę brał więc tylko kraje, które szybko się rozwijają. I tak zainteresował się Polską. – Dowiedziałem, że w Warszawie mieszczą się oddziały światowych korporacji, takich jak Accenture czy Goldman Sachs. Wiedziałem, że to właśnie do nich będę aplikował na wakacyjne praktyki – wspomina.

Podjęcie decyzji nie było jednak łatwe. – Szukając w internecie informacji na temat Warszawy i Polski – w języku hiszpańskim – trafiłem na ostrzeżenia o rasistowskich zachowanych Polaków. Było ich tak dużo, że podzieliłem się obawami z mamą – wspomina Rafael. – Ta zadzwoniła do Ambasady RP w Wenezueli, aby zbadać, na ile niepokój jest uzasadniony. Uspokojono nas, więc złożyłem aplikację. Dzisiaj mijają dwa miesiące od mojego przyjazdu i mogę szczerze powiedzieć jedno: najmilej zaskoczyło mnie to, o co najbardziej się obawiałem – stosunek Polaków do obcokrajowców. Na co dzień spotykam się z taką otwartością i serdecznością, jakiej się naprawdę nie spodziewałem – śmieje się Rafael.

Tanio, a dobrze Historia przyjazdów zagranicznych studentów do Polski przypomina nieco losy Rafaela – na początku była nieufność. Trzydzieści lat temu, w pierwszym roku funkcjonowania programu Erasmus, do Polski na studia przybyło ledwie 220 osób. Dekadę później przyjeżdżało ich już ponad dwadzieścia razy więcej, a w 2015 r. liczba zagranicznych stypendystów Erasmusa zbliżyła się do 15 tysięcy. Wśród narodów najchętniej odwiedzających Polskę od lat królują Hiszpanie, Turcy oraz Niemcy i Francuzi. – Niskie koszty życia, zwłaszcza zakwaterowania, kwestie bezpieczeństwa oraz poczucie zadowolenia z oferty uczelni to główne zalety przyjazdu do nas na wymianę – stwierdza Aleksandra Koperska-Kowalczyk z Biura Współpracy Międzynarodowej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego z Bydgoszczy. – Polska jest coraz lepiej postrzegana przez studentów zagranicznych – jako kraj nowoczesny i z dobrą infrastrukturą – dodaje.

Inni rodzimi koordynatorzy studentów przyjeżdżających do Polski mają podobne spostrzeżenia: obcokrajowcy wybierają nasz kraj, bo zależy im na wysokim poziomie nauczania przy jednoczesnych niskich kosztach utrzymania. Ale to nie wszystko: przybysze z innych krajów doceniają też naszą uprzejmość i chęć niesienia pomocy, pomimo czasem niedoskonałej znajomości języka angielskiego. Potwierdza to m.in. Celie Schneider, która przyjechała na wymianę do Akademii Leona Koźmińskiego. – Polskę lubię za otwartość jej mieszkańców. W Holandii jesteśmy o wiele bardziej zamknięci, podczas gdy tu nawet w sklepie rozmawia się z nieznajomymi – zauważa.

Ale Polacy potrafią też zadziwić. – Od początku mojego pobytu w Warszawie najbardziej mnie zaskakiwało to, z jaką intensywnością i jak długo ludzie się sobie przyglądają. Pochodzę z Francji, tam ludzie nie poświęcają sobie tyle czasu – mówi Celie Schneider. – Na początku często też zadawano mi pytanie, w jakiej dzielnicy wynajęłam mieszkanie. Kiedy warszawiacy dowiadywali się, że na Pradze, byli zdziwieni, że się nie bałam złej sławy dzielnicy. Nie wiedzieli, że pochodzę z Marsylii, jednego z najbardziej niebezpiecznych francuskich miast – śmieje się Celie.

Warszawa zaskakuje zresztą wielu przyjeżdżających studentów. Wielu z nich nie zdaje sobie sprawy, że to nowoczesne miasto, oferujące wiele możliwości: od tych czysto rozrywkowych po zawodowe. Studentów frapuje też, że polska stolica różni się charakterem od Krakowa czy Trójmiasta. Intrygująca jest dla nich również nasza historia.

Duma i wdzięczność Skok w statystykach to jednak nie tylko wynik wzrostu popularności kraju, ale także zmian w strukturze samego programu. Erasmus+ daje studentom nie tylko szansę realizacji części studiów na uczelni partnerskiej, ale także – od ponad dziesięciu lat – umożliwia realizację praktyk zawodowych. W tym sektorze liczba przyjeżdżających rośnie najszybciej. Wśród nich był m.in. Holender Martijn De Jonge, który po wymianie studenckiej wrócił na Uniwersytet Warszawski i podjął praktyki w Biurze Współpracy z Zagranicą. – Pochodzę z małej miejscowości w Holandii. Wyjechałem, bo chciałem zakosztować innej rzeczywistości niż rodzima, a w moich oczach Warszawa to duże miasto – mówi.

Nie bez znaczenia dla obcokrajowców jest też możliwość kontynuowania ścieżki naukowej po okresie wymiany. – Zdarzają się osoby, które natychmiast po skończeniu studiów w swoim kraju starają się uzyskać stypendium na pełne studia doktoranckie w Polsce – mówi profesor dr hab. Jolanta Tambor, pełnomocnik rektora Uniwersytetu Śląskiego ds. Studentów Zagranicznych, i jednocześnie dyrektor Szkoły Języka i Kultury Polskiej. – Moją drugą w życiu doktorantką, a od kilku lat już wypromowanym doktorem, jest Rumunka Claudia Florea Hygen. Najpierw przyjechała na semestralne studia w ramach programu Erasmus, a potem obroniła świetną pracę o modelu rodziny w polskich, rumuńskich i norweskich podręcznikach – dodaje.

Rosnąca liczba zagranicznych studentów na polskich uczelniach może być powodem do dumy – internacjonalizacja uczelni najlepiej świadczy o ich jakości. – Gdybym miała jednym słowem określić to, co czuję w trakcie pobytu w Polsce, powiedziałabym: wdzięczność – stwierdza Cristina Vasilita, która urodziła się w Mołdawii, studiuje w Rumunii, a na Erasmusa+ przyjechała do Bydgoszczy. – Jestem wdzięczna za możliwość studiowania przedmiotów, które nie są dostępne na moim macierzystym uniwersytecie i za wspaniałego koordynatora na bydgoskiej uczelni – panią Aleksandrę. Dziękuję też za przyjaźnie, które nawiązałam z ludźmi z całego świata, ale przede wszystkim za prawo do powiedzenia: tak, jestem beneficjentem programu Erasmus+ i jestem z tego dumna! •

Autorka jest uczestniczką projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Czar może i prysł, ale sens został


Od kilku lat spada liczba młodych Polaków wyjeżdżających na zagraniczne uczelnie w ramach programu Erasmus+. Czy jest powód, by bić na alarm? Nie ma – ogólna liczba studentów spada dużo szybciej.

Kiedy w 2004 r. wyjeżdżałam na wymianę do jednej z niemieckich uczelni, byłam rozemocjonowana i przerażona jednocześnie – opowiada jedna z byłych studentek. – Ekscytacja wiązała się z ludźmi, których miałam poznać, miejscami, które obiecywałam sobie odwiedzić, i mieszanką kulturową, w której musiałam się odnaleźć. Polska nie należała jeszcze wówczas do Unii Europejskiej – dla większości młodych Polaków wyjazd był jak złapanie Pana Boga za nogi – dodaje.

W 2018 r. sytuacja się zmieniła. – Zainteresowanie wyjazdami jest mniejsze niż w latach poprzednich, co oczywiście nas martwi – mówi portalowi walbrzych24.com Justyna Jaskólska, koordynatorka programu Erasmus+ w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Wałbrzychu. – Najczęściej decyduje strach przed dłuższymi wyjazdami i rozłąką – dodaje. Czy to oznacza, że czar Erasmusa prysł? Wydaje się, że problem jest nieco bardziej złożony.

Świat się zmienia

Po pierwsze – zmieniła się rzeczywistość. Młodzi jeżdżą po Europie jak chcą i kiedy chcą, dzięki Facebookowi mają przyjaciół od Moskwy po Lizbonę, a studiować po angielsku mogą bez problemu we Wrocławiu czy Warszawie. – Obecnie udział w wymianie na studia nie jest w oczach studentów niczym niesamowitym – przyznaje Joanna Mrowiec-Denkowska, kierownik Biura Wymiany Akademickiej na Politechnice Śląskiej. – Młodzież już na etapie podejmowania studiów dobrze włada językami obcymi, więc motywacja do nauki na partnerskich uczelniach maleje – dodaje.

Po drugie – zmienili się studenci. Są bardziej wymagający i mniej tolerancyjni wobec różnego rodzaju niedociągnięć. Drażni ich liczba formalności związanych z wyjazdami, występujące różnice programowe, a czasem też poziom nauczania w zagranicznych szkołach. Nie chcą już jeździć gdziekolwiek – interesują ich głównie uczelnie prestiżowe, w atrakcyjnych lokalizacjach, na których można wyszlifować któryś z ważniejszych europejskich języków. Poza tym – dla studentów z małych miejscowości już sam przyjazd do Warszawy, Poznania czy Gdańska jest jak mały Erasmus.

Bywa też, że między rekrutacją a wyjazdem w życiu młodych ludzi zachodzą ważne zmiany. W przypadku problemów osobistych studenci nie boją się rezygnować z wyjazdu. Wiedzą, że tracą dużo – ale jednak mniej niż dwie dekady temu.

Po trzecie – zmienił się sam program. Gdy ruszał 30 lat temu (w Polsce dekadę później), młodzi mogli dzięki niemu wyjeżdżać wyłącznie na zagraniczne studia. Obecnie – od 2007 r. – mają też możliwość realizowania za granicą studenckich praktyk. Wielu młodych ludzi, szczególnie z uczelni zawodowych, uznaje, że ważniejsze od chodzenia na wykłady w Londynie czy Berlinie jest poznanie od kuchni zagranicznych firm. Tak jest np. na Politechnice Śląskiej. – Od kilku lat odnotowujemy spadek liczby wyjazdów na studia na rzecz rosnącej liczby zainteresowanych realizacją praktyk zagranicznych – mówi Joanna Mrowiec-Denkowska.

Trend ten wyraźnie widać w statystykach dotyczących całego szkolnictwa wyższego w Polsce. W 2007 r. na praktykę wyjechało niespełna tysiąc polskich studentów. Siedem lat później liczba ta wynosiła już grubo ponad pięć tysięcy. – Na naszej uczelni można zauważyć dwie grupy studentów realizujących praktyki międzynarodowe – tych, którzy nastawiają się przede wszystkim na przyrost kompetencji językowych i społecznych oraz tych, dla których praktyka ma stanowić dobrze przemyślany punkt w CV i ściśle wiąże się z planami zawodowymi po ukończeniu studiów. Myślę, że liczebność właśnie tej drugiej grupy ma szansę rosnąć w ciągu następnych lat – mówi Jarosław Gąsior, kierownik Biura Erasmus+ na Uniwersytecie Śląskim.

Co w takim razie z wyjazdami na wymianę na studia? Hanna Lamers, koordynator uczelniany ds. programu Erasmus+ na Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej mówi wprost: – Studenci w tej chwili na studiach pracują. Wyjazd na wymianę to dla nich utrata zatrudnienia i wynagrodzenia, pracodawca najpewniej nie będzie na nich czekał. Zdecydowanie łatwiej przychodzi nam zachęcanie młodych do udziału w programach praktyk zagranicznych, dzięki czemu liczba realizowanych przez nas mobilności z roku na rok aż tak drastycznie się nie zmienia.

Nie brakuje jednak uczelni z drugiego bieguna – takich, na których w przyszłość patrzy się optymistycznie. – Zagraniczne studia nie odchodzą do lamusa – przekonuje Kinga Nekanda-Trepka, koordynator programu Erasmus+w Akademii Leona Koźmińskiego. – Nasi studenci wyjeżdżają na wymianę równie chętnie, jak w latach minionych. W dodatku od dwóch lat nasza uczelnia oferuje również stypendia na realizację części programu studiów na uczelniach spoza Europy. Intensywne działania promujące tę możliwość spowodowały ogólny wzrost zainteresowania wyjazdami na wymianę zagraniczną. Spokojnie patrzymy w przyszłość – podsumowuje.

Prawda w liczbach

By ocenić, czy spadająca liczba wyjazdów na studia w ramach Erasmusa+ to faktycznie problem, trzeba wykonać jedno proste zadanie – porównać te dane z ogólną liczbą studentów. Wtedy przekonamy się, że popularność wyjazdów w celach akademickich spada dużo wolniej niż ogólna liczba studiujących. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez GUS, w 2017 r. studiowało w Polsce około miliona trzystu tysięcy osób, a to pół miliona mniej niż siedem lat temu. Parafrazując klasyka, plotki o śmierci akademickiej części Erasmusa+ są więc zdecydowanie przesadzone. Program po prostu się zmienia, tak jak zmienia się otaczająca nas rzeczywistość.

Fot. Krzysztof Karpiński
Kto i kiedy może wyjechać?

Obecnie każdy student, niezależnie od etapu studiów (licencjackie, magisterskie, doktoranckie), posiada tzw. kapitał mobilnościowy – dwanaście miesięcy, które w ramach danego poziomu studiów może spędzić za granicą jako stypendysta Erasmusa+.

Kapitał ten można wykorzystać, biorąc udział w wyjeździe na studia, realizując praktykę zagraniczną lub łącząc te dwa rodzaje wyjazdów. Wszystko zależy od indywidualnych planów studenta zaakceptowanych przez macierzystą uczelnię.

Rozwiązywanie zadań nie ma sensu


O dwutlenku węgla w Coca-Coli i metalach ciężkich w przydrożnych roślinach opowiada profesor Tadeusz Wibig, laureat nagrody Popularyzator Nauki 2017.

Czy fizyka da się lubić?

Z zasady młodzi ludzie nie lubią fizyki od samego początku, bo rozwiązywanie zadań jest skomplikowane i właściwa odpowiedź rodzi się w bólach. Ale gdyby przyjrzeć się dzieciakom w przedszkolu, to one są zachwycone, gdy pokazuje się im ciekawe rzeczy – jak coś się zsuwa, coś nie spada, coś się unosi. Mam nieodparte wrażenie, że chcą się wtedy czegoś nauczyć. Rozwiązywanie zadań, na dobrą sprawę, nie ma najmniejszego sensu. Kiedyś nauka fizyki miała praktyczniejszy wymiar. Człowiek uczył się w szkole, jak naprawić na przykład kuchenkę elektryczną, gdy przepali się spirala. A kto dziś wie, jak działa kuchnia indukcyjna?

W jaki sposób można pokazać piękno fizyki?

Powołałem do życia projekt lekcji objazdowych Fizyka w drodze. Jest skierowany głównie do dzieci i młodzieży z mniejszych miejscowości. Zabieram sprzęt do wykonywania doświadczeń i jadę do szkoły. Dzieciaki eksperymentują. Dostają do ręki na przykład miernik elektryczny i mierzą napięcie, natężenie, potem dzielą jedno przez drugie, coś im wychodzi, robią wykresy. Wreszcie mają prawdziwą fizykę. Miałem nadzieję, że nauczyciele podchwycą pomysł i w kolejnych latach będą przeprowadzać te same doświadczenia z następnymi rocznikami. Niestety… Ale może to wina założeń programowych i braku czasu na podobne eksperymenty.

Miłością do doświadczeń zaraził Pan Profesor również dzieci z Tajlandii…

Wszystko zaczęło się od spotkania pewnego naukowca z Kazania. Okazało się, że uczelnia, na której pracował, posiada spektrometr rentgenowski, którego nie używa. Wtedy razem z moją doktorantką z Tajlandii wpadliśmy na pomysł przeprowadzenia wraz z uczniami badań zawartości metali ciężkich w roślinach przydrożnych. Potem co prawda okazało się, że rosyjski spektrometr będzie jednak niedostępny, ale projekt się powiódł – z pomocą przyszli przyjaciele fizycy z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego z Kielc, którzy udostępnili nam swoje laboratorium. Zarejestrowane w projekcie szkoły miały za zadanie zebrać próbki traw po obu stronach wybranej przez siebie drogi, w określonych trzech odległościach od niej. Moja doktorantka wykonała gigantyczną pracę, a do projektu włączyła się też młodzież z jej kraju. Badała zawartość metali ciężkich w roślinach rosnących w zbiornikach wodnych. Prezentowaliśmy wyniki na międzynarodowych konferencjach naukowych i budziły tam spore zainteresowanie.

Proszę opowiedzieć, jak powstał cykl opowiadań o Hieronimie, popularyzujący z kolei matematykę?

Do współpracy zaprosiło mnie łódzkie radio internetowe. Co tydzień w poniedziałek wieczorem przedstawiałem jedną historię, która w zabawny, nieskomplikowany sposób omawiała konkretne pojęcia i twierdzenia matematyczne: skąd wiadomo, że 2+2=4, czym są liczby naturalne, co to są kwaterniony i kiedy liczba jest liczbą Smitha. Z czasem audycja uległa metamorfozie. Do prezentowanych historyjek dołączyłem przegląd informacji na temat tego, co ciekawego wydarzyło się w fizyce w ostatnim tygodniu.

Jest Pan opiekunem konkursu Fizyka da się lubić. Jak on wygląda w praktyce?

Autorem idei konkursu jest profesor Edward Kapuścik, ja prowadzę go od dziesięciu lat. Składa się z części eksperymentalnej oraz literackiej – eseju. Jeśli chodzi o część eksperymentalną, to uczestnicy otrzymują dość proste narzędzia: szpulkę nici, stoper, linijkę itp. i mają samodzielnie wymyślić sposób na dokonanie konkretnych pomiarów, na przykład prędkości dźwięku, czy zmierzyć zawartość dwutlenku węgla w puszce Coca-Coli. Dzięki konkursowi co roku około dwustu dzieciaków bliżej zapoznaje się z fizyką.

Jakie ma Pan plany związane z popularyzacją nauki?

Chciałbym, aby powstało coś w rodzaju radiowego uniwersytetu. Miałby różne wydziały: fizyki, biologii, matematyki, filologiczny. Trwają rozmowy na ten temat.

Rozmawiała Marzena Indra

Fot. archiwum T. Wibiga