treść strony

Czułam, że mam potencjał – sukcesy najszybszej Polki

Przez całą karierę sportową przyzwyczajamy się bardziej do porażek niż sukcesów – mówi Anna Kiełbasińska, srebrna medalistka Igrzysk Olimpijskich 2021, najszybsza Polka od czasu Ireny Szewińskiej, promotorka V Biegu Erasmusa.

  • fot. Szymon Łaszewski/FRSE

Na igrzyskach olimpijskich w Tokio zdobyła srebrny medal w sztafecie kobiecej. Kilka dni później na mityngu lekkoatletycznym w La Chaux-de-Fonds w Szwajcarii pobiegła na 400 metrów w czasie 50.37 s. Tym samym stała się najszybszą Polką na tym dystansie od czasu Ireny Szewińskiej. Miniony sezon lekkoatletyczny należał do 31-letniej sprinterki Anny Kiełbasińskiej. Choć zaczął się dla niej dość dramatycznie.

AK: Przepraszam za zmianę godziny rozmowy, ale poszłam zrobić trening. Trochę się przedłużył, a chciałam dokończyć.
MŚ: Nawet po zakończeniu sezonu musi pani trenować?
AK: Nie muszę. Chcę. Nie jestem w stanie się nie ruszać. Od tylu lat moje ciało jest rozkręcone, więc bez jakiegokolwiek wysiłku niedobrze sypiam, czuję się źle. Poza tym to dobry czas, by popracować nad słabościami. W tym roku miałam kontuzję obu stóp, więc muszę je teraz wzmocnić.

Nie lepiej dać im odpocząć?
To nie jest bardzo obciążający trening, raczej ćwiczenia zlecone przez rehabilitantów. W lutym miałam operację stopy, więc z rehabilitacją pędziliśmy na łeb na szyję, by zdążyć przed igrzyskami. Ta stopa wciąż jest słabsza. Jeśli teraz jej nie wzmocnię, to prędzej czy później to wyjdzie i w sezonie nabawię się kolejnej kontuzji.

Sezon zakończyła pani koncertowo, ale zaczęła pechowo.
Był początek sezonu halowego, miałam już ustawione wszystkie starty. Byłam w świetnej formie. Od kilku miesięcy doskwierał mi tylko ból stóp, zwłaszcza prawej. Próbowałam nawet diagnozować to we wrześniu rok temu, ale nikt wtedy nie dostrzegł złamania zmęczeniowego. W pierwszych zawodach w sezonie na 60 m zrobiłam życiówkę, ale na 200 m dobiegłam do mety, kuśtykając. Nie byłam w stanie zrobić normalnego kroku.

Wtedy zdiagnozowano złamanie zmęczeniowe?
I to najwyższego stopnia. Okazało się, że kość prawej stopy jest całkowicie złamana, z martwicą. Nadawała się jedynie do operacji, nawet nie po to, bym mogła biegać, ale w ogóle chodzić. Gdy usłyszałam to od lekarza, zaczęłam myśleć, co innego mogę zrobić ze swoim życiem.

Tak szybko?
Przez większość kariery czułam, że mam potencjał, ale po drodze zawsze coś przeszkadzało. Stwierdziłam, że muszę się z tym pogodzić, że może coś innego na mnie w życiu czeka. Trener mnie uspokoił. Powiedział, że przeżywał już takie kontuzje z zawodnikami, wymienił moje zalety i stworzył plan działania. I jeszcze dodał, że damy radę. To mądry człowiek, mam do niego szacunek i zaufanie. Pomyślałam: Spróbuję, powalczę o Tokio.

Treningi biegowe po operacji rozpoczęła pani niedługo przed olimpiadą.
Tak, ale wcześniej robiłam treningi zastępcze. To też był wysiłek, i to mocny: na rowerze, w wodzie, na bieżni antygrawitacyjnej. Pierwsze kroki postawiłam pod koniec maja, i to jedynie truchtając. A stąd daleko jeszcze do sprintu. To był proces. Szybkie biegi rozpoczęłam dwa tygodnie przed olimpiadą.

I okazała się ona dla pani ogromnym sukcesem.
Do dziś czasem wstaję rano i nie wierzę w to, co się wydarzyło. Że pobiegłam ze świetnym wynikiem, miałam formę życia, zdobyłam medal.

Było też trochę goryczy: pobiegła pani w eliminacjach sztafety kobiecej, ale nie w finale. Srebrnego medalu nie odbierała pani na podium.
Miejsca w sztafecie są cztery. To decyzje trenera, nie będę ich podważać. Zresztą zwycięzców się nie rozlicza. Jest medal, drugie miejsce i rekord Polski. Żałuję tylko, że doświadczyłam nieco innych emocji niż dziewczyny, które pobiegły w finale. W grach zespołowych na podium stają wszyscy zawodnicy z drużyny, również ci z rezerwy czy tacy, którzy zagrali jeden mecz. W lekkoatletyce zawodnicy z eliminacji, choć też dostają medal, na podium są pomijani. Bieg i ceremonię oglądałam z trybun.

Jakie to uczucie, gdy już wiadomo, że jest się srebrną medalistką igrzysk olimpijskich?
Wlewa się w człowieka spokój. Poczułam, że to była dobra droga, że warto było inwestować w bieganie czas i pieniądze. I że będę mogła uprawiać ten sport dalej, ale dzięki medalowi na lepszych warunkach. A to jest kosztowne.

To nie jest tak, że sportowcowi niczego nie brakuje?
Pieniądze w sporcie to trudny temat. Stypendia są tylko na rok, czasem w ogóle ich nie ma. Część kosztów sportowiec musi ponieść sam. Pieniądze, które się zarobi, najlepiej inwestować w siebie, z nadzieją, że się zwrócą. Ale pewności nie ma. Być może dlatego niektórzy nie inwestują w rozwój kariery, bo boją się ryzykować, chcą zarobić. Przez to wielu ludzi, którzy mogliby osiągać świetne wyniki, odpada po drodze.

Pani miała momenty zwątpienia?
Nie zawsze czułam, że moja kariera idzie tak, jak mogłaby. Potrzebowałam osoby, która zauważy we mnie potencjał i odpowiednio nim zarządzi. Od roku współpracuję z trenerem z zagranicy, który potrafi powiedzieć, że jest dumny, że ze mną pracuje, a to człowiek z wieloma sukcesami trenerskimi. Przede wszystkim jednak dba o szczegóły. Już po miesiącu wspólnego trenowania widziałam, że wszystkie parametry idą w górę, bo jedno wynika z drugiego i liczy się praca całego zespołu: fizjoterapeutów, coacha mentalnego...

W jednym z wywiadów po igrzyskach powiedziała pani: „Potrzebuję chwili, żeby zrozumieć, że naprawdę miałam rację, wierząc w siebie”. Do tej wiary trzeba się przekonywać?
To się buduje latami, nie z dnia na dzień. Ważne, by opierać się na tym, co dobre. Jeśli zrobiłam słaby trening, to staram się znaleźć w nim coś mocnego. Na pewno dziś jestem na innym poziomie świadomości siebie i swojego ciała niż na początku kariery.

Po igrzyskach na mityngu w Szwajcarii wygrała pani bieg na 400 m w czasie 50.37 s. W historii polskiej lekkoatletyki szybsza była tylko Irena Szewińska, która ten dystans pokonała w 1976 r. w 49,28 s. Internet obiegło nagranie z biegu w Szwajcarii. Tuż za metą była pani zdziwiona wynikiem. Nie wierzyła pani, że może pobiec tak szybko?
Wierzyłam, że mnie na to stać, ale nie sądziłam, że właśnie tego dnia. Do Szwajcarii pojechałam pobiec życiówkę i złamać czas 51 s. Ale sam wyjazd zaczął się pechowo. Mój bagaż nie dotarł, nie miałam swoich kolców do biegania ani stroju. Rano chodziłam po sklepach, żeby kupić rzeczy. Pobiegłam w pożyczonych kolcach i stroju, który zorganizowali znajomi. Sądziłam, że mogę zrobić 50.80 s, 50.90 s, ale jak się okazało – świetnie wytrzymałam końcówkę i pobiegłam 50.37 s. Stąd moje zdziwienie: przez całą karierę wierzysz, że to możliwe, ale dopiero gdy wbiegasz na linię mety, staje się to realne. A więc warto było poświęcić te 17 lat życia. Dużo osób w środowisku przyznało mi, że uznawali to za niemożliwe, a na podstawie mojej historii trzeba będzie zmienić protokoły leczenia kontuzji.

Wielu sportowców przez całą karierę czeka na ten moment, ale się nie doczekują. To już pewnie nie jest pytanie do pani, ale jak sobie z tym poradzić?
Przez całą karierę sportową przyzwyczajamy się bardziej do porażek niż do sukcesów, więc mamy w sobie odporność na nie. Ale mimo wszystko do końca się wierzy. Zwłaszcza jeśli raz poczuje się sukces, co potem może pchać człowieka do przodu nawet przez wiele lat, byle tylko znów to poczuć. Jeśli ten ostateczny sukces nigdy nie przychodzi, to moim zdaniem nie jest to kwestia pecha, ale zaniedbania jakichś szczegółów, nietrafienia na odpowiednich ludzi.

Do historii przechodzą wyniki, nie to, co za nimi stoi. A to często jest tragiczne. Kilka lat temu poinformowała pani, że choruje na chorobę autoimmunologiczną: łysienie plackowate. Dlaczego zdecydowała się pani powiedzieć o tym publicznie?
Choroba mnie do tego zmusiła. Wypadły mi wszystkie włosy i nie miałam jak tego ukryć. Przez lata skupiałam się na tym, czy ktoś zauważy, że mam na głowie łyse miejsca. To zakrawało o psychozę. Nie było to zachowanie, które mnie wspierało. Dotarłam do momentu, w którym nie miałam już jak się ukryć. Omówiłam to z bliskimi. Stwierdziliśmy, że najlepiej powiedzieć o tym wprost, by uniknąć pytań, dziwnych spojrzeń. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że widzę to, jak na mnie patrzą. Zdecydowałam, że to nie może kierować moim życiem. Ta decyzja przyniosła mi poczucie ogromnej ulgi. W końcu mogłam się skupić na sporcie z pełnym zaangażowaniem, a nie tym, co mam na głowie.

Często zapominamy, że sportowcy to też ludzie...
Zapisany przez trenerów papier przyjmie wszystko, ale nie zawsze jesteśmy w stanie zrealizować plan, choćby przez głupie przeziębienie. Wiadomo, że w sporcie zawodowym trzeba czasem przekraczać granice. Nikt nie obkłada się lodem po pierwszym trudnym sygnale od organizmu. Ale jeśli coś się powtarza, jak w przypadku mojej kontuzji, to trzeba znaleźć połączenie między umysłem a ciałem. I posłuchać siebie.

Jaki był plan B, który zaczęła pani tworzyć po kontuzji?
Teraz jestem myślami przy olimpiadzie w Paryżu za trzy lata. A po zakończeniu kariery chcę zostać w sporcie. Na razie jestem przewodniczącą rady zawodniczej w Polskim Związku Lekkiej Atletyki. Może w przyszłości wesprę zawodników od strony marketingowej, by lepiej wykorzystywali swoje szanse i więcej zarabiali. Sporo z nich nie ma świadomości, ile co jest warte w mediach społecznościowych. Influencerka za post o kosmetykach dostaje olbrzymie pieniądze, a my robimy wiele rzeczy pro bono, choć mamy ogromne zasięgi.

Wspiera pani również młodych ludzi – np. promowała tegoroczny V Bieg Erasmusa.
Cenię inicjatywy, które propagują aktywność fizyczną, zwłaszcza wśród młodych. Dziś młodzież przykłada do tego coraz mniejszą wagę, masowo rezygnuje z lekcji wuefu, wybiera siedzący tryb życia. I nie myśli o tym, jakie konsekwencje może to przynieść. Dlatego ważne jest, by pokazać, że sport to nie tylko wysiłek, ale też frajda i przyjemność. Sama lepiej się czuję po bieganiu niż przed (pomijając mocny trening tempowy). Wielu ludziom bieganie potrafi sprawić większą przyjemność niż leżenie, trzeba tylko spróbować.

Bieg Erasmusa może do tego przekonać?
Z pewnością. Zwłaszcza że to zawody drużynowe, które uczą komunikacji, współpracy, empatii. Został też osiągnięty cel: pobicie rekordu Polski w kategorii „Najwięcej osób, które wzięło udział w wirtualnym biegu w ciągu 24 godzin”. Świetny pomysł, bo już samo posiadanie celu motywuje.

Bieganie z panią zostanie?
Lubię aktywny odpoczynek. Chcę zrobić kurs na instruktorkę jogi Iyengara, która uzupełnia treningi. Sport pozwala mi być w kontakcie z ciałem, dlatego z niego nie zrezygnuję. Daje mi poczucie, że mam w sobie moc i mogę nią sterować.

Przez sport do…
Anna Kiełbasińska z Narodową Agencją Programu Erasmus+ i Europejskiego Korpusu Solidarności współpracuje po raz pierwszy, promując V Bieg Erasmusa. Wywiad, którego udzieliła w ramach cyklu „Przez sport do…”, można zobaczyć na fanpage'u Biegu Erasmusa na FB: bit.ly/3DK88wq. Znajdziecie tam również materiał wideo z przekazania pałeczki w zmianie sztafetowej, które Anna Kiełbasińska zaprezentowała razem z Oktawią Nowacką, a także całą serię sportowych wywiadów, relacje z Biegu oraz filmy uczestników.

Zainteresował Cię ten tekst?
Więcej podobnych znajdziesz w najnowszym numerze Europy dla Aktywnych 4/2021.