Z Nicei do ziemi obiecanej


W połowie marca powrót do Polski swoim studentom przebywającym za granicą zaleciły największe łódzkie uczelnie. Na wyjazdach w ramach programów wymiany międzynarodowej przebywało wtedy prawie pół tysiąca młodych ludzi, większość – z Erasmusa+

Do południowej Francji w ramach programu Erasmus+ pojechała na semestr letni Izabella Mioduszewska, studentka zarządzania i inżynierii produkcji na Politechnice Łódzkiej.
– Moja uczelnia już 11 marca przesłała informację ze zgodą na powrót z zagranicy. Ale we Francji szkoły wyższe były jeszcze otwarte i nie znam nikogo, kto wracał wtedy z Nicei do Polski – opowiada.

Sytuacja zmieniła się 16 marca, gdy prezydent Francji ogłosił „wojnę zdrowotną” – łącznie z ograniczeniem wyjść do tych najbardziej koniecznych, np. po zakupy.
– Wtedy zajęć już nie było. Uznałam, że skoro trzeba siedzieć w izolacji, to lepiej w Polsce. I czekałam na wiadomości o możliwości powrotu w ramach akcji #LOTdoDomu – wspomina łodzianka.

Grupce Polaków przebywających w Nicei polski konsul we Francji doradził mailowo, że jednak najlepiej będzie dotrzeć tanią linią do lotniska Schönefeld pod Berlinem. Stamtąd pojechać pociągiem do naszej granicy i przekroczyć ją pieszo, by uniknąć korków. Izabella Mioduszewska, z kolegą i koleżanką, dostosowała się do tej rady. W nocy z 19 na 20 marca grupka z Nicei przedostała się do Polski.

– Służba graniczna sprawdzała temperaturę ciała, wypełniliśmy karty na kwarantannę, nawet można było dostać bułkę i wodę. Po polskiej stronie czekała na nas mama kolegi, która samochodem porozwoziła nas po domach – wspomina Izabella. Ale, mimo powrotu z Nicei, formalnie nie przerwała swojego semestru w ramach programu
Erasmus+.

– Część przedmiotów francuska uczelnia zalicza za napisanie esejów, inne za egzaminy przez komunikator Skype – opowiada łodzianka. – Da się to wszystko ułożyć, ale mam żal, że musiałam wyjechać. Większość miejsc, które chciałam zobaczyć we Francji, zostawiałam sobie na kwiecień, gdy zaczyna się najpiękniejsza pogoda. A zgodnie z zasadą „jeden wyjazd na jeden cykl studiów” już na Erasmusa nie pojadę, za rok zostanę magistrem…

Zdjęcie: archiwum prywatne IM

Tęsknię za plażami w Walencji


Justyna Milka (26 lat), studentka drugiego roku studiów magisterskich na kierunku management (studia w języku angielskim) na Politechnice Łódzkiej

Pakuję w walizkę zimowe ciuchy: grube kurtki, swetry, czapki, rękawiczki… Zostawię je u rodziców w Polsce, do których planuję pojechać na tydzień w odwiedziny. W Hiszpanii, gdzie teraz przebywam, zaczęła się wiosna. Przede mną drugi semestr w ramach Erasmusa+ na Politechnice w Walencji (UPV). Jestem tu na rocznej wymianie. Marzec to szczytowy moment Erasmusa+: już wszyscy się znamy i jest nam ze sobą dobrze. Wiemy, czego oczekują od nas na uczelni, za oknem piękna pogoda, więc można planować kolejne weekendy, bawić się i zwiedzać. W Hiszpanii mówią, że to początek sezonu letniego. Jeszcze w sobotę, 7 marca, świętuję ze znajomymi swoje 26. urodziny.

Następnego dnia pojawia się coraz więcej niepokojących wieści. Szybka decyzja. Kupuję bilet na najbliższy lot do Polski. W Hiszpanii są pierwsze ofiary koronawirusa, w szybkim tempie przybywa zakażonych. Myślę sobie: nie ma co panikować, sytuacja zaraz wróci do normy, ale lepiej najbliższy czas spędzić z rodzicami.

Idealnie się składa, bo akurat uczelnia daje wszystkim wolne z powodu festiwalu Fallas. To największe święto Walencji, które odbywa się tu od kilkuset lat. Zaczyna się pod koniec lutego i trwa do połowy marca. Najciekawsze atrakcje dzieją się w ostatnim tygodniu. Na Fallas ściągają turyści z całej Europy.

Na ulicach jest głośno i kolorowo, w knajpkach i na placach ludzie bawią się razem do rana. Jeszcze przed wyjazdem do Polski, pod koniec lutego, biorę udział w wyborach królowej fiesty, tzw. fallery. Zabawa jest świetna, tańcuję z innymi dziewczynami ubrana w regionalny strój. Chcę poznać tę kulturę, bo drugiej szansy mogę nie dostać.

Do Polski docieram dwa dni przed zamknięciem granic. Mam więcej szczęścia niż znajomi, którzy przylatują do kraju kilka dni później i muszą odbyć 14-dniową kwarantannę. Od razu zdaję sobie sprawę, że dla mnie przygoda w Hiszpanii się skończyła. Ten bardziej słoneczny semestr spędzę w Polsce. Mam sygnały od znajomych, że odwołują finał festiwalu Fallas. Z uczelni w Walencji dostaję informację, że zamykają UPV, a zajęcia do końca roku akademickiego mają odbywać się zdalnie. Wykładowcy zasługują na pochwałę: są wyrozumiali, kontaktują się z nami bez problemu i mają przygotowane dla nas materiały w formie elektronicznej. Egzaminy końcowe też będą online. No i obrona magisterki. Jakoś się tym nie stresuję. Co za różnica, czy będę prezentować swoją pracę w sali wykładowej, czy przed monitorem komputera.

Teraz muszę pomyśleć o odzyskaniu rzeczy, które zostały w Walencji. 80-metrowe mieszkanie w dzielnicy studenckiej wynajmuję z trójką Hiszpanów. Klucze wysyłam do nich kurierem. Oni w zamian pakują moje rzeczy do plecaka i trzech wielkich toreb. Znajduję firmę przewozową z Polski. Kierowca jedzie z Hiszpanii przez pół Europy do wsi Dobrzelin pod Kutnem. Torby i plecak dostaję pod drzwi.

Jakiś czas później dowiaduję się, że linie lotnicze mogą nie wznowić lotów do Hiszpanii aż do października. Tymczasem koleżanka z Walencji dzwoni, że mają 30 stopni i wreszcie pozwolono im wyjść z domu. Zaczynam tęsknić za stylem życia Hiszpanów: beztroska, gwar w knajpach, imprezy, nasze weekendowe wypady pociągiem w góry, by podziwiać panoramę, oglądać zamki, słuchać szumu wodospadu… Cały czas mam zaznaczonych na mapie wiele punktów, które ze znajomymi z Erasmusa chcemy zobaczyć. Bo w Walencji prawie nie rozmawialiśmy o koronawirusie. Naszą przyjemnością było planowanie. Chcieliśmy wynająć samochód, żeby zrobić objazdówkę po Alicante, mieliśmy ustalić, kiedy polecimy na Majorkę, a kiedy do Portugalii.

Jestem pewna, że kiedyś tam wrócę.
Wysłuchał Michał Radkowski – korespondent FRSE

Bez lęku o edukację. Warszawa
Przed dylematem „co dalej?”stanęło kilkuset studentów warszawskich uniwersytetów, którzy w momencie wybuchu pandemii brali udział w zajęciach na zagranicznych uczelniach w ramach programu Erasmus+.

Decyzja „zostać czy wrócić” nie była łatwa – jest się w obcym kraju, medialne doniesienia pełne są alarmistycznych komunikatów, rodzina i przyjaciele się martwią, przyszłość jest niepewna, sytuacja napięta. Z tym wszystkim musiało się zmierzyć prawie 850 osób, z których znaczna część przebywała w Hiszpanii i Włoszech. Do Polski zdecydowała się wrócić niewiele ponad jedna czwarta.
To efekt wsparcia, jakie uczestnicy programu Erasmus+ dostali od polskich uczelni i ich zagranicznych partnerów. I nie chodzi tylko o szybkie uruchomienie zajęć online czy przekazywanie informacji na temat obostrzeń i zaleceń związanych z decyzjami poszczególnych rządów. Każda z uczelni wspierała studentów w ich decyzjach i pozostawała z nimi w stałym kontakcie. Uniwersytet SWPS utworzył Zespół ds. reagowania na zagrożenia epidemiologiczne, którego zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa studentom, także tym przebywającym za granicą. – Mogli oni też w każdej chwili skorzystać z pomocy psychologicznej online – dodaje Katarzyna Tulkis-Błesnowska, koordynatorka programu

Erasmus+ na Uniwersytecie SWPS.
Studenci, którzy zdecydowali się na powrót do Polski, w większości uczestniczą w zajęciach przez internet i planują wrócić na wymianę. Zaledwie kilkanaście osób przerwało udział w programie. – Mam nadzieję, że jego popularność po pandemii nie spadnie, bo nie znikną przecież ludzkie potrzeby poznawania innych krajów, kultur i języków – mówi Katarzyna Tulkis-Błesnowska. Większość koordynatorek programu podkreśla, że nie obserwuje wyraźnego spadku zainteresowania wyjazdem na zagraniczną uczelnię. Niekiedy wręcz, jak w przypadku Uniwersytetu Warszawskiego, deklaracji jest nawet więcej. Wygląda na to, że chęć zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów są bardziej zaraźliwe niż koronawirus.
Jędrzej Dudkiewicz – korespondent FRSE

Zdjęcie: archiwum prywatne JM

Efekt motyla


Rok akademicki 2019/2020. Tysiące studentów w Europie przygotowują się do wyjazdu na zagraniczne uczelnie w ramach programu Erasmus+. Nie wiedzą, że w stolicy jednej z chińskich prowincji pali się lont, który sprawi, że ich plany wylecą w powietrze

Chiny, Wuhan. Miasto w centrum kraju, ponad 11 mln mieszkańców. W szpitalu centralnym lekarz Li Wenliang zapoznaje się z raportem na temat pacjenta, u którego objawy zbliżone są do tych, jakie wywołuje wirus SARS, m.in.: wysoka gorączka, kaszel, bóle mięśni. W 2003 roku podczas epidemii SARS (trwającej osiem miesięcy) zanotowano 8096 przypadków zakażenia, zmarło 812 osób. Wenliang łączy fakty, porównuje objawy u innych pacjentów. Przeczuwa najgorsze. Jest 31 grudnia 2019 roku. W kolejnych dniach chińscy naukowcy odkrywają, że przyczyną ostrego zapalenia płuc w Wuhan jest nowy rodzaj koronawirusa. 23 stycznia 2020 roku liczba potwierdzonych przypadków zarażeń wzrasta do ponad 500, a ofiar śmiertelnych do 17, władze decydują się zamknąć miasto. Temat epidemii trafia na nagłówki światowych mediów. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oficjalnie nazywa chorobę wywoływaną przez koronawirusa COVID-19 (akronim od coronavirus disease 2019).

Hongkong. Od początku roku na The Education University of Hong Kong przebywa Beata Krzywosz-Rynkiewicz, profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, stypendystka Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER). Jeszcze się nie spodziewa, że będzie towarzyszyła swoim kolegom, naukowcom i studentom w jednym z największych kryzysów, jaki dotknął Hongkong w ostatnich kilkudziesięciu latach. Z zagrożenia zdaje sobie sprawę dopiero na zajęciach. – Kiedy weszłam do sali wykładowej, natychmiast zaoferowano mi płyn dezynfekujący i maskę. Gdy zaczęłam tłumaczyć, że prawdopodobieństwo zakażenia z powietrza jest minimalne, więc ja zakażenia się nie obawiam, usłyszałam zdecydowaną odpowiedź: „Nie chodzi tylko o to, że ty możesz się zarazić, ale też o to, że gdybyś była nosicielem, zarażałabyś innych”. Zrozumiałam, że ta sytuacja nie skończy się szybko – wspomina. Władze w Hongkongu zamykają uniwersytety
25 stycznia. Uczelnia szybko wprowadza tryb nauczania online. Dzięki doświadczeniu wyniesionemu z poprzednich epidemii i wielkiej dyscyplinie mieszkańców, w 7,5-milionowym mieście notuje się tylko dwa-trzy zachorowania dziennie. Uczelnia profesor Krzywosz-Rynkiewicz pustoszeje. Zdecydowana większość kolegów z pracy wyjechała lub zrobi to lada dzień. Epicentrum pandemii przenosi się do Europy.

Włochy. 19 lutego 2020 r. na stadionie San Siro w Mediolanie odbywa się mecz Ligi Mistrzów Atalanty z Valencią. Do Mediolanu przyjeżdża 40 tys. kibiców z Bergamo. Kilka tygodni później dowiedzą się, że wzięli udział w jednym wielkim korona-party. Mecz przyczynia się do gwałtownego rozwoju epidemii w Mediolanie i Bergamo. 23 lutego 2020 r.
władze regionu zamykają dziesięć najbardziej dotkniętych epidemią miasteczek w północnych Włoszech. Zostają odwołane wydarzenia publiczne. W Polsce Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego informuje, że „w ramach programu Erasmus+ we Włoszech przebywa 603 polskich studentów oraz 15 pracowników akademickich”. Wśród nich jest Mateusz Kalfas, student Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, który od 5 lutego przebywa na wymianie na Uniwersytecie w Bergamo w Lombardii. Na własne oczy obserwuje, jak wybucha koronawirusowe piekło. – Zacząłem uczęszczać na wykłady i jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że będzie to zarazem mój pierwszy i ostatni tydzień zajęć na uniwersytecie – wspomina Kalfas. – Mimo oficjalnych zaleceń życie toczyło się normalnie. W mieście przebywało wiele osób, w restauracjach i pubach tłoczyli się ludzie – dodaje.

Z dnia na dzień sytuacja staje się jednak coraz poważniejsza. Władze regionu wprowadzają tak zwane czerwone strefy. 8 marca obejmują Bergamo, dwa dni później już całe Włochy. Przemieszczać można się tylko w sytuacjach wyższej konieczności. Bilans danych tego dnia to ponad 9 tys. zakażonych i 460 zgonów. – Uniwersytet został zamknięty szybko. Uczelnia potrzebowała chwili na organizację. Od tego czasu wszystkie zajęcia odbywają się w trybie online i działa to całkiem dobrze, egzaminy również zostaną przeprowadzone w ten sam sposób – wyjaśnia Kalfas.

Epidemia rozlewa się na całe Włochy: od Lombardii, przez Toskanię, do Sycylii. Na południu kraju, w Salerno, w ramach Erasmusa+ przebywa Bartłomiej Kamiński, student Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Momentem kluczowym było wprowadzenie czerwonej strefy na terytorium Włoch. Zgiełk na ulicach Salerno ucichł. Mieszkańcy zaczęli zakładać maseczki, w sklepie zaczynało brakować produktów, jeździły radiowozy. Tego samego dnia wyszedłem z mieszkania, aby trochę pobiegać. Byłem pewien, że było to zgodne z prawem. Nagle zatrzymali mnie funkcjonariusze Korpusu Karabinierów. Zrozumiałem, że natychmiast powinienem udać się
do domu. Wtedy zdałem sobie sprawę z trudności życia w państwie, którego przepisów nie znam. Nie byłem pewny, co mogę, a czego nie – wyjaśnia Kamiński. Zaczął myśleć o zakończeniu programu i powrocie do Polski. W połowie marca we Włoszech liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa wynosi już 3405 i przekracza liczbę zmarłych w Chinach. Coraz bardziej dramatyczna staje się też sytuacja w Hiszpanii.

Hiszpania. 20 marca liczba ofiar w tym kraju przekracza tysiąc. Od września 2019 r. na rocznym Erasmusie+ w Universidad de Huelva przebywa Filip Banaszak, student Wydziału Ekonomii i Finansów na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. – Zacząłem myśleć o zagrożeniu, gdy do Huelvy zjechali, a właściwie zlecieli z całego świata, erasmusowcy na nowy semestr. Liczba zakażeń w ciągu kolejnych tygodni zaczęła w Hiszpanii wzrastać. W końcu uczelnia ogłosiła zawieszenie zajęć. Od razu zostaliśmy poinformowani, jak będzie prowadzona dalsza edukacja oraz jak zostaną rozwiązane sprawy administracyjne, z ewentualnym odwołaniem wyjazdu włącznie. Z uczelnianych korytarzy przenieśliśmy się na skrzynkę mailową i platformę Moodle. Niektóre zajęcia odbywają się na zasadzie wideokonferencji, inne polegają na rozwiązywaniu testów po samodzielnym zapoznaniu się z wymaganym zagadnieniem – wyjaśnia Banaszak.

Siła wyższa

Już pod koniec lutego FRSE – polska Narodowa Agencja Programu Erasmus+ – informuje o możliwościach pomocy dla studentów. – Przypadki wcześniejszych powrotów czy rezygnacji z wyjazdu ze względu na sytuację związaną z wirusem w regionach Włoch i w Chinach zostają uznane za wystąpienie tzw. siły wyższej. Jest to sytuacja wyjątkowa, na którą żadna ze stron wymiany nie ma wpływu – wyjaśnia Beata Skibińska, dyrektor Biura Szkolnictwa Wyższego w Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Uznanie wystąpienia „siły wyższej” powoduje, że osoba decydująca się na przerwanie pobytu nie musi zwracać części stypendium.

Reagują też polskie uczelnie. – Na Uniwersytecie Warszawskim błyskawicznie uruchomiliśmy stronę z odpowiedziami na najczęściej zadawane pytania. Ze wszystkimi studentami utrzymujemy kontakt e-mailowy, regularnie przekazujemy im komunikaty. Dotyczy to także studentów zagranicznych na naszej uczelni – informuje Sylwia Salamon, kierownik Biura Współpracy z Zagranicą na UW, uczelniany koordynator programu Erasmus+.

Podobnie postępują inne szkoły wyższe. Studenci przebywający za granicą dostają wybór: mogą przerwać Erasmusa i wrócić do kraju lub kontynuować program, uczestnicząc i zaliczając zajęcia w formie online. – Sytuacja jest trudna, wymaga od wszystkich solidarności, ale też elastyczności i dobrej woli. Siłą rzeczy zostaliśmy zmuszeni do szybkiego testowania nie tylko infrastruktury informatycznej, ale też wdrożenia rozmaitych rozwiązań „na już” – mówi Renata Decewicz, koordynator Zespołu Mobilności w Biurze Szkolnictwa Wyższego FRSE.

Kolejny krok
Polski rząd zamyka granice 15 marca. Tego dnia na całym świecie zakażonych jest prawie 146 tys. ludzi. Władze organizują akcję #LOTdoDomu. Studenci Erasmusa stają przed dylematem: wracać czy zostać. Profesor Beata Krzywosz-Rynkiewicz decyduje się wrócić z Hongkongu. Podobnie Bartłomiej Kamiński.
– Postanowiłem, że dokończę semestr na Uniwersytecie Warszawskim. Czas pokaże, czy to dobra decyzja – wyjaśnia. – Na szczęście do Włoch przyjechaliśmy z kolegą samochodem. Z Salerno w drogę powrotną wyruszyliśmy w niedzielę
15 marca 2020 r. i była to podróż, której już do końca życia nie zapomnę. Chciałbym to nazwać przygodą, ale wiem, że historia ta rozgrywała się w cieniu tragedii i cierpienia setek tysięcy Włochów – dodaje Kamiński.

Wielu innych Polaków postanawia jednak zostać za granicą i kontynuować studia. – Powrót wydawał mi się niepraktyczny także ze względu na to, że loty były organizowane z większych miast, w których sytuacja była o wiele gorsza niż w Huelvie – tłumaczy Filip Banaszak. – Uważałem, że nie ma sensu narażać siebie, swojej rodziny i ludzi postronnych, jeżeli mogę zminimalizować ryzyko zachorowania, siedząc na miejscu. Jestem w Huelvie już drugi semestr, znam to miasto i czuję się tu jak w domu. To poczucie bezpieczeństwa na pewno miało duży wpływ na decyzję, którą podjąłem.

Inni, jak Martyna Kuźma, studiująca w ramach Erasmusa w Polytechnic Institute of Castelo Branco w Portugalii, wrócili do Polski i kontynuują naukę na uczelni zagranicznej zdalnie. – Moja macierzysta placówka, czyli Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, dała nam wolną rękę. Nie widziałam sensu zostawania tam, ponieważ tylko siedziałabym w wynajętym mieszkaniu – to równie dobrze mogę robić w domu w Polsce – tłumaczy.

RAPORT erasmus student network (ESN)
Z raportu opracowanego przez ESN wynika, że prawie dwie trzecie mobilności było kontynuowanych, a jedną czwartą anulowano. Wielu studentów zgłaszało problemy z transportem do domu lub ze znalezieniem zakwaterowania w miejscu, w którym zdecydowało się zostać. Ponad połowa osób, które nie wróciły z zagranicy, przeszła na zdalny tryb nauczania. Aż 24% studentów włoskich i 19% studentów azjatyckich skarżyło się, że w czasie pandemii doświadczyło dyskryminacji ze względu na narodowość. W badaniu wzięło udział 22 tys. studentów z całego świata.

Zdjęcie: Beata Krzywosz-Rynkiewicz

Czekają nas zmiany!


Nowa perspektywa finansowa UE przynosi zmiany w Erasmusie. Procedurę składania wniosków o dofinansowanie projektów mobilności uproszczą akredytacje

Podstawowym celem nowych rozwiązań jest usprawnienie procesu składania wniosków o dofinansowanie projektów mobilności. Obecnie planowane jest wprowadzenie akredytacji w Akcji 1. trzech z pięciu sektorów programu Erasmus: Edukacji szkolnej, Kształceniu i szkoleniach zawodowych oraz Edukacji dorosłych. Dokument będzie swego rodzaju biletem wstępu do świata mobilności lub oznaką członkostwa w programie Erasmus. Przeznaczony będzie dla wszystkich uprawnionych organizacji, także tych nieposiadających doświadczenia w realizacji zagranicznych wyjazdów.

Raz uzyskana akredytacja w konkretnym sektorze będzie ważna do końca perspektywy finansowej. Gdy organizacja zechce ubiegać się o środki z kilku sektorów jednocześnie, będzie musiała złożyć oddzielny wniosek w każdym z nich. Jeśli wnioskodawca ma Kartę jakości mobilności w sektorze kształcenie i szkolenia zawodowe, będzie mógł ubiegać się o akredytację w sposób uproszczony. Warunkiem pozytywnego rozpatrzenia wniosku będzie przygotowanie planu Erasmusa. Powinien on zawierać koncepcję funkcjonowania organizacji w co najmniej dwuletnim okresie oraz opis roli, jaką pełnią w jej rozwoju mobilności finansowane z programu Erasmus. Dzięki akredytacji zainteresowani międzynarodową wymianą nie będą musieli za każdym razem przedstawiać szczegółowego opisu działań i wypełniać pełnej wersji formularza. Wystarczy prosty wniosek budżetowy na działania w danym roku.

W nowej siedmiolatce będą dwa rodzaje akredytacji: dla pojedynczych organizacji oraz dla konsorcjów – w ich przypadku wystarczy, że o akredytację wystąpi koordynator. Pozostałe organizacje nie będą miały tego obowiązku, ale dzięki dołączeniu do konsorcjum również będą mogły realizować mobilności, podnosząc prestiż i poziom edukacyjny swojej placówki oraz zdobywając doświadczenie.
Termin składania wniosków o akredytacje upływa 29 listopada 2020 r. Instytucje, które nie aplikują w tym roku, będą mogły to zrobić w następnych latach.

Uwaga! Organizacja nie musi posiadać akredytacji w danym sektorze, by otrzymać środki na realizację projektów mobilnościowych. Nadal będzie możliwe składanie wniosków bez akredytacji, na co mogą się decydować zwłaszcza organizacje z mniejszymi potrzebami w zakresie mobilność.

Nowości dla uczelni

Propagowanie cyfrowych narzędzi, szersze wykorzystanie mobilności mieszanej, promocja przyjaznych dla środowiska naturalnego praktyk
to tylko niektóre ze zmian, jakie pojawią się w programie Erasmus Szkolnictwo wyższe w latach 2021–2027.
Jego struktura pozostanie niezmieniona. Podobnie jak w obecnej siedmiolatce będzie można realizować projekty w ramach: Akcji 1. Mobilność edukacyjna, Akcji 2. Współpraca na rzecz innowacji i wymiany dobrych praktyk (projekty współpracy) oraz Akcji 3. Wsparcie dla rozwoju polityk i współpracy.

Oznacza to, że studenci będą mogli nadal wyjeżdżać na studia i praktyki za granicę. Z kolei pracownicy uczelni utrzymają prawo do wyjazdów w celach szkoleniowych lub w celu prowadzenia zajęć dydaktycznych dla studentów zagranicznej uczelni.
Większą uwagę będzie się poświęcać zaangażowaniu byłych uczestników mobilności, głównie studentów i pracowników szkół wyższych, w działania promocyjne programu Erasmus w charakterze tzw. lokalnych ambasadorów. Duży nacisk położony zostanie również na kwestie ekologii i włączenia społecznego. Program ma być bardziej otwarty na studentów ze środowisk defaworyzowanych.
Kontynuowane będą przedsięwzięcia z perspektywy finansowej kończącej się w tym roku, czyli: wsparcie dla sojuszy uczelni tworzących tzw. Uniwersytety Europejskie, działania na rzecz „automatycznej” uznawalności akademickiej oraz tworzenie europejskiej karty studenckiej.

Zagraniczni wolontariusze w akcji


Szyją maseczki, robią przyłbice, uczą języków online, robią zakupy dla seniorów. Robią to w Polsce, bo tutaj przez pandemię utknęli. Choć mieli szansę powrotu do domu – zostali. Wolontariusze Europejskiego Korpusu Solidarności

Pzyjechali do Polski ponad pół roku temu jako wolontariusze Europejskiego Korpusu Solidarności – z Włoch, Hiszpanii, Francji, Belgii, Estonii, Turcji, Azerbejdżanu, Wielkiej Brytanii, Słowacji. Chcieli tu pracować, poznawać kulturę, ludzi, nawiązywać przyjaźnie i zdobywać doświadczenia. Część zamieszkała w dużych miastach, inni w niewielkich miejscowościach i wsiach. Pandemia koronawirusa sprawiła, że to, co było atutem wyjazdu – inny kraj, odległość od najbliższych, długi czas pobytu – stało się dodatkowym obciążeniem. Mimo to się nie poddają i starają się pomagać, wspierani przez swoich polskich opiekunów z organizacji samorządowych, które zaprosiły ich tutaj, by realizować unijne projekty.Jak sobie poradzili?

Wieś gotowa na koronawirusa

Najprościej było tym żyjącym z daleka od zgiełku. Jak choćby siedmiu wolontariuszom fundacji CampoSfera, mieszkającym w starej szkole w Klimontowie, na południu województwa świętokrzyskiego. Tam przypadków zakażeń było niewiele, ale na wszelki wypadek wolontariusze poinformowali wszystkich w okolicy, że chętnie pomogą w zakupach. Po wybuchu epidemii ochotnicy przenieśli lekcje językowe dla młodzieży z domu kultury w Kozłowie do internetu. I skupili się na pracy w półtorahektarowym ekologicznym ogrodzie. – Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Dzięki temu, że mieszkamy razem, stale możemy się wspierać i nadal pracować, nie narażając innych – podsumowuje Jakub Kubiec,prezes fundacji CampoSfera.

Ratunkowe krawiectwo

W nieodległych Kielcach ochotnicy z Regionalnego Centrum Wolontariatu na całego zabrali się za szycie. Jeszcze przed Wielkanocą do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego trafiło pięćset maseczek. Zagraniczni wolontariusze podchwycili pomysł, a koordynatorzy szybko dostarczyli im maszyny i materiał. Co ciekawe, szyli głównie panowie – Enes z Turcji i Ruben z Armenii. Ich koledzy cięli materiał, prali go, prasowali, przygotowywali gumki. Początki nie były łatwe. – Naszym krawcom te gumki i zakładki sprawiały trochę kłopotu. Ale później szyli już sprawnie
– opowiada Magdalena Gwóźdź, która koordynuje ratunkowe krawiectwo. Mimo pandemii wolontariusze nie zrezygnowali ze swoich standardowych zajęć. Codziennie, dzięki internetowym komunikatorom, prowadzili lekcje językowe, włączali się w działania online w szkołach, z którymi współpracowali wcześniej. O ich samopoczucie dbały opiekunki projektu z Centrum Wolontariatu, Basia i Paulina. – Staramy się ciągle być z nimi w kontakcie, zaoferowałyśmy wsparcie psychologiczne i namawiamy do wspólnych, internetowych działań. Wierzymy, że razem przez to przejdziemy – deklaruje Magdalena Gwóźdź.

Z optymizmem w sieci

Internetowo walczyli z pandemią także wolontariusze z Krakowa, którzy przyjechali na zaproszenie Stowarzyszenia Rozwoju i Integracji Młodzieży STRIM. To duża, aż 36-osobowa grupa. Przed kryzysem wszyscy pracowali w przedszkolach, szkole specjalnej i bibliotece (czyli instytucjach goszczących), organizując zajęcia dla dzieci i seniorów. – Na początku trudno im było odnaleźć się w tej nowej sytuacji, bo z dnia na dzień stracili zajęcie – opowiada Dorota Skwarczewska, wiceprezeska stowarzyszenia. Przybysze szukali więc nowych zadań. Jeden z nich, Hiszpan Daniel Javier Brito Reyes, przygotował specjalną platformę komunikacyjną dla swojego przedszkola. A potem narodził się pomysł, by stworzyć kanał
na YouTube. Można tam znaleźć przygotowane przez wolontariuszy instruktaże prac plastycznych, przepisy, lekcję o zanieczyszczeniu powietrza, nauczyć się liczyć po hiszpańsku. – Linki do filmów wysyłamy do instytucji goszczących, zamieszczamy na naszym profilu na Facebooku, więc może z nich skorzystać każdy. To działa! – opowiada Dorota Skwarczewska.

Przyłbice z Wrocławia

Ochotnicy ze stolicy Dolnego Śląska postawili na działania w realu. Rozdali kilka tysięcy przyłbic dla medyków, które sami zrobili. – Wystarczy jeden arkusz folii do laminacji A4, gumki i dziurkacz, by je zamontować, oraz fragment taśmy dwustronnej i gąbki. Korzystaliśmy z materiałów, które są dostępne – wyjaśnia Jakub Kurakiewicz z wrocławskiego Stowarzyszenia
TRATWA. Młodzi ochotnicy pakowali też paczki dla potrzebujących wskazanych przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej (MOPS). Dostarczali je wrocławscy taksówkarze.

W ekipie pomagających wolontariuszy byli też ci z zagranicy, którzy przyjechali w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności. Dwie Francuzki szyły maseczki, inni pomagali w cięciu materiałów, filtrów i przygotowaniu gumek. Nie zapominali jednak o swoich aktywnościach sprzed epidemii. Przygotowywali zajęcia online dla dzieciaków i dużej grupy seniorów. Tym drugim oferowali warsztaty z informatyki, naukę języków obcych, podawali przepisy kulinarne. Zadania i propozycje wysyłali e-mailem w formie filmików. – Dla starszych to szczególnie ważne, bo często są bardzo samotni, a z naszymi wolontariuszami się zaprzyjaźnili, zwłaszcza z Yannickiem z Francji – opowiada animator. Przyznaje, że niektórzy młodzi ludzie boją się epidemii, niepokoją o najbliższych, nie chcą się narażać. – Każdy ma prawo przeżyć ten trudny czas po swojemu, niekoniecznie rzucając się w wir pomagania innym. Zwłaszcza ktoś młody, kogo pandemia zastała wiele tysięcy kilometrów od domu i bliskich. Taki człowiek, chcąc nie chcąc, stanął przed nieprawdopodobnie trudnym wyzwaniem
– komentuje Jakub Kurakiewicz.

Gdy powstawał ten tekst, granice Polski wciąż były zamknięte. Nikt z zagranicznych wolontariuszy nie wiedział, kiedy będzie mógł wrócić do domu. Nikt też nie wiedział, czy kłopoty związane z pandemią można traktować jak przeszłość, czy raczej jako stały element życia. Wszyscy jednak mogli śmiało przyznać: Europejski Korpus Solidarności przeszedł chrzest bojowy. Powołano go przecież m.in. po to, by wspierać słabszych w czasach klęsk żywiołowych. I choć wówczas nikt nie myślał o klęsce w takiej skali, wolontariusze spisali się na medal.

Zdjęcie: Regionalne Centrum Wolontariatu

Fejk no more


Unia zdecydowała: marchewka to owoc, banany mają mieć regularny kształt, a bałwanów nie można lepić, bo to rasizm. Absurdy na miarę Kafki? Raczej fake newsy, które zalewają internet, a my dajemy się na nie nabrać

Pamiętacie palenie w knajpach, taksówkach czy na przystankach? Od 10 lat puszczanie dymka w miejscach publicznych w Polsce jest zakazane. Do dziś wielu mówi, że stoi za tym Unia Europejska.
– A to nieprawda – oburza się Piotr Maciej Kaczyński, ekspert Team Europe, specjalista do spraw europejskich i międzynarodowych.
– Nie ma dyrektywy unijnej, która nakazuje nam takie rozwiązania. Polska sama podjęła tę decyzję – tłumaczy. I obrazowo opisuje, jak działają fake newsy, czyli fałszywe informacje, których z dnia na dzień przybywa w mediach społecznościowych: – Wyobraźmy sobie kucharza, który szykuje potrawę. Do garnka wrzuca 90 proc. składników podanych w przepisie. Ale do tego dodaje 10 proc. trucizny. I tak się otrujesz. Tak właśnie skomponowany jest fake news: część informacji się zgadza, ale nie wszystko. W wielu krajach unijnych obowiązywał zakaz palenia w miejscach publicznych, więc być może ta moda przyszła do nas z Zachodu. Ale ostateczną decyzję podjęła Warszawa, a nie Bruksela, bo to nie należy do kompetencji Unii Europejskiej – mówi.

A co z absurdalnie brzmiącym pomysłem, który kilka lat temu udostępniano na potęgę na Facebooku? Ktoś wtedy napisał, że UE zakaże lepienia ze śniegu bałwanów. Powód? – To było nawiązanie do tego, że Unia jest rzekomo zbyt tolerancyjna. A bałwan jest przecież biały, co można odczytać jako rasistowską nierówność – wyjaśnia Piotr Świtalski z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Informacja jest nieprawdziwa. Jednak wielu uwierzyło, bo eurosceptycy często używają argumentów o przesadnej poprawności politycznej Unii Europejskiej. I tak rodzą się fake newsy.

Wojownicy Klawiatury

– Walka z dezinformacją i mową nienawiści w sieci jest jednym z priorytetów Komisji Europejskiej. Współpracujemy z platformami internetowymi, zachęcając je do promowania wiarygodnych źródeł oraz usuwania nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd treści – mówi Świtalski. Komisja wspiera merytorycznie projekty internetowe, które zajmują się weryfikacją treści w sieci.
Jednym z nich są Wojownicy Klawiatury.
– Jesteśmy grupą fact-checkerską, czyli sprawdzamy informacje zamieszczane w internecie i jeśli są fałszywe, to je prostujemy – wyjaśnia Filip Szarecki, koordynator inicjatywy. Na przeczesywaniu internetu spędza codziennie po osiem godzin. – To praca na pełen etat, ale gdy w wolnym czasie trafię na ewidentnego fejka, to głupio się za to nie zabrać – przyznaje. Wojownicy Klawiatury prowadzą swój profil na Facebooku. Wrzucają tam przykłady fałszywych doniesień. Ostatnio najwięcej dotyczy koronawirusa. I tak fake newsem było twierdzenie, że noszenie maseczek jest groźne dla zdrowia. Fałszywką jest też post, że w Niemczech robi się 350 tys. testów dziennie (memy krążą po Twitterze i Facebooku, a chodzi o 350 tys. testów, ale tygodniowo). – Nie tylko obalamy fake newsy, ale też szkolimy naszych wolontariuszy, którzy przekazują dalej wiedzę na spotkaniach, debatach, lekcjach czy np. podczas Forum Ekonomicznego Młodych Liderów w Nowym Sączu – mówi Szarecki.

Awaria w Warszawie, fotki z Wietnamu
Piotr Świtalski przyznaje, że czasem też daje się nabrać na fejki: – Jeżeli jest sensacyjny nagłówek czy zdjęcie, które oddziałuje mocno na emocje, od razu zapala mi się jednak czerwona lampka. Tak było, gdy w Warszawie doszło do awarii oczyszczalni „Czajka” i po sieci krążyły dramatyczne zdjęcia ścieków wpadających do rzeki. Tyle że to były fotki z Wietnamu, a nie Warszawy. Manipulacja o tyle skuteczna, że poza mieszkańcami stolicy mało kto wie, jak wygląda nabrzeże Wisły.

Przedstawiciel Komisji Europejskiej zachęca, by od najmłodszych lat uczyć dzieci krytycznego myślenia. – W Finlandii wpisano kształcenie tej umiejętności do podstawy programowej dla pierwszych klas podstawówki – dodaje.

Domena demokracji

Filip Szarecki czasem ma dość, gdy po raz setny czyta, że Unia Europejska uznaje marchewkę za owoc, że reguluje kształt bananów i jest jak Związek Radziecki, bo jeden z jej założycieli był komunistą.
– Walka z dezinformacją to taplanie się w najgorszych odmętach internetu – mówi. – Chcemy docierać do osób tworzących fejki, by nie powielały kłamstw. Ale jeśli ktoś wierzy w teorie spiskowe, to marne mamy szanse, by taką osobę przekonać. Bardziej liczymy na tych, którzy być może są nieświadomymi ofiarami fejków.

Piotr Maciej Kaczyński przyznaje, że w tworzeniu fake newsów specjalizują się Rosja, Chiny i USA. – Chodzi o rozbicie jedności europejskiej. Łatwiej jest rozgrywać poszczególne państwa niż mieć przeciw sobie spójny organizm. Fejki to domena społeczeństw demokratycznych. W filozofii państwa totalnego nie ma miejsca na wolność i wtedy treści kontroluje władza.

PS Do tekstu (celowo) wkradł się fejk. UE faktycznie zdecydowała, że marchew to owoc. W Portugalii robi się z niej dżemy. To przysmak, który Portugalczycy chcieli sprzedawać w innych krajach Unii. Ale wcześniej trzeba było zmienić regulacje, które nie pozwalały robić dżemu z warzyw. UE poszła na rękę Portugalczykom i ogłosiła marchewkę owocem

Tęsknię za ludźmi na ulicach Rzymu


Wojciech Skrzypek, 21 lat, student stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, uczestnik Erasmusa, opowiada, gdzie zastał go początek pandemii

Z Rzymu wyjeżdżam zadowolony. Potwierdza się to, co mówili znajomi, którzy „zaliczyli” Erasmusa. To świetna okazja, żeby poznać ludzi, szlifować angielski, dobrze się bawić i studiować na najlepszych uczelniach w Europie. Nie znam osoby, która wróciłaby z wymiany niezadowolona. U mnie zajęcia i sesja egzaminacyjna na Uniwersytecie Rzymskim „La Sapienza” zakończone. Zimowy semestr zaliczony. Mój Erasmus w stolicy Włoch dobiegł końca. Kolejny semestr studiów zaliczę już w Warszawie. Jest końcówka stycznia. Do Rzymu jeszcze wrócę, by m.in. załatwić formalności w urzędach, odebrać dokumenty z uczelni i rozliczyć się z operatorem komórkowym. Dwa tygodnie później myślę sobie, że mam dużo szczęścia, że zdążyłem wrócić do kraju, zanim cały świat usłyszał, że koronawirus dotarł do Włoch. Pierwsza myśl: nie ma się czym ekscytować. Co prawda gdzieś daleko w Azji wirus zabił sporo ludzi, ale głównie w Chinach. A już Korea Południowa i Tajwan skutecznie ochroniły się przed wirusem. Trochę jakbym zapomniał, że przecież Chińczycy jeżdżą wszędzie i ryzyko zakażenia rośnie z każdym dniem.

Smutek Wiecznego Miasta

Do Rzymu przylatuję w połowie lutego. Już wiem, że nie będzie tak jak wcześniej. Jeszcze na lotnisku mierzą każdemu temperaturę. Kto nie ma gorączki, może jechać do miasta. Na ulicach pustki. Podobnie w metrze. Trudno uwierzyć, że tak wygląda Wieczne Miasto, bo przecież tu zawsze są tłumy. Przy Kapitolu pojedyncze osoby, jak nigdy, przed muzeami brak kolejek, jak nigdy. Czy Rzymianie zamknęli się w domach? Przecież w Polsce mówią, że Włosi nie traktują poważnie zagrożenia koronawirusem. A tu spotykam się ze znajomymi z Erasmusa, którzy wciąż są we Włoszech. Opowiadają o wycieczce do Wenecji, gdzie spędzili kilka dni. Jeden z kolegów mówi, że w drodze powrotnej dostał SMS-a od współlokatora z prośbą, by nie wracał do mieszkania, bo boi się o swoje zdrowie. I ma propozycję: chce spakować kumpla, a walizkę z jego rzeczami zostawić pod drzwiami. Sugeruje, że opłaci mu nocleg w hotelu. Brzmi jak żart, ale propozycja była na serio. Na szczęście panowie się dogadali.

Idzie najgorsze

Zaczęła się panika, bo z północy Włoch dochodziły coraz tragiczniejsze informacje o nowych ofiarach koronawirusa. Nikt się nie spodziewał, że Italia stanie się drugim na świecie ogniskiem wirusa z Wuhan. Razem z moimi znajomymi pilnujemy, żeby zachować odpowiedni dystans między nami, zwracamy sobie uwagę, żeby niczego nie dotykać w autobusie, sklepie czy na ulicy. Wzajemnie przypominamy sobie o myciu rąk. Każde z nas ma żel antybakteryjny. Ale maseczki? Nie, to za dużo. Aż do czasu. Kupujemy jednorazówki. Wpadamy do baru na piwo. Tu knajpy są otwarte, mimo że Lombardia jest na ustach całego świata, a w Rzymie nie ma jeszcze ani jednego przypadku COVID-19. Ktoś rzuca pomysł: na trzy cztery zakładamy maseczki i robimy grupowe selfie. Fotka strzelona, maseczki od razu zdjęte. Nie przypuszczamy, że już niedługo będziemy je musieli nosić. Nie spotykamy się często, ale być może widzimy się po raz ostatni, bo Erasmus zbliża nas teraz, a jak będzie za kilka miesięcy, nikt nie wie. Jeszcze przed powrotem do Warszawy dzwonią z Biura Wymiany Zagranicznej. Proszą, by w Polsce poddać się dwutygodniowej kwarantannie. Ok, odpuszczam zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim. Mają też informację dla studiujących w ramach Erasmusa cały rok: mogą skrócić swój pobyt bez konsekwencji, co oznacza zwrot stypendium. Czuję się zaopiekowany, bo często przypominają mi o środkach ostrożności.

Rozmawiam z Olgą. To koleżanka z Mołdawii, z którą studiowałem w Rzymie. Po jej powrocie do domu cała rodzina zostaje zakażona koronawirusem. Umiera jej mama. Nie wiemy, czy Olga zaraziła się wirusem w Rzymie, ale to pokazuje, że ta choroba łapie wszystkich. Najgorsze dla wielu znajomych było czekanie, czy zdążą wrócić do domu, zanim zamkną granice. Szybko zrozumieliśmy, że to nie są żarty, a najbardziej pamiętam, jak wróciliśmy do domu i w telewizji leciało półgodzinne przemówienie premiera Contego. Pomyślałem sobie, że skoro prywatna stacja także emituje orędzie, to sytuacja naprawdę jest bardzo poważna.

Jak długo to jeszcze potrwa?

W maju mieliśmy spotkać się na urodzinach kolegi w Rzymie, który został na Erasmusie jeszcze jeden semestr. Teraz on jest u siebie w Pradze. Planowaliśmy wypad do Berlina do znajomych, którzy mieli nas potem odwiedzić w Warszawie. Wszystko odwołane. Nikt nie wie, jak długo to jeszcze potrwa. Strasznie brakuje mi Rzymu. Uwielbiam otwartość Włochów i to, że nie traktują wszystkiego na serio. Spóźnienie się na uczelnię nie jest wyrokiem dla ciebie, bo często wykładowcy przychodzą na zajęcia 30 minut po czasie. Szkoda mi tego gwaru płynącego z ulic i barów w Rzymie. Teraz pracuję w TVN24 i ostatnio montowałem krótki materiał ze zdjęć Reutersa pokazujący, jak wyglądają Włochy w czasie epidemii. Smutno mi się zrobiło, gdy zobaczyłem puste ulice Rzymu i plac św. Piotra bez turystów. Nigdy wcześniej nie widziałem tych miejsc bez ludzi.

Zdjęcie: archiwum prywatne

Czekamy na lepsze czasy. Ale nie bezczynnie


Granice tylko fizycznie są zamknięte. Wiele projektów przeniosło się do sieci czy dzięki decyzji Komisji Europejskiej zostało przedłużonych o kolejne miesiące, a nawet lata. Mimo pandemii, Erasmus działa.

Moment zamknięcia granic z powodu epidemii koronawirusa wielu uczestników programu Erasmus zastał za granicą. I postawił przed trudną decyzją: wracać jak najszybciej czy przeczekać w obcym kraju? – Znakomita część polskich studentów na Erasmusie wróciła jeszcze, gdy granice były otwarte. Inni skorzystali później z rządowej opcji „Lot do domu”. Niektórzy uznali, że wolą przeczekać zagrożenie w miejscu, w którym są. Może założyli, że pandemia szybko się skończy. To indywidualne decyzje, podejmowane w konsultacji z macierzystą uczelnią. Te, w ślad za prośbą Komisji Europejskiej, uczulamy, by były jak najbardziej elastyczne dla swoich studentów – mówi Beata Skibińska, dyrektorka biura szkolnictwa wyższego Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji.

Zwraca uwagę, że instytucje edukacyjne w związku z pandemią są zamknięte. Część oferuje kształcenie online, do czego zachęca dziś zarówno Komisja Europejska, jak i władze poszczególnych krajach Unii. – Efekty takiego kształcenia w porównaniu z tym, czego oczekiwano wcześniej, ocenią same uczelnie wysyłające i przyjmujące studenta. Ich postawa z pewnością jest prostudencka. W tym trudnym czasie wszelkie wątpliwości powinny być rozstrzygane na korzyść studenta. To rekomendacja Komisji Europejskiej – podkreśla Skibińska. Dodaje, że w Polsce nie wydano jeszcze żadnych zaleceń dotyczących kolejnego roku akademickiego. – Bywają uczelnie w Europie, które oświadczają, że na pierwszy semestr roku akademickiego 2020-2021 nie będą przyjmować studentów. My liczymy na to, że po wakacjach wrócimy do normalności, rekrutacja na razie odbywa się zgodnie z planem, ale w obecnych warunkach trudno mówić o pewności – komentuje Skibińska.

Zastosujemy klauzulę siły wyższej

Na Erasmusa wyjeżdżają nie tylko studenci, ale też uczniowie i nauczyciele. To zwykle kilkudniowe wyjazdy, przez pandemię skrócone lub wstrzymane. – Wyjazdy za granicę są teraz niemożliwe, a to zasadnicza trudność w zakończeniu wielu projektów. Autorzy części z nich będą wnioskować do Narodowej Agencji Programu Erasmus+ o wydłużenie czasu realizacji projektów i dokończenie ich wtedy, gdy to będzie możliwe. Jesteśmy otwarci na takie rozwiązanie. Projekty szkolne mogą trwać nawet w sumie dwa lata – mówi Alicja Pietrzak, dyrektorka biura edukacji szkolnej i młodzieży FRSE.

Podkreśla, by planujący wyjazdy nawet na drugą połowę roku wstrzymali się na razie z kupnem biletów czy rezerwacją noclegów. Co z kosztami, które beneficjenci już ponieśli, ale z powodu pandemii musieli odwołać wyjazd? – Przy rozliczeniach projektów będziemy stosować klauzulę dotyczącą siły wyższej i rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie. Ważne, by beneficjenci, niezależnie od efektu, podjęli starania o zwrot kosztów za niewykorzystane usługi i udokumentowali je, np. pisząc maila do właściciela noclegu – mówi Pietrzak. Dodaje, że wydłużenie czasu realizacji projektu nie oznacza zwiększenia finansowania. Beneficjenci muszą zmieścić się w tym samym budżecie. Ci, którzy z powodu zamknięcia granic musieli nagle wracać do kraju i ponieśli w związku z tym dodatkowe koszty, otrzymają zwrot. – W sektorze edukacji szkolnej mobilności są krótkoterminowe, dlatego liczba problematycznych przypadków nie była tak duża jak np. w przypadku studentów. Nie było sytuacji, że ktoś gdzieś utknął i nie może wrócić – podkreśla Pietrzak.

Najlepszym sposobem na wybrnięcie z problemu pandemii jest realizacja projektów online. – Telekonferencje, wideokonferencje, webinaria. Od lat w edukacji szkolnej promujemy wykorzystywanie nowoczesnych narzędzi zdalnych. Są zaawansowane, bezpłatne i bezpieczne – mówi Pietrzak i podkreśla, że w czasach koronawirusa triumfuje program eTwinning. – Daje on gotowe narzędzia, z których wystarczy tylko skorzystać. Dzięki programowi nauczyciele zdobywają umiejętności potrzebne do zdalnego nauczania, wykorzystywania nowoczesnych technologii. Widzimy zresztą, że popyt na te narzędzia jest teraz ogromny. Uruchomiliśmy więc specjalną kampanię promującą eTwinning, zwiększyliśmy liczbę kursów internetowych, mamy dużo więcej zgłoszeń od szkół, które chcą skorzystać. Dzięki inicjatywie centralnego biura eTwinning w Brukseli włączyć mogą się teraz nie tylko szkoły związane partnerstwem, ale też pojedyncze instytucje. Ogromne zainteresowanie bardzo nas cieszy, bo to dowód na to, że wyprzedziliśmy tym programem pewne potrzeby – komentuje Pietrzak.

Zawodu ucz się przez internet

Internet sprawdza się nie tylko w obszarze edukacji szkolnej, ale również tej zawodowej. – Zachęcamy do wykorzystywania narzędzi eTwinning czy EPALE. Zrobiliśmy przegląd naszych projektów i okazało się, że w ramach wielu z nich opracowano narzędzia do nauczania zdalnego, np. platformę elearningową dla mechatroników. Nawet zawodów technicznych można uczyć się zdalnie i warto dziś z tego korzystać – mówi Izabela Laskowska, dyrektorka biura kształcenia zawodowego i edukacji dorosłych FRSE.

Przyznaje, że część uczniów z powodu pandemii musiała nagle przerwać swój pobyt na zagranicznych praktykach zawodowych. – Dotyczy to ok. 40 osób. Młodzież oczywiście narzekała, że czuje niedosyt, dopiero co zaczęła, właśnie się rozkręcała, a już musi wracać. Właściciele zakładów pracy, które ich gościły, okazywali im duże wsparcie. Często organizowali busy, by przewieźć młodzież na lotnisko, deklarowali, że czekają na nich, gdy sytuacja się poprawi. To dobry sygnał o solidarności między instytucjami biorącymi udział w wymianie – komentuje Laskowska.

Wiele szkół już przesunęło terminy wyjazdów swoich uczniów i nauczycieli. Sporo zakładów pracy, podobnie jak uczelni, jest po prostu zamknięta. – Komisja Europejska pozwala na wydłużanie czasu trwania projektów, wyjazdy są przekładane na październik, listopad. Oczywiście nie wiadomo, jak wtedy będzie wyglądać sytuacja, ale zachęcamy, by wyjazdów nie odwoływać, ale właśnie przesuwać ich terminy na jesień albo nawet przyszły rok, maksymalnie o 12 miesięcy – zachęca Laskowska.

To samo dotyczy projektów dotyczących edukacji dorosłych. Wśród beneficjentów dużą popularnością cieszyły się kraje południowe, jak Włochy czy Hiszpania. Dziś to one najsilniej doświadczają skutków pandemii. Laskowska: – Rekrutacja we wszystkich naszych programach trwa, choć trudno powiedzieć, jak się ona rozwinie. Dziś przyszłości już nie przewidzimy. Najważniejsze jednak, że nie ma paniki i zniechęcenia do Erasmusa i idei współpracy międzynarodowej z powodu pandemii wirusa. Raczej czekanie na lepsze czasy.

Jest nadzieja


W badaniach PISA 2018 polscy uczniowie osiągnęli wyniki, dzięki którym znaleźli się na podium w Europie. O przyszłości nastolatków oraz inspiracjach dla nauczycieli, płynących z badania, opowiadają dr Michał Sitek i Krzysztof Bulkowski z Instytutu Badań Edukacyjnych*

Czy Finlandia to nadal dobry kierunek na job shadowing?

Michał Sitek: Tak, zdecydowanie.

Dlaczego? Przecież najlepsze wyniki w rundzie PISA 2018 osiągnęli uczniowie z krajów azjatyckich…

MS: Finlandię wyróżnia bardzo dobry sposób opiekowania się uczniami. Spory nacisk kładzie się na kształtowanie postaw, indywidualizację nauczania, dbanie o uczniów najsłabszych i tych ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi oraz kształcenie umiejętności praktycznych. Fińska szkoła znacznie lepiej potrafi wskazać uczniowi jego mocne i słabe strony. Nawet jeżeli kraje różnią się pod względem wyników PISA, to wcale nie znaczy, że te systemy edukacyjne, które osiągnęły nieco niższe wyniki, funkcjonują gorzej.

Krzysztof Bulkowski: Wyniki krajów azjatyckich są związane z kulturą uczenia się. Uczniowie z tych krajów od małego słyszą, że tylko edukacja może zapewnić im sukces w dorosłym życiu. Dlatego w naukę wkładają bardzo dużo wysiłku i w wieku 15 lat są lepsi niż reszta świata. Analizując wyniki, zawsze warto spojrzeć na zróżnicowanie wewnątrz kraju. W Polsce 10% najsłabszych i 10% najlepszych uczniów dzieli przepaść większa niż różnica między średnimi wynikami Polski i Rumunii lub Polski i Chin.

Przyjrzyjmy się tym różnicom. Od początku badania PISA łączne wyniki krajów OECD w każdej kategorii umiejętności aż tak bardzo się nie zmieniają, za to polskie poszybowały.

KB: Patrząc w długim okresie, wyniki polskich uczniów rzeczywiście się poprawiają. Świat się zmienia i zmieniają się sposoby korzystania z umiejętności, takich jak rozumienie czytanego tekstu. Kiedyś czytaliśmy głównie książki i staraliśmy się je zrozumieć. Teraz do wyboru mamy książkę, smartfon, laptop i kilka innych urządzeń, a przy okazji czytania robimy coś jeszcze i nie możemy się na nim dobrze skupić. Badanie PISA bierze to pod uwagę. Coraz częściej zadania polegają na analizie ulotki, rozmowy na forum internetowym albo komunikatorze. Uczeń nie musi już mierzyć się z kilkustronicowym tekstem, tylko umieć wyszukać informacje albo zinterpretować stanowiska uczestników dyskusji. Od 2015 r.
testy PISA są rozwiązywane na komputerze, co dało możliwość tworzenia interaktywnych zadań. Dobrze się to sprawdza w pomiarze rozumowania w naukach przyrodniczych. PISA z założenia sprawdza nie tylko wiedzę, ale przede wszystkim umiejętność jej wykorzystania, a takie zadania świetnie się do tego nadają. Aby dojść do rozwiązania złożonego problemu, uczeń powinien zrobić kilka kroków: wykonać symulację, przeprowadzić obserwacje, zinterpretować wyniki. I Polscy uczniowie radzą sobie z tym nieco lepiej.

Z prognozy Cedefop wynika, że w 2030 r. pożądanymi umiejętnościami pracowniczymi będą: analizowanie informacji, samodzielność, kreatywność, wykorzystanie technologii i rozwiązywanie problemów – bez względu na poziom wykształcenia i grupę zawodową. Za 10 lat te 15-latki, które wzięły udział w rundzie PISA 2018, będą wchodziły na rynek pracy. Czy w świetle tych prognoz i wyników PISA polscy uczniowie będą cenionymi pracownikami?

MS: W prognozach widać ogromny wpływ robotyzacji. Największy spadek zatrudnienia wystąpi w tych zawodach, które łatwo można zautomatyzować. W ciągu 10 lat zmieni się nie tylko struktura zapotrzebowania na umiejętności, ale i zawartość zawodów. Zakres zadań prawnika czy księgowego będzie inny niż obecnie, ponieważ wiele czynności, które teraz zajmują im najwięcej czasu, będzie można zastąpić algorytmami. PISA sprawdza również poziom umiejętności bardziej złożonych, które będą coraz ważniejsze w przyszłej karierze zawodowej. Wyniki polskich uczniów w zakresie, w jakim są one mierzone w badaniu PISA, są obiecujące.

A co z tymi uczniami, którzy w PISA osiągnęli najsłabsze wyniki? Od nich także pracodawcy będą wymagać umiejętności złożonych.

MS: Wynik PISA to nie jest koniec ich drogi edukacyjnej. W badaniu biorą udział 15-latki, ponieważ w zdecydowanej większości krajów uczniowie w tym wieku są objęci szkolnictwem powszechnym. W Polsce prawie wszyscy są w systemie edukacyjnym przez kolejne lata, więc ci słabsi uczniowie nie są na straconej pozycji, bo mogą nabyć umiejętności później. Wyniki PISA należy traktować jak bilans 15-latka, a samo badanie jak papierek lakmusowy, który sprawdza stan wiedzy w określonym momencie i informuje, na ile system edukacji danego kraju jest skuteczny w nauczaniu zwłaszcza tych podstawowych umiejętności. Ale pozwala ono również wydobyć informację o uczniach z potencjałem kreatywności, którzy w przyszłości mogą stanowić elity biznesu, albo o takich, którzy są zagrożeni wykluczeniem, aby móc temu przeciwdziałać.

Na co warto zwrócić uwagę przy planowaniu projektu edukacyjnego w kontekście wyników badania PISA?

MS: Istotny jest sposób funkcjonowania szkoły, budowania relacji i metody współpracy w gronie pedagogicznym. Za granicą można znaleźć wiele
dobrych praktyk, które warto przenosić na polski grunt – zarówno dla zwiększania profesjonalizmu i jakości relacji nauczycieli z uczniami,
nauczycielami, rodzicami, jak i z korzyścią dla poziomu komunikacji, bo tutaj w polskim systemie wiele jeszcze szwankuje.

KB: Jeśli w wymianie międzynarodowej weźmie udział tylko jeden nauczyciel, wróci z niej pełen pomysłów i zapału, to samemu trudno mu będzie wdrożyć dobrą praktykę np. w strukturze swojej szkoły, w codziennym ułożeniu zadań i relacjach z nauczycielami. Mimo że nauczy się inaczej rozmawiać z uczniami i rodzicami, to aby zmiana była trwała, potrzebna jest współpraca. W tym kontekście cenne byłoby zaprojektowanie pilotażowych programów ukierunkowanych na rozwój otoczenia szkoły przez nauczycieli biorących udział w wymianie oraz opracowanie sposobu transferu zdobytej wiedzy na szkoły z okolicy, by korzyści z wymiany czerpały całe społeczności.

Rozmawiała Karolina Kwiatosz – ekspertka FRSE

Podstawa sukcesu


Weryfikacja efektów zagranicznych wyjazdów uczniów szkół branżowych jest teraz prostsza. Łatwiej jest też rejestrować indywidualne osiągnięcia uczniów. Wszystko dzięki obowiązującym
od września nowym podstawom programowym

Na czym polega przełom? Nowe podstawy programowe są podzielone nie na osiem obszarów kształcenia, jak dotychczas, ale na 32 branże zawodowe. W każdej z nich wyróżniono charakterystyczne zawody, a w każdym zawodzie wyodrębniono poszczególne kwalifikacje.
Co jeszcze ważniejsze, dla każdej z tych kwalifikacji opisano kryteria weryfikacji efektów kształcenia – innymi słowy, określono reguły, według których powinno się sprawdzać, czy uczeń dysponuje wiedzą i umiejętnościami, które powinien mieć.

Takie podejście to skutek dostosowania podstaw programowych do założeń Europejskiego systemu akumulowania i przenoszenia osiągnięć w kształceniu i szkoleniu zawodowym (ECVET). Stosowane w nim zasady sprawiają, że kwalifikacje są opisywane w bardziej przejrzysty sposób. Ułatwia to osobom uczącym się korzystanie z elastycznych ścieżek kształcenia przez potwierdzanie, gromadzenie i przenoszenie osiągnięć uzyskanych w różnych krajach i w różnych systemach edukacji.

Jaki związek mają zmiany w podstawach programowych z projektami mobilności w programie Erasmus+? Kryteria weryfikacji zawarte w podstawach programowych mogą być wykorzystywane nie tylko w trakcie oceniania i egzaminowania uczniów, ale również w projektowaniu dokumentów dotyczących organizacji i walidacji mobilności międzynarodowych. Do tej pory popularność systemu ECVET w przypadku wyjazdów zagranicznych rosła, ale nie była imponująca. Statystyki złożonych wniosków wskazują, że w 2019 r. korzystanie z systemu ECVET zadeklarowano w ponad połowie (58%) zatwierdzonych projektów. Dla porównania, w 2018 r. było to 49% projektów, w 2017 r. – 47%, w 2016 r. – 45%,w 2015 r. – 41%, a w 2014 r. – 33%.

By wykorzystać elementy systemu ECVET, należy uwzględnić tę możliwość w dokumentach przygotowywanych przed rozpoczęciem projektu, czyli w: Porozumieniu o partnerstwie, Porozumieniu o programie zajęć ECVET dla mobilności osób uczących się, Indywidualnym wykazie osiągnięć ECVET, Karcie oceny ECVET czy w dokumencie Europass-Mobilność.

Warto też pamiętać, że ECVET ma zastosowanie nie tylko w przypadku mobilności uczniów, ale i kadry. W wypadku szkoleń dla nauczycieli teoretycznych przedmiotów zawodowych oraz nauczycieli praktycznej nauki zawodu można opracować program zawierający elementy systemu ECVET, a efekty szkolenia opisać w dokumencie Europass–Mobilność.

Uwaga, zmiany w kształceniu zawodowym!

– Od września 2019 r. wydłużono czas praktyk zawodowych dla uczniów technikum do ośmiu tygodni (280 godzin) kształcenia w przyszłym rzeczywistym środowisku zawodowym. Dłuższy czas programowych praktyk zawodowych może mieć wpływ na liczbę i czas realizacji mobilności zawodowych w programie Erasmus+. W ramach tego programu można także zwiększyć czas trwania mobilności edukacyjnych, aby miały one charakter długoterminowy (powyżej trzech miesięcy).

– W nowych podstawach programowych zawarto także wykaz dodatkowych umiejętności zawodowych, które opisano językiem efektów kształcenia i dla których opracowano kryteria weryfikacji. Uczeń w czasie trzech czy pięciu lat edukacji zawodowej (branżowa szkoła I stopnia, technikum) może nabyć dodatkowe umiejętności związane z danym zawodem, odpowiadające zapotrzebowaniu pracodawców. Dzięki temu jest lepiej przygotowany do wejścia na krajowy czy międzynarodowy rynek pracy.

Jak czytać nowe podstawy programowe dla szkół branżowych

Podstawy programowe zostały opracowane dla 215 zawodów wpisanych do klasyfikacji zawodów zgodnych z Rozporządzeniem MEN z 15 lutego 2019 r. Tabele dla danej branży zawierają następujące informacje:
– nazwę i symbol zawodu;
– stopień Polskiej Ramy Kwalifikacji (PRK) dla kwalifikacji pełnej, dla zawodu (cyfra rzymska);
– określenie typu szkoły, w jakiej może być nauczany dany zawód, oraz tego, czy dana kwalifikacja może być nauczana na kursach kształcenia zawodowego;
– wykaz kwalifikacji wyodrębnionych w zawodzie, z ich symbolem, nazwą kwalifikacji i stopniem PRK dla kwalifikacji cząstkowej (cyfra arabska);
– nazwę ministra właściwego dla zawodu, w zawodach danej branży.

Autorka: Bożena Mayer-Gawron – specjalistka ds. kształcenia branżowego i doradztwa edukacyjno-zawodowego, Krajowy Zespół Ekspertów ECVET