Świat podany na talerzu


Osiem szkół, 36 dyscyplin (od gotowania do jubilerstwa), 80 zawodników, a wśród nich Polak Maciej Pisarek – znów na najwyższym stopniu podium! Tak wyglądały brytyjskie eliminacje do konkursu WorldSkills, rozegrane w Glasgow. – Uczniowie trenują do tych mistrzostw jak sportowcy do olimpiady – mówią organizatorzy

Gdzie moglibyśmy nauczyć się pracować z przegrzebkami? – pyta retorycznie Iwona Niemczewska. Nasza ekspertka pojechała do Glasgow, by sędziować, ale przyznaje, że nawet dla niej wyjazd to olbrzymia inspiracja. Polka ocenia w Szkocji zmagania najlepszych uczniów brytyjskich szkół branżowych. Stawką jest zaproszenie do udziału w finale prestiżowego międzynarodowego konkursu WorldSkills. Wydarzenie w tym roku odbędzie się w rosyjskim Kazaniu.

Iwona Niemczewska nie jest w Szkocji jedynym gościem z Polski. Na specjalne zaproszenie organizatorów do Glasgow przyjechał też Maciej Pisarek, reprezentant Polski w ubiegłorocznej europejskiej edycji konkursu w Budapeszcie. To tam został zauważony przez Brytyjczyków. Teraz w ramach przygotowań do wyjazdu do Kazania Maciej stanął blat w blat z kandydatami z Anglii, Walii i ze Szkocji.

Najlepsi z najlepszych

– Już sam udział w takich eliminacjach jest ogromnym wyróżnieniem, bo tu spotykają się najlepsi z najlepszych w naszym kraju – przekonuje Neil Bentley-Gockmann, dyrektor WorldSkills UK. – Skala przygotowań przypomina te do olimpiady sportowej. Nic dziwnego, bo udział w WorldSkills może oznaczać międzynarodowy sukces. Jest ogromną szansą zarówno dla uczestnika, jak i dla gospodarki kraju, który reprezentuje – dodaje.

Brytyjskie eliminacje zorganizowano w kilku miastach. Uczniowie rywalizowali nie tylko w City of Glasgow College, ale też w szkołach w Londynie, Cardiff, Nottingham, Dudley, Yorku, Coatbridge oraz Lisburn w Irlandii Północnej. W sumie do zmagań stanęło 80 zawodników w 36 kategoriach. To m.in. mechatronika, florystyka, elektronika, projektowanie stron internetowych, fryzjerstwo czy jubilerstwo.

W Glasgow o wyjazd do Kazania walczyli cukiernicy, kucharze, kelnerzy i adepci visual merchandisingu, czyli sztuki urządzania sklepów i ich witryn oraz eksponowania produktów. – W tym zawodzie nie chodzi tylko o to, by zrobić ładną wystawę sklepową. Chodzi o stworzenie pewnej strategii sprzedaży opartej na psychologii klienta, umiejętnościach graficznych, kreatywności. Ważna jest idea – mówi Coreen Gallagher, która uczy się visual merchandisingu w City of Glasgow College. Z okazji brytyjskich eliminacji do WorldSkills prezentuje swoje umiejętności w holu głównego budynku szkoły.

Przy stoisku obok Leona Westwater tworzy ozdoby z cukru karmelizowanego. W Glasgow uczy się cukiernictwa. – Ta masa pozwala formować się w wymyślne kształty – mówi, lepiąc w dłoniach plastyczną maź, rozgrzaną wcześniej na specjalnej maszynie. Powstanie z niej kolorowy kwiat z precyzyjnymi płatkami.

Z kolei Sarah Young zajmuje się artystycznym makijażem. Może on służyć na co dzień, ale może też przydać się w teatrze czy na planie filmowym. – Taki makijaż, nie tylko na twarzy, ale także na całym ciele, coraz częściej wykorzystywany jest również podczas pokazów mody. Chciałabym zająć się nim w przyszłości – opowiada i… zaczyna malować własne przedramię.

Dwa tysiące kursów do wyboru

Zmagania w City of Glasgow College połączono z dniami otwartymi dla kandydatów do szkoły, którzy mogą podpatrzyć, jak wyglądają nauka zawodu i panujące
w szkole warunki. A trzeba przyznać, że są bardzo dobre. Już sam budynek robi wrażenie. Duży, nowoczesny, ale dzięki drewnianym elementom – przytulny. Z częściami wspólnymi zachęcającymi do przesiadywania w czasie przerw i dyskusji, całym zapleczem doradców zawodowych, których gabinety od rana do popołudnia są otwarte dla uczniów, z przestrzenną biblioteką. Są też: symulator samolotu, maszynownia, salon fryzjerski i kosmetyczny, studio fotograficzne i radiowe, profesjonalne kuchnie. W sumie dziesiątki pracowni na dziewięciu piętrach. – Oferujemy blisko 2 tys. kursów. Rozmach naszej szkoły udowadnia, że nauka przedmiotów zawodowych to przyszłość. Absolwenci mogą realnie wpływać na charakter naszej gospodarki i rozwijać ją – mówi Sally Horrox, dyrektor ds. marketingu City of Glasgow College. Dodaje, że college w Glasgow jest jednym z najbardziej międzynarodowych w Wielkiej Brytanii. – Mamy uczniów
ze 130 krajów świata. Wygrywają narodowe i międzynarodowe konkursy. Wystawiamy też najwięcej w naszym kraju zawodników na WorldSkills – dodaje Horrox.

Corey Russel i Jackie McMaster opiekują się ogrodami w City of Glasgow College. To zadanie uczniów ogrodnictwa. W czasie eliminacji do WorldSkills prezentują odwiedzającym swoje plony: sadzonki bratków, młode krzaczki pomidora czy warzyw strączkowych. – Mamy trzy ogrody na dachu budynku i to w nich uczą się adepci ogrodnictwa. A nasze plony trafiają później do szkolnego bistro. Oczywiście nie jesteśmy w stanie wykarmić wszystkich, ale możemy w ten sposób wypromować ideę samowystarczalności żywnościowej i gospodarki opartej na lokalności – opowiada Jackie McMaster.

Polski sukces

W kuchennej spiżarni Maciej Pisarek i troje brytyjskich kandydatów do WorldSkills do wyboru mają ponad tysiąc produktów. Codziennie rano muszą wybrać te, które najlepiej pozwolą im zrealizować zadanie konkursowe. – Każdego dnia do zrobienia jest kilka modułów. Uczestnicy muszą się więc zmierzyć z finger food, czyli przekąskami, zupą, daniem głównym czy deserem. Powinni wykorzystać wskazane przez sędziów produkty, ale potraktować je autorsko – mówi George Smith, szef kuchni i jeden z jurorów w eliminacjach.

Kulinarne zmagania zaczynają się już o 7 rano i kończą późnym popołudniem, z krótką przerwą na lunch. I tak przez trzy dni z rzędu. Iwona Niemczewska: – Jest trudno, ale zawsze z Maćkiem powtarzamy, że bez ciężkiej pracy nic się nie osiągnie. Organizatorzy uznali, że jest na wysokim poziomie i wniesie coś twórczego do konkursu – dodaje.

Niemczewska się nie myli. Tydzień po powrocie z Glasgow do Polski dociera informacja: Maciej Pisarek – podobnie jak rok temu w Budapeszcie – znów okazał się najlepszy. Gotował najlepsze potrawy i w najlepszym stylu. Niemczewska komentuje: – Korzyści z udziału w konkursach takich jak WorldSkills są oczywiste i nieocenione. To ogromna szansa na naukę i poznanie innych krajów, kultur. Uczestnik WorldSkills ma świat podany na talerzu. Kucharzowi z takim doświadczeniem niestraszne będą żadne przegrzebki.

Droga do WorldSkills


W dobie rozwoju technologii to uczniowie szkół branżowych są najbardziej atrakcyjną grupą zawodową. Rozwijaniu ich pasji oraz doskonaleniu kompetencji służą międzynarodowe konkursy umiejętności. Najbliższy z nich – WorldSkills – już w sierpniu w rosyjskim Kazaniu

WorldSkills to prawie 70-letnia tradycja, do której Polska dołączyła w 2018 r. Wtedy to ośmioro polskich uczniów rywalizowało w Budapeszcie ze swoimi rówieśnikami we florystyce, w gotowaniu, mechatronice, murarstwie, tynkarstwie i suchej zabudowie, we fryzjerstwie, w ciesielstwie. Bardzo dobry występ polskich uczniów, a szczególnie Macieja Pisarka, który zdobył Medal Doskonałości w konkurencji Gotowanie, zachęcił Polskę do udziału w światowych konkursach WorldSkills. Działania te poparła minister edukacji narodowej Anna Zalewska, dzięki czemu Polska uzyskała akcept do udziału w światowych konkursach zawodów WorldSkills.

Już w sierpniu kolejni utalentowani młodzi uczniowie z Polski zmierzą się na zawodach w rosyjskim Kazaniu. Na przestrzeni o wielkości 74 hektarów rywalizować będą z najlepszymi w swoim fachu w 56 zawodach. Reprezentować będą bardzo szeroki wachlarz branż: od specjalizacji budowlanych, takich jak stolarstwo, murarstwo, przez branże przemysłowe i samochodowe oraz branże usługowe takie jak florystyka, cukiernictwo, piekarnictwo do specjalizacji związanych z nowoczesnymi technologiami informatycznymi, takich jak robotyka, CNC, mechatronika, informatyka, projektowanie graficzne. Zmagania będą trwały cztery dni. Weźmie w nich udział 1,6 tys. zawodników, obserwowanych przez setki tysięcy uczniów, nauczycieli, pracodawców i ministrów delegacji rządowych z 80 krajów. Wszystko to będzie transmitowane przez największe stacje telewizyjne z całego świata. Hasłem przewodnim nadchodzącego WorldSkills w Kazaniu jest: „Skills for the future”.

Młodzi uczestnicy do udziału w tym światowym konkursie przygotowują się według programów szkoleniowych opracowanych przez specjalistów z zagranicznych firm. Na sukces każdego zawodnika pracuje sztab specjalistów – zaangażowani są eksperci, szkoleniowcy, fachowcy z przedsiębiorstw. Przez kilka miesięcy szkolą oni młodych uczniów, pracując na takich maszynach, narzędziach i surowcach, jakie są wykorzystywane podczas WorldSkills.
Oprócz profesjonalistów branżowych w przygotowania angażowani są psychologowie i coachowie, którzy szkolą zawodników, jak radzić sobie z napięciem i ze stresem towarzyszącym kilkudniowym zmaganiom oraz jak dobrze zaplanować zadania, aby je wykonać w regulaminowym czasie i rozłożyć swoje siły. Nasi zawodnicy przed wyjazdem do Kazania wezmą też udział w szkoleniu w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Finlandii, a nawet w Chinach.

Oprócz konkursu światowego w Kazaniu kolejny europejski zaplanowano na wrzesień 2020 r. w Graz (Austria). Wiadomo też już, że gospodarzem WorldSkills 2021 będzie Szanghaj.

Wsiąść do pociągu nie byle jakiego


Ponad 100 tysięcy młodych Europejczyków zgłosiło się do pilotażowej edycji programu Discover EU. Zdecydowana większość tych, którzy wylosowali bilety, mówi, ze wyprawy były dla nich niezwykłym doświadczeniem.

Tego lata 15 tysięcy osiemnastolatków z całej Unii Europejskiej miało możliwość po raz pierwszy bezpłatnie ruszyć w trasę po państwach Starego Kontynentu. Okazja była pilotażowa edycja programu Discover EU, inicjatywy mającej na celu budowanie europejskiej tożsamości wśród młodych obywateli. W grupie osób, które otrzymały bilet pozwalający na swobodne podróżowanie po czterech wybranych przez siebie krajach, znalazło się także ponad 1100 Polaków. Niektórzy z nich podzielili się z „Europa…” swoimi wrażeniami i zgodnie twierdza: wyprawa w ramach Discover EU była dla nich niezapomnianym przeżyciem.

Zasady były proste: osiemnastoletni Europejczycy w przypadku wygranej otrzymywali za darmo ważny przez 30 dni bilet InterRail, umożliwiający bezpłatne przejazdy po czterech wskazanych wcześniej państwach (głównie unijnych, choć paru uczestników odwiedziło także Szwajcarie czy Norwegie). Miał on swoje limity – w ciągu miesiąca na podróże można było przeznaczyć maksymalnie siedem dni, ograniczona była także liczba przejazdów przez ojczysty kraj uczestnika. Jak jednak zapewniał w maju Manfred Weber, członek Parlamentu Europejskiego oraz medialna twarz inicjatywy: „W Discover EU nie chodzi o darmowy bilet kolejowy. […] Ten projekt pozwoli młodym ludziom odkryć, co ich łączy, i przyczyni się do budowania europejskiej tożsamości”.

Zanim wybrani osiemnastolatkowie mogli rozpocząć odkrywanie Starego Kontynentu, musieli uporać się z drobnymi kłopotami organizacyjnymi. Niektórzy uczestnicy skarżyli się na mało przejrzyste informacje na temat dodatkowo płatnych rezerwacji miejsc siedzących. W niektórych państwach U Unii takie dopłaty są obowiązkowe, a ich koszt na dłuższych trasach sięga kilkuset złotych. Momentami szwankowała także komunikacja z zespołem Discover EU, na przykład przy powtarzających się problemach ze skanowaniem wymaganych dokumentów. – Za krótki był tez okres od otrzymania informacji o wygranej do terminu wyjazdu, trudno było się porządnie przygotować na wyprawę. Brakowało infolinii lub zakładki na stronie z najczęściej zadawanymi pytaniami – zaznacza Emilia, która dzięki programowi odwiedziła latem Słowacje, Węgry, Słowenie oraz Włochy. – Ale to pierwszy rok inicjatywy, wiec błędy są do wybaczenia – dodaje.

Na szczęście korzyści z udziału w inicjatywie okazały się nie do przecenienia. Dla wielu młodych ludzi była to bowiem pierwsza taka podróż. – Sprawdziłem w praktyce, czy potrafię planować i czy poradzę sobie w sytuacjach kryzysowych – wylicza Wojciech. Dla niego – podobnie jak dla wielu innych uczestników– wycieczka z rówieśnikami okazała się testem samodzielności w organizowaniu sobie noclegów czy poruszaniu się po nieznanych wcześniej metropoliach. Dała tez naturalnie szanse na doszlifowanie umiejętności językowych. – By wytrzymać 12 godzin w małym przedziale pociągu, trzeba rozmawiać ze współpodróżnymi – stwierdza Emilia, przyznając, ze podczas trwającego tydzień wyjazdu znacznie poprawiła swój angielski.

Duża role w budowaniu międzynarodowych kontaktów odegrała społeczność, która samoczynnie powstała wokół inicjatywy Discover EU. Uczestnicy zorganizowali się za pośrednictwem mediów społecznościach, aranżując spotkania integracyjne, oprowadzając przyjezdnych rówieśników po swoich miastach lub oferując im bezpłatne noclegi. – Wystarczyło napisać na Facebooku, gdzie i kiedy się będzie – opowiada Dominika, która w wakacje zwiedziła Pragę, Wiedeń oraz Rzym. – Bardzo dużo osób odpowiadało i chciało się spotkać – dodaje. Wielu młodych podróżników korzystało również z alternatywnych sposobów na znalezienie zakwaterowania, takich jak serwis Couchsurfing.

Nawet jeśli cześć uczestników dostrzega pole do organizacyjnych usprawnień, pomysłodawcy inicjatywy mogą niewątpliwie obwieścić, ze pierwsza edycja Discover EU zakończyła się sukcesem. Przyznaje to sam Manfred Weber: „Ponad 100 tysięcy młodych ludzi starało się o otrzymanie darmowego biletu InterRail tego lata. Biorąc pod uwagę fakt, ze to program pilotażowy, a my mieliśmy ograniczony czas na jego popularyzacje, to ogromne osiągniecie”. Dzięki niemu już tej jesieni zapowiedziano dystrybucje kolejnych biletów.

Manfred Weber nie ukrywa przy tym, ze tegoroczna edycja to dopiero początek realizacji bardziej ambitnych planów. „Moim ostatecznym celem jest sprawienie, by każdy Europejczyk otrzymywał przepustkę InterRail na swoje osiemnaste urodziny i mógł odkrywać nasz piękny kontynent” – ujawnia.

Autor jest uczestnikiem projektu „Mobilni dziennikarze programu Erasmus+”

Pełna wersje tekstu można znaleźć na Europejskim Portalu

Młodzieżowym. O inicjatywie Discover UE czytaj również na s. 35.

Wino na algorytmach


Małopolscy winiarze w ramach programu Erasmus+ zyskują kompetencje i udowadniają, ze wino znad Wisły, wsparte nowymi technologiami, smakuje zaskakująco dobrze.

Jeszcze w 2000 r. winnic w Polsce było ledwie 16, dziś jest ich ponad 350. Polska – winny „Nowy Świat” o niewielkich tradycjach – powoli zaczyna zdobywać zainteresowanie nie tylko swoim winem, ale także metodami uprawy. Realizowany w ramach programu Erasmus+ projekt „Wykorzystanie nowoczesnych technologii do wspierania branży enologicznej w Europie”, rozpoczęty w 2016 r., otwiera przed rodzimymi winiarzami nowe możliwości.

Winogrodnik, winiarz, winemaker… czyli kto?

Ponad 70 proc. polskich winnic to gospodarstwa niewielkie – poniżej 1 ha. Od małego poletka zaczynała tez większość dzisiejszych potentatów. Tak było w przypadku Winnicy Rodziny Steców, dziś jednej z największych w Małopolsce. – Jedenaście lat temu zaczynaliśmy od 30 arów, dziś mamy około sześciu hektarów – mówi Rafał Stec, współwłaściciel winnicy oraz prezes Polskiej Federacji Producentów Wina i Małopolskiego Stowarzyszenia Winiarzy.

W przypadku rodziny Steców przygoda z winem zaczęła się od degustacji. – Pierwsze sadzonki kupiliśmy od Romana Myśliwca, twórcy słynnej winnicy „Golesz” w Jaśle. Zasmakowały nam jego wina i to przekonało nas do działania – wspomina Rafał Stec. Zaczęły się wyjazdy po Polsce i za granice, żeby podpatrzyć, jak działają winnice w krajach z większymi tradycjami.

Takich jak Stecowie jest w Polsce dużo więcej, próżno jednak szukać w polskiej Klasyfikacji zawodów i specjalności zawodów związanych z winem, które nie są jednocześnie zawodami rolniczymi (wyjątek stanowi operator urządzeń do produkcji wina). Myślący o rozwoju właściciele winnic stanęli przed dylematem: jak szkolić z zawodu, którego nie ma? Z pomocą polskim winiarzom przyszedł Erasmus+. – Wiedzieliśmy, czego winiarze powinni nauczyć się dzięki projektowi. Oni zaś wskazali to, co będzie najcenniejsze z ich punktu widzenia. Razem opracowaliśmy program szkoleń w pełni odpowiadający potrzebom – mówi Blanka Byrska z firmy X-event, koordynatorka projektu.

Bez chemii

Przedsięwzięcie ruszyło w 2016 r. W gronie partnerów znaleźli się: Małopolskie Stowarzyszenie Winiarzy, Uniwersytet Rolniczy w Krakowie, Uniwersytet Mendla w Brnie, Cypryjskie Stowarzyszenie na Rzecz Turystyki oraz partnerskie organizacje z Węgier i ze Słowenii. Na początku najbardziej doświadczeni winiarze wyjeżdżali na szkolenia, by opracować program zajęć dla winiarzy poczatkujących. – Chcieliśmy przekonać się, jak pracują nasi sąsiedzi ja – wyjaśnia Rafał Stec. – W Polsce, ze względu na brak tradycji winiarskich, nie mamy od kogo czerpać wiedzy. Dzięki projektowi mamy szanse wypróbować różne metody, łączyć je i dostosować winifikacje do polskich warunków. Z kolei winiarze z krajów partnerskich są zaskoczeni jakością produkcji i smakiem naszych win – dodaje Stec. Tym, co zagranicznych producentów zainteresowało najbardziej, jest uprawa na zasadzie permakultury, czyli produkcja w zgodzie z natura. Czescy czy słoweńscy winiarze nie myślą o winnicach jak o ekosystemie, w Polsce jest inaczej – np. opryski chemiczne stosuje się rzadko lub wcale (także z przyczyn finansowych – środki używane w przemysłowych winnicach są po prostu drogie). – W 2018 r. mieliśmy w winnicy trzy opryski, dla porównania duże winnice w „starej” Europie maja ich nawet 60 w ciągu roku – zdradza Rafał Stec. – Polscy winiarze przekonali się, ze bez stosowania pestycydów winorośl się obroni – dodaje.

Postawienie na permakulture przynosi także skutki marketingowe. – Można mieć dobre plony i dobre wino. Prozdrowotnym charakterem polskie wino może się wyróżnić na tle win morawskich czy węgierskich. Kluczowe jest, żeby odwieść winiarzy od drogi na skróty i stosowania inwazyjnej chemii – podkreśla koordynatorka projektu Blanka Byrska.

Dron wie, co się dzieje w polu

Dzięki Erasmusowi+ z pomocą polskim winiarzom przyszły nowe technologie. Uczestnicy uczyli się m.in. wykorzystywać drony wyposażone w kamery spektralne. Pozwalają one sprawdzić, jak rozwija się winorośl, wskazać obszary, w których wilgotność gleby jest nieodpowiednia albo gdzie roślina walczy ze szkodnikami. Efektem takiej fotodokumentacji, wykonanej w różnych pasmach światła odbitego, którego oko ludzkie nie dostrzega, jest precyzyjna mapa, przetwarzana następnie za pomocą algorytmów. Winogrodnik może dzięki temu odpowiednio zareagować, oszczędzając czas, poświęcany wcześniej na objeżdżanie winnic.

Projekt umożliwił tez polskim winiarzom skorzystanie z nowoczesnej stacji pogodowej z aplikacja mobilna. Tego typu sprzęt stosuje się w dużych winiarniach za granica, ale jego koszt sięga kilkunastu tysięcy złotych. W ramach współpracy powstanie jego rodzimy odpowiednik. – Polska maszyna będzie kosztować około 2 tys. zł, w dodatku zbudujemy ja na polskich podzespołach, tańszych i dostosowanych do naszych warunków pogodowych, np. ujemnych temperatur – objaśnia Blanka Byrska.

W ramach przedsięwzięcia powstaną tez modele chorobowe winorośli, dzięki którym winiarze dowiedzą się, co zagraża roślinom, i rozpoznają oznaki inkubacji. Modele z innych krajów w Polsce by się nie sprawdziły – nasi sąsiedzi uprawiają inne odmiany winorośli, a klimat różni się od polskiego. Modele zostaną nałożone na dane ze stacji pogodowych, mierzących temperaturę czy wilgotność powietrza, w efekcie czego hodowcy dowiedzą się, czy ryzyko chorób wzrasta, czy maleje. – W przeciwieństwie do polskich sadowników nie mamy jeszcze takich systemów ostrzegawczych. Utrzymanie winorośli w zdrowiu, w sytuacji, gdy nie stosuje zapobiegawczych oprysków, wymaga ode mnie ciągłej obecności w winnicy i obserwowania roślin na bieżąco. Modele i stacja Beda dużym wsparciem, szczególnie dla winiarzy stawiających na ekologiczna uprawę – zaznacza Rafał Stec.

„Butikowe” winnice

Małopolski winiarz przyznaje, ze projekt bardzo pomaga mu w rozwoju. – Brałem w nim udział jako ekspert, a moi synowie jako poczatkujący adepci. Dla nas uprawa winorośli to już sposób na życie – śmieje się. – Żyjemy z winnicy, w zbiorach nie mamy wina starszego niż rok, bo wszystko sprzedajemy na bieżąco. Odbiorcami są restauracje, hotele, indywidualni klienci. Dziś turysta chce próbować lokalnej kuchni, miejscowych trunków – opowiada.

Sprzyja mu fakt, ze w ostatnich latach popularność zyskuje nie tylko sam trunek, ale także związana z produkcja wina turystyka.– Na wyjazdach enoturystycznych ludzie chcą dziś zwiedzać kameralne winnice, w których winiarz może podpisać się pod swoim winem od początku do końca – wskazuje Rafał Stec.

Małopolska inicjatywa pomoże jednak nie tylko samym jej uczestnikom. Wszystko wskazuje tez na to, ze winiarz jako zawód nierolniczy w końcu zostanie wpisany do rejestru zawodów w Polsce, a środowisko winiarskie już wie, jak to wykorzystać.

W planach ma m.in. powołanie izby winiarskiej, która będzie przygotowywać do zawodu winiarza. – Mamy już opracowane kryteria, jakie musi spełniać osoba, która chce uprawiać te profesje. Szyte na miarę erasmusowe szkolenia bardzo nam w tym pomogły – mówi Blanka Byrska.

Projekt zakończy się w 2019 r. Zainteresowani mogą dowiedzieć się więcej na stronie projektu: wszystkoowinie.pl

Z pełnym wsparciem


Czy liderem trzeba się urodzić, czy też tej roli można się nauczyć? Jak będzie wyglądać przemysł przyszłości i czy Unia poradzi sobie z problemami? O tych m.in. sprawach dyskutowali uczestnicy XIII Forum Ekonomicznego

Uczestnicy Forum spotkali się 3 września w Nowym Sączu. Tu spędzili dwa pierwsze dni, trzeciego przenieśli się do Krynicy, gdzie równolegle odbywało się dorosłe Forum Ekonomiczne. Program FEML był bogaty: młodzież spotkała się m.in. z szefami wielkich międzynarodowych koncernów (Nationale-Nederlanden i Cola-Cola), politykami (minister Anną Zalewską i byłą premier Beatą Szydło) oraz całym gronem ekspertów, którzy uświadamiali, motywowali i zachęcali do aktywności – próbowania sił w wolontariacie, crowdfundingu, e-marketingu czy biznesie.

Dyskusje i warsztaty rozpoczęły się 4 września od dobrej wiadomości. Dyrektor Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji dr Paweł Poszytek poinformował, że w kolejnej perspektywie finansowej Unia przeznaczy znacznie więcej pieniędzy na następcę skierowanego do młodzieży programu Erasmus+. –Komisja Europejska zaproponowała podwojenie budżetu, Parlament Europejski domaga się nawet jego potrojenia. Prawdopodobnie skończy się na dwuipółkrotnym zwiększeniu obecnych funduszy, co oznacza znacznie więcej możliwości dla młodych ludzi – mówił dr Poszytek.

Jak działać, by te możliwości wykorzystać? To wyjaśniała Oktawia Dorzeńska – dyrektorka XVII LO w Gdyni, członkini globalnych sieci the Global Change Agents. – To nie jest tak, że rodzimy się już ukształtowanymi liderami. Zmieniają się przecież sposoby przewodzenia ludziom, zmieniają się problemy, wyzwania. Ważne jest, by ciągle się rozwijać, szukać, zadawać sobie pytania. Kluczowe znaczenie mają trzy elementy: refleksja, zbudowanie silnego środka i poczucie własnej wartości, które daje odwagę do działania. To wszystko można doskonalić – przekonywała Dorzeńska.

Podobnego zdania była współzałożycielka „Sukcesu Pisanego Szminką” Olga Legosz, która poprowadziła warsztat Odkryj w sobie przywódcę. – Każdy może być liderem, musi tylko chcieć, mieć wizję i pewien zasób cierpliwości. Cała reszta to kwestia nauki. Obalamy mit, że do przywództwa potrzebne są wrodzone predyspozycje – mówiła. Przyznała jednak, że młodzi ludzie często patrzą na taką tezę sceptycznie. Są przyzwyczajeni do szkolnego modelu postrzegania lidera jako charyzmatycznej jednostki o konkretnych cechach. – Jeśli tego nie masz, nie pociągniesz innych? To nie jest prawda. Wszystko da się wypracować – zauważyła.

Drugi dzień FEML wypełniły spotkania z biznesmenami i politykami oraz dyskusje panelowe – m.in. z udziałem Minister Edukacji Narodowej Anny Zalewskiej. – Szkoła w czasach rewolucji 4.0 to nie może być placówka z kredą i gąbką oraz dyżurami zmazywania tablicy. Podjęliśmy śmiałą i kosztowną decyzję, aby każdą szkołę w Polsce wyposażyć w szerokopasmowy internet, sprzęt multimedialny, laboratoria naukowe. Musimy imponować naszym uczniom – mówiła minister. Do nowych technologii odniósł się również dr Paweł Poszytek. – Stworzyliśmy w FRSE Mobilne Centrum Edukacyjne, w którym pokazujemy młodym ludziom, jak nowoczesne technologie mogą wpływać na edukację. Chcemy rozpalać pasję i mówić do młodych językiem nowoczesności. Pokazywać, że nauka może być przyjemna – mówił dr Poszytek.

Ostatniego dnia FEML uczestnicy przenieśli się do Krynicy-Zdroju i zajęli problemami jeszcze większego kalibru – wysłuchali m.in. dyskusji panelowych nt. gospodarczych i społecznych skutków Brexitu oraz problemów demograficznych Europy.

W sumie w spotkaniach wzięło udział ponad 300 osób z 29 krajów Europy. Organizatorem przedsięwzięcia była Fundacja Nowy Staw, współorganizatorem Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji. •

Autorzy są uczestnikami projektu

Mobilni dziennikarze programu Erasmus+

Młodych Liderów (FEML), współorganizowanego

Miliardy dla milionów


Skokowy wzrost budżetu następcy programu Erasmus+ był jednym z tematów I Kongresu Rozwoju Systemu Edukacji. Dodatkowe pieniądze pozwolą milionom Europejczyków zdobyć kompetencje przyszłości

O planach budżetowych Unii Europejskiej mówiła podczas Kongresu Sylwia Sitka z Dyrekcji ds. Edukacji, Młodzieży, Sportu i Kultury. Z propozycji rozporządzenia dotyczącego nowego programu, przedstawionej przez Komisję Europejską wynika, że w latach 2021-2027 budżet Erasmusa+ może zostać podwojony – i sięgnąć 30 mldeuro. Oznacza to, że na zagraniczne studia, staże i wymiany edukacyjne będzie mogło wyjechać aż 12 milionów Europejczyków. – Inwestowanie w młodych ludzi i integrację społeczeństw politycy Unii uznali po prostu za priorytet – mówiła Sitka.

Rewolucji nie będzie natomiast w strukturze programu – będzie on obejmował te same obszary co dziś, od edukacji szkolnej po kształcenie dorosłych i sport. Nie zmieni się również podział na akcje: pierwsza obejmować będzie wyjazdy edukacyjne, druga – współpracę organizacji i instytucji na rzecz poprawy jakości i dostępności kształcenia, a trzecia – wsparcie dla rozwoju polityk.

W akcjach pojawią się jednak nowości: np. w sektorze Kształcenie i szkolenia zawodowe w Akcji 1 wróci wsparcie dla mobilności uczniów, a w sektorze Młodzież do Akcji 1 włączony zostanie program DiscoverUE, umożliwiający podróżowanie po Europie. W Akcji 2 (w obu wspomnianych sektorach) dofinansowywane będą nowe rodzaje współpracy (m.in. małe partnerstwa i partnerstwa na rzecz innowacji).

Następca programu Erasmus+ ma także umożliwić: bardziej elastyczne formy współpracy (wyjazdy krótkoterminowe) i wyjazdy edukacyjne w obszarze sportu.

W następcy Erasmusa+ wnioski (które notabene mają zostać uproszczone) w dalszym ciągu będą mogły składać tylko organizacje i instytucje, a nie osoby indywidualne. Pojawi się silny nacisk na wciągnięcie do działań małych podmiotów, które dotychczas z programu nie korzystały oraz na promowanie współpracy w dziedzinach strategicznych (związanych np. z robotyką) i włączenie społeczne. – Żeby to ułatwić, dokonamy przeglądu stawek i modelu przyznawania dotacji.

Przedstawicielka KE podkreśliła też, że propozycja Komisji nie jest ostateczna – została złożona do Rady Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Komitetu Regionów, a nad szczegółami nowych rozwiązań będą się jeszcze toczyć dyskusje.

Uczestników Kongresu interesowała jednak nie tylko przyszłość programu Erasmus+. Najwięcej miejsca poświęcono temu, jaka powinna być edukacja formalna – i kompetencje nauczycieli – by absolwenci szkół mieli pożądane przez pracodawców kompetencje i potrafili szybko nabywać nowe. Na ten temat mówili m.in. twórcy koncepcji i programu spotkania: prof. Stefan M. Kwiatkowski, rektor Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie i dyrektor FRSE dr Paweł Poszytek.

Głos zabrali również: b. szefowa Dyrekcji ds. Edukacji, Młodzieży, Sportu i Kultury Martine Reicherts oraz dr Aleksandra Przegalińska, wybitna badaczka z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i Massachusetts Institute of Technology (MIT). Gościem specjalnym była Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska.

Jak podkreśliła, sukces w kształtowaniu nowych kompetencji uczniów zależy od jakości nauczycieli. – Dlatego do końca roku chcemy przedstawić rekomendacje na temat zmian w systemie doskonalenia zawodowego nauczycieli – powiedziała szefowa MEN.

W sumie Kongres zgromadził w Warszawie ponad 800 nauczycieli, edukatorów, przedsiębiorców, polityków i naukowców. Wszystko wskazuje na to, że za rok spotkają się oni w podobnym gronie. – Już dziś mogę serdecznie zaprosić na drugą edycję – zapowiedział na koniec dyrektor FRSE dr Paweł Poszytek.

Czy szkoła dogoni postęp? Nie. Ale i tak warto ją zmieniać


Wysokość pensji jest ważna. Ale jeszcze ważniejsze jest to, czy swoją pracą można się pochwalić na Facebooku. Tak oczekiwania rozpoczynających karierę zawodową zdiagnozował Maciej Panek, prezes PANEK Car Sharing, jeden z uczestników debat w ramach I Kongresu Rozwoju Systemu Edukacji

W programie Kongresu znalazły się dwa panele, zatytułowane „Zawód i jego przyszłość” oraz „Nowa gospodarka w oczach nowych pracodawców”. Uczestnicy pierwszej z tych dyskusji zastanawiali się, czy szkoła kiedykolwiek będzie w stanie dogonić wymagania rynku pracy. Dr hab. Piotr Mikiewicz, zastępca dyrektora ds. naukowych w Instytucie Badań Edukacyjnych nie był w tej kwestii optymistą. – Szkoła zawsze będzie spóźniona – mówił. Podkreślał, że cykl kształcenia trwa co najmniej 12 lat – od rozpoczęcia nauki do wypuszczenia absolwenta na rynek pracy lub na studia. – Ten cykl zazwyczaj nie jest modyfikowany w trakcie nauki. A przez 12 lat innowacje potężnie zmieniają otoczenie, w którym zaczyna karierę absolwent – argumentował P. Mikiewicz.

Wśród panelistów panowała zgoda, że szkoły zawodowe muszą jednak starać się to opóźnienie nadrabiać – korzystając ze wsparcia biznesu. Ale czy dyrektorzy placówek mają wchodzić w porozumienia z każdą firmą chętną do współpracy? – Tylko z liderami w branży – stwierdził dr Henryk Siodmok, prezes zarządu Grupy Atlas. Jego zdaniem tylko liderzy dysponują najbardziej zaawansowanymi technologiami, z którymi mogą zaznajomić uczniów podczas staży i praktyk zawodowych. Dr inż. Krzysztof Symela, reprezentujący Instytut Technologii Eksploatacji – Państwowy Instytut Badawczy w Radomiu, zwrócił jednak uwagę, że zdecydowana większość polskich pracodawców to małe oraz średnie firmy. I nie można wykluczać ich z procesu przekazywania wiedzy.

Paneliści zgodzili się, że szkoła zawodowa powinna być bazą pod uczenie się przez całą karierę zawodową. Zbigniew Jakubas, przedsiębiorca i właściciel grupy Multico, wspominał, jak na początku obecnej dekady współzarządzany wówczas przez niego nowosądecki Newag wszedł w konsorcjum z austriacką filią Siemensa, aby dostarczyć pojazdy dla Metra Warszawskiego. – Nasi ludzie pytali: „My z Siemensem?”. Ale pojechali na szkolenie do Austrii, konsorcjum okazało się sukcesem i Newag zaczął wchodzi w kolejne, np. w Bułgarii – opowiadał Zbigniew Jakubas.

Wątek ciągłego samodoskonalenia podjęli też uczestnicy drugiego panelu („Nowa gospodarka w oczach nowych pracodawców”). – Imponuję studentom znajomością wielu języków programowania. Ale postęp jest tak szybki, że sporej ich części nie zdążyłem użyć, bo te języki zostały wyparte przez doskonalsze – stwierdził z uśmiechem Artur Wiza, wiceprezes zarządu informatycznego giganta Asseco Poland S.A.

Polskim szkołom najbardziej dostało się od Marceliny Godlewskiej, reprezentującej Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych. – Z braku prawa do popełniania błędów w sali lekcyjnej bierze się niska tolerancja pracowników na ryzyko – stwierdziła. Według Marceliny Godlewskiej, w szkole wciąż zbyt mało stawia się na wykształcanie takich umiejętności jak praca w zespole. – Ale nad powierzaniem np. grupie stażystów wspólnego projektu też trzeba mieć dobry nadzór – komentowała Joanna Podgórska, dyrektor Departamentu Innowacji i Rozwoju Biznesu w energetycznym kolosie PGNiG. – Zdarza się, że większość wykorzystuje pracę najbardziej aktywnych kolegów, a sama daje od siebie niewiele.

Zdaniem Macieja Panka, prezesa PANEK Car Sharing, młodym, którzy rozpoczynają obecnie karierę zawodową, pracowitości i chęci do samodoskonalenia nie brakuje, o ile wykonywane zajęcie jest ich pasją. – Wystrzegam się patrzących tylko na wysokość pensji – mówił prezes. Od 18 lat działa na tradycyjnym rynku wypożyczania samochodów, ale przed rokiem uruchomił nowy projekt, polegający na oddawaniu aut do dyspozycji klienta nawet na minuty – poprzez aplikację w smartfonie.

Według Macieja Panka, osoby z największym zapałem chcą pracować dla niego właśnie przy car sharingu. – Odpuszczam im kontrolę, nie patrzę na słupki. Jeśli sypią różnymi pomysłami na rozwój firmy, pozwalam je realizować. Wiem, że któryś z nich przełoży się na pozyskanie nowych klientów – mówił. Ekspert od dzielenia się autami podzielił się też radą dla polskiej szkoły: „Mniej nauki recytacji, więcej nauki samodzielności”.

Ekstraklasa walki z korupcją


Jaki sens miałby mundial w Rosji, gdyby o wynikach eliminacji czy finałów decydowały machlojki piłkarzy i bukmacherów? Program Erasmus+ Sport daje szansę na ograniczenie skali tego typu zjawisk

Temat korupcji w sporcie – w szczególności w piłce nożnej – powraca regularnie od lat. – Środowisko futbolowe w Polsce wciąż pamięta czasy ogromnej afery, która nadal w jakimś sensie ciąży nad ligą – przyznaje Jan Kordasiewicz, doradca Zarządu Ekstraklasy SA, spółki prowadzącej najwyższy szczebel piłkarskich rozgrywek ligowych w Polsce.

Wspomniana afera wybuchła w 2004 r. – okazało się wówczas, że piłkarze, działacze i sędziowie ustawili wyniki ponad stu spotkań ligowych. Łapówki decydowały nie tylko o tym, kto wygra dany mecz, ale też awansuje do wyższej ligi czy spadnie. Pieniądze pod stołem przyjmowali byli reprezentanci, międzynarodowi sędziowie i znani trenerzy. Skala procederu była zdecydowanie większa niż można było przypuszczać – w wyniku śledztwa zarzuty postawiono przeszło 600 osobom, choć jeszcze rok przed wybuchem afery ustawianie wyników meczów w myśl Kodeksu karnego nie było przestępstwem.

Choć zaostrzenie prawa przyniosło pewne efekty, futbolowi działacze nie mają wątpliwości, że równocześnie niezbędna jest profilaktyka. Dlatego właśnie zainteresowali się programem Erasmus+ Sport. Program ten, uruchomiony w 2014 r., dofinansowuje trzy typy działań: międzynarodową współpracę partnerską, współpracę partnerską na mniejszą skalę oraz niekomercyjne europejskie wydarzenia sportowe.

Nie bądź pionkiem Walka z ustawianiem wyników zawodów sportowych może być celem projektu realizowanego w pierwszej z wymienionych kategorii. Ekstraklasa SA wykorzystała okazję – poprzez kontrolowaną przez siebie Fundację Ekstraklasy złożyła wniosek i w ramach wielostronnego partnerstwa realizuje projekt Against Match Fixing – European Research & Education Program. Jan Kordasiewicz jest jego koordynatorem. – Idea przedsięwzięcia polega na profilaktyce – podkreśla.

Poza Fundacją Ekstraklasy w projekcie udział bierze siedem innych instytucji, są to m.in. uczelnie wyższe, ale – co ciekawe – również podmioty reprezentujące środowisko bukmacherów. – Prawo dotyczące tej branży jest w Polsce bardzo restrykcyjne, ale trudno się temu dziwić. Zakłady online tylko zwiększyły problem ustawiania wyników meczów sportowych. Sam fakt, że można obstawiać nawet takie zdarzenia, jak liczbę żółtych kartek pokazanych przez sędziego tylko potęguje problem, bo jest pokusą dla zawodników i arbitrów – zauważa Kordasiewicz. Doradca zarządu Ekstraklasy SA przekonuje jednocześnie, że legalnym bukmacherom zależy, by zawody sportowe odbywały się uczciwie.

Projekt Ekstraklasy SA dotyczy jednak również pozafinansowych motywacji ustawiania wyników sportowych. Jakie to motywacje? – Możemy wymienić ich przynajmniej kilka: szantaż, potrzeba akceptacji, barter, złe intencje oraz obawa zmian. Korupcja i bukmacherka związane są oczywiście z pieniędzmi, jednak naszym zdaniem w profilaktyce ustawiania meczów ważne są wszystkie wcześniej wymienione aspekty – mówi Kordasiewicz.

Projekt Against Match Fixing… nie był pierwszym podejściem Ekstraklasy SA do programu Erasmus+ Sport. – Wcześniej złożyliśmy wniosek w partnerstwie z zawodowymi ligami piłki nożnej z Danii i Szwecji. Dofinansowanie uzyskaliśmy jednak dopiero wtedy, gdy rozbudowaliśmy partnerstwo o podmioty o innym profilu działalności – dodaje Jan Kordasiewicz. – Wspólnie z Ministerstwem Sportu i Turystyki,

Komendą Główną Policji oraz Polskim Związkiem Piłki Nożnej prowadzimy też m.in. warsztaty szkoleniowe pod hasłem Nie bądź pionkiem w grze. Co roku kilkaset osób jest szkolonych w zakresie przeciwdziałania korupcji i uświadamiania zagrożeń związanych z obstawianiem wyników sportowych. Przedsięwzięcie realizowane ze środków programu Erasmus+ Sport jest więc naturalną konsekwencją naszych krajowych działań – przekonuje.

300 szkoleń w 15 krajach Unijny projekt zainaugurowała duża konferencja, na której przedstawiono jego podstawowe założenia oraz cele, jakie partnerzy zamierzają osiągnąć. W początkowej fazie przedsięwzięcia przedstawiciele wszystkich podmiotów analizują w ramach legal teams systemy prawne kilkunastu krajów oraz badają studium przypadków. – Chcemy sprawdzić, jakie są przyczyny – poza tradycyjną korupcją – działań fixingowych, czyli mających na celu ustawienie wyników sportowych. Poziom korupcji badano już wielokrotnie. Uważamy, że pora zbadać coś więcej – kontynuuje Kordasiewicz.

Po analizie zagadnień prawnych powstanie szczegółowa ankieta badawcza, w której na pytania dotyczące ustawiania meczów odpowiedzą zawodnicy, ich rodziny, menedżerowie oraz działacze piłkarscy – w sumie około tysiąca osób. Uzyskane w ten sposób dane zostaną wykorzystane do stworzenia innowacyjnego programu szkoleniowego dostępnego na platformie e-learningowej oraz w aplikacji mobilnej, dostępnej w ośmiu językach. Program uwzględni wszystkie oblicza fixingu, a grupą docelową będą nie tylko zawodnicy.

– Naszym zdaniem koncentrowanie się wyłącznie na piłkarzach oznacza marginalizowanie problemu. Chcemy dotrzećrównież do osób z otoczenia graczy – zaznacza koordynator. Jak wyjaśnia, ważne role w procesie kształtowania postaw zawodników odgrywają rodzice, trenerzy oraz menedżerowie. Wypracowane rezultaty mają być skierowane również do nich.

Jako rezultat projektu powstanie też praktyczny poradnik dla zawodników, trenerów, kadry pozasportowej oraz rodzin, wskazujący na zagrożenia związane z fixingiem i opisujący konsekwencje nieuczciwych działań. – Ponadto przeprowadzimy około 300 szkoleń w formie telekonferencji z grupami zawodników z 15 krajów Unii Europejskiej. Tutaj szczególny nacisk położymy na grupy młodzieżowe – podkreśla Kordasiewicz.

O czystość sportu Przedstawiciele Ekstraklasy nie ukrywają, że czystość gry jest dla nich priorytetem również z uwagi na sponsorów, którzy w żadnym wypadku nie chcą być kojarzeni z korupcją. – Często porównuje się oszustwo korupcyjne do oszustwa dopingowego – mówi Kordasiewicz. – O ile można powiedzieć, że doping stosuje się po to, aby wygrać, tak z reguły ustawianie wyników polega na tym, żeby przegrać – ale na tym zarobić. Zaburza to więc całą filozofię sportu i zdrowej rywalizacji – dodaje.

Prognozowany zasięg projektu (50 tys. użytkowników platformy online) pozwala sądzić, że inicjatywa Ekstraklasy ma szansę wpłynąć na postawy dużej części adeptów piłkarstwa już na wczesnym etapie ich kariery. – Zdajemy sobie sprawę, że głośne mówienie o problemie fixingu nie wpływa dobrze na wizerunek naszego sportu. Ale z drugiej strony – wszyscy wiemy, że problem ten wciąż istnieje. Nie mamy więc innego wyjścia, musimy to robić. Zwycięzca zawsze powinien być wyłaniany w uczciwej, sportowej rywalizacji – nieważne, czy mówimy o mundialu, czy lokalnej lidze amatorów – stwierdza Kordasiewicz. •

Związek z przyszłością


Szkoły zawodowe powinny współpracować z pracodawcami przy kształceniu młodzieży. Dla wszystkich jest to oczywiste, tymczasem realizacja tego postulatu nie idzie tak szybko, jak by wszyscy chcieli. Co przeszkadza?

Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, aż 40 proc. absolwentów szkół zawodowych ma problemy ze znalezieniem zatrudnienia, a przecież pracodawcy wciąż narzekają na brak wykwalifikowanych rąk do pracy. W zgodnej opinii zainteresowanych wyjście z tej sytuacji prowadzi przez ścisłą współpracę szkół z przedsiębiorstwami – tylko wówczas uda się wykształcić młodych ludzi w taki sposób, by firmy z miejsca chciały ich zatrudniać. Skoro rozwiązanie jest znane, to co stoi na przeszkodzie, aby wprowadzić je w życie?

Według dyrektorów szkół zawodowych, problemów we współpracy jest bardzo wiele. Dostrzegają je nawet ci, którzy z powodzeniem współpracują z lokalnymi przedsiębiorcami. W Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Sosnowcu od lat działają klasy patronackie, a mimo to jego wicedyrektor Zbigniew Zalas nie ma wątpliwości, że wiele kwestii prawnych i organizacyjnych wciąż wymaga uregulowania. – Krokiem w dobrym kierunku byłaby na przykład zachęta finansowa dla potencjalnych nauczycieli kształcenia w zawodzie. Obecna kadra bliska jest wieku emerytalnego, a następców nie widać – zauważa.

Na inny problem zwraca uwagę Adam Hubicki, wicedyrektor Zespołu Szkół Rolniczych w Namysłowie. – Należy znaleźć takie instrumenty, które zachęcą pracodawców do intensywniejszej współpracy ze szkołami. Właściciele firm narzekają, że nie mają czasu, aby zająć się procesem dydaktycznym podczas praktyk zawodowych – dodaje.

Czy oznacza to, że – jak w znanej maksymie – skoro nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze? Niekoniecznie. Joanna Żebrowska, dyrektor Zespołu Szkół nr 7 w Tychach mówi, że największą przeszkodą systemową, która blokuje rozwój kształcenia praktycznego, jest fakt, że nie sposób w jednakowy sposób podejść do każdego zawodu. – Inaczej wyglądać będzie współpraca z pracodawcami w tzw. ciężkich zawodach, gdzie możliwe są klasy patronackie, a inaczej z rzemieślnikami czy małymi firmami rodzinnymi. Zastosowanie jednego rozwiązania we wszystkich zawodach będzie niezwykle trudne – przekonuje.

Zebranie wszystkich postulatów szefów placówek edukacyjnych będzie zadaniem powołanej właśnie przez MEN Rady Dyrektorów Szkół Zawodowych. Członkowie tego gremium mają proponować zmiany w kształceniu zawodowym i wspierać w tym zakresie ministerstwo i kuratoria. Pierwsze spotkanie Rady – współorganizowane przez Fundację Rozwoju Systemu Edukacji – odbyło się na początku stycznia, kolejne dwa w lutym.

Przedstawiciele MEN zapewniają jednak, że Rada nie będzie jedynym sposobem na zacieśnienie współpracy między edukacją i biznesem. Zgodnie z zapowiedziami Piotra Bartosiaka, zastępcy dyrektora Departamentu Strategii, Kwalifikacji i Kształcenia Zawodowego MEN, planowane jest współdziałanie z przedsiębiorcami już na etapie programowania kształcenia. W ograniczeniu liczby bezrobotnych absolwentów pomóc ma m.in. wspólne określanie zapotrzebowania na zawody, umiejętności i kwalifikacje.

Jak przekonać pracodawców do współdziałania? – Oni muszą mieć świadomość, że im lepiej wykształceni absolwenci, tym większe korzyści osiągną wszystkie strony zaangażowane w proces kształcenia. Czas poświęcony na przygotowanie nowych kadr przyniesie wymierne efekty w późniejszej rekrutacji pracowników – mówi Beata Rzepiela, dyrektor Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Nowym Sączu.

MEN przekonuje, że pierwsze oznaki zmian w podejściu pracodawców już widać. Dobre wzorce w tym zakresie wyznaczają m.in. spółki Skarbu Państwa, takie jak: Grupa Azoty czy Polska Grupa Energetyczna. – Grupa Kapitałowa PGE od lat angażuje się w realizację licznych programów edukacyjnych. Celem jest niwelowanie luki pokoleniowej wśród pracowników sektora energetycznego oraz kształcenie nowych kadr z kompetencjami i wiedzą w zakresie m.in. odnawialnych źródeł energii – mówi Maciej Gelberg z Biura Komunikacji Korporacyjnej PGE Energia Odnawialna S.A.

Według ekspertów, współpraca pracodawców ze szkołami zawodowymi będzie miała sens tylko wtedy, gdy obie strony „odrobią lekcje” na wcześniejszym etapie i wspólnie opracują kierunki kształcenia. W całym kraju wciąż nie brakuje szkół zawodowych, w których kształci się w zawodach tracących popularność lub zbędnych w danym regionie. Do starostów trafić ma więc jasny komunikat: musicie dostosować szkolnictwo do trendów i potrzeb. Pomóc ma specjalna platforma online, na której możliwe będzie uzyskanie informacji na temat przyszłego rynkowego zapotrzebowania na dane profesje. Platforma będzie korzystała m.in. z danych Głównego Urzędu Statystycznego, aby możliwe było stworzenie miarodajnej perspektywy na kilka lat. Organy prowadzące szkoły uzyskają podpowiedź, na które kierunki kształcenia postawić, a uczniowie zwiększą swoje szanse na znalezienie pracy.

O tym, czy postulaty członków Rady Dyrektorów okażą się skuteczne, dowiemy się pewnie za kilkanaście miesięcy. Tyle czasu może potrwać wprowadzenie konkretnych rozwiązań prawnych czy finansowych. Szybciej można spopularyzować rozwiązania organizacyjne, niewymagające dodatkowych środków. Czasem wystarczy po prostu rozejrzeć się wokół siebie i skopiować najlepsze pomysły. Ostatecznie skorzystają na tym wszyscy. – Uczeń, który realizował staż u pracodawcy, po zakończeniu edukacji nie potrzebuje tak długiego czasu adaptacji, jak nowy pracownik. Z kolei pracodawca, który może obserwować przyszłego pracownika praktycznie przez cztery lata, może go zatrudnić bez większego ryzyka: bo wie już, że kandydat ma odpowiednią wiedzę, umiejętności i kompetencje. To się wszystkim opłaca – podsumowuje Zbigniew Zalas z CKZiU w Sosnowcu.

Fot. Department for Business, Innovation and Skills/flickr.com/CC
Rekordowy nabór wniosków

Aż 1069 wniosków wpłynęło w tym roku na konkurs o dofinansowanie projektów realizowanych w sektorze Kształcenie i szkolenia zawodowe programu Erasmus+. Tak dużej liczby zgłoszeń nie było jeszcze nigdy w historii. Mało tego – Polska jest jednym z niewielu państw, w których od początku programu liczba złożonych wniosków nieustannie rośnie. Podobną tendencję możemy zaobserwować jedynie w Grecji oraz na Węgrzech i Cyprze.

Liczba zgłoszonych w tym roku wniosków daje nam drugie miejsce w Europie – ustępujemy jedynie Turcji (2450), natomiast za nami znalazły się m.in. Hiszpania (630), Niemcy (618) oraz Francja (531). W porównaniu z 2014 rokiem, kiedy nastąpiła inauguracja programu, liczba aplikacji składanych w Polsce wzrosła prawie o 50 proc. (2014 r. – 559). Podobny wzrost ilościowy nie wystąpił nigdzie w Europie.

Pomysł z nutą EKStrawagancji


Europejski Korpus Solidarności (EKS) nie ruszy – jak wcześniej planowano – w styczniu 2018 r. Mimo wielomiesięcznych dyskusji na poziomie Komisji Europejskiej nie doszło do porozumienia co do ostatecznego kształtu nowej inicjatywy.

Jeszcze pod koniec listopada wszystko wydawało się jasne: Europejski Korpus Solidarności – nowa inicjatywa Komisji Europejskiej – miała dawać możliwość realizacji działań opartych na wolontariacie lub projektów o profilu zawodowym. Młodzi ludzie mieli zyskać możliwość angażowania się w charakterze wolontariuszy, pracowników lub stażystów w organizacjach działających w tzw. sektorze solidarności, w kraju lub za granicą. Powrócić miały również znane beneficjentom programu „Młodzież w działaniu” inicjatywy lokalne, tym razem pod szyldem Projektów Solidarności. Wydawało się, że taki kształt programu będzie miał więcej zwolenników niż przeciwników i ruszy od 1 stycznia 2018 roku. Tak się jednak nie stanie.

Które kwestie wzbudziły kontrowersje?

Przede wszystkim pomysł, by Europejski Korpus Solidarności objął – oprócz wolontariatu – fundusze na miejsca pracy i staże. Takiego rozwiązania program edukacji pozaformalnej skierowany do młodzieży nigdy jeszcze nie oferował. Wprowadzenie filaru zawodowego do EKS umożliwiłoby młodym Europejczykom zdobycie cennego doświadczenia, rozwijanie kompetencji i umiejętności w sferze solidarności społecznej. Jednak środki, które zaplanowano na filar zawodowy są zbyt małe, aby działanie to miało istotny wpływ na rynek pracy i młodzież. Krytykowane są również wymagania programu wobec organizacji oferujących miejsca pracy i stażu – określa się je jako niewspółmierne do poziomu proponowanego dofinansowania projektów.

Wątpliwości budzi również fakt, że Komisja nie wprowadziła w podstawie programowej ścisłych definicji, umożliwiających rozgraniczenie pracy w charakterze wolontariusza i pracownika. W dokumentach znalazły się tylko ogólne stwierdzenia, co – zdaniem krytyków – dałoby pole do stosowania tych form niezgodnie z ich przeznaczeniem, np. przez wprowadzenie do organizacji wolontariusza, który wyręczałby w obowiązkach zwykłego pracownika.

Jest też inny problem prawny. W przypadku miejsc pracy unijne regulacje muszą uwzględniać specyfikę krajowych przepisów prawa pracy. Tymczasem okazało się, że wprowadzenie filaru zawodowego w proponowanej formie w niektórych państwach byłoby niemożliwe, np. ze względu na brak w krajowym prawodawstwie pojęcia „staż”. Wydaje się, że Komisja Europejska nie sprawdziła dokładnie, jakie konsekwencje na gruncie prawa państw członkowskich może mieć wprowadzenie tego formatu. W dodatku próbowano oprzeć jego funkcjonowanie na zasadach takich jak w Wolontariacie Europejskim, przewidując np. wymóg uzyskania akredytacji przez organizacje oferujące miejsca pracy/stażu, oraz szkolenia dla stażystów podobne do tych planowanych dla wolontariuszy.

Wprowadzenie do programu ścieżki zawodowej wydaje się najbardziej gorącą kwestią dyskutowaną w Brukseli. Mimo że sama idea jest dobra, być może sposób i charakter proponowanych rozwiązań nie zostały do końca przemyślane, a wątpliwości przeważyły możliwe korzyści.

Inną kwestią, która wzbudziła dyskusję, jest umożliwienie finansowania działań krajowych w zakresie wolontariatu, pracy i staży. Argumentów „za” nie brakuje: przedsięwzięcia takie pomogłyby w integracji młodzieży z mniejszymi szansami, która jest ważną grupą docelową programu. Rozwiązanie to byłoby dobre szczególnie dla państw, które borykają się z problemem imigracji – jest w nich dużo młodych ludzi, dla których nie ma żadnej oferty. Ich udział w wolontariacie, czy możliwość pracy i stażu pod szyldem Europejskiego Korpusu Solidarności z pewnością pomógłby w lepszej integracji.

Z drugiej strony istnieje jednak obawa, że w niektórych państwach program finansowałby tylko działania krajowe, a tym samym straciłby swój europejski wymiar. W krajach, w których nie ma narodowego programu wolontariatu, np. w Polsce, organizacje mogłyby potraktować EKS jak źródło finansowania działań krajowych, jako łatwiejszych w realizacji.

Ostatnim tematem, który poróżnił ekspertów jest zasięg geograficzny programu, a więc ograniczenie go tylko do krajów Unii Europejskiej. Wolontariat Europejski, na którym bazuje Europejski Korpus Solidarności jest programem otwartym na wiele regionów, w których wolontariusze mogą realizować swoje działania. Jest to widoczny i rozpoznawalny program europejski realizowany od 20 lat w wielu państwach Europy, Basenu Morza Śródziemnego, Europy Wschodniej i Kaukazu, a także w Azji i Ameryce Południowej. Korpus – według planów – miał stać się programem czysto europejskim.

Co dalej?

Czy zatem przyszłość Europejskiego Korpusu Solidarności jest zagrożona? Kiedy organizacje i młodzież będą mogły korzystać z nowej inicjatywy? Nie jest źle. Mimo że oficjalne uruchomienie programu nastąpi nie wcześniej niż w połowie 2018 r., projekty pod szyldem Europejskiego Korpusu Solidarności będą realizowane w ramach Erasmusa+ – tam bowiem zostaną przetransferowane środki przeznaczone na Korpus. Możliwa będzie realizacja projektów wolontariackich z udziałem państw Unii Europejskiej. Jak dokładnie będzie wyglądał nowy wolontariat w ramach Erasmusa+, tego jednak nie wiadomo. Mamy nadzieję, że organizacje będą mogły ze spokojem zaplanować swoje działania na 2018 r. z wykorzystaniem środków przeznaczonych na Europejski Korpus Solidarności, bazując na rozwiązaniach stosowanych w Wolontariacie Europejskim. Komisja Europejska natomiast dobrze wykorzysta czas, aby dopracować ostateczny kształt nowego programu. Mimo wszystkich pojawiających się wątpliwości na start EKS czekamy z dużą niecierpliwością.

Po co nam EKS?

Celem Europejskiego Korpusu Solidarności jest zwiększenie zaangażowania osób młodych i organizacji w dostępne działania solidarnościowe wysokiej jakości, będące jednym ze sposobów wzmocnienia spójności i solidarności w Europie, wspierania społeczności oraz reagowania na wyzwania społeczne.

Jakie plany miała Komisja (stan na początek grudnia 2018 r.)

Wolontariat w ramach programu Erasmus+:

  • środki finansowe z Erasmusa+ pomniejszone o środki przekazane na Europejski Korpus Solidarności;
  • wiek uczestników 17-30 lat;
  • działania indywidualne i grupowe;
  • współpraca tylko z sąsiadującymi krajami partnerskimi i krajami programu nienależącymi do UE.

Wolontariat w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności:

  • środki pozyskane w większości z innych programów (głównie z Erasmusa+ i Europejskiego Funduszu Społecznego);
  • działania tylko z krajami członkowskimi UE;
  • wiek uczestników 18-30 lat;
  • znak jakości – nowy system akredytacji (dwie role: organizacja goszcząca i wspierająca);
  • platforma PASS;
  • uczestnicy projektów zrzeszeni w międzynarodowej społeczności.