Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji
Data publikacji: 24.03.2026 r.
Głuchy artysta wizualny Tomasz Grabowski wyjechał na Erasmusa do Paryża. Bez tłumacza na zajęciach, za to z odwagą i własnym językiem sztuki. Gdzie kończą się deklaracje, a zaczyna prawdziwa inkluzywność?
Jako miejsce wyjazdu na Erasmusa wybrał pan Paryż. Do których momentów paryskiej przygody najchętniej pan wraca?
Oczywiście do zajęć i spotkań z ludźmi. Wspólne wyjścia do miasta, długie spacery, odwiedzanie wystaw, rozmowy, wymiana myśli i budowanie relacji. Wtedy najmocniej czułem, że naprawdę uczestniczę w tym świecie.
Dlaczego właśnie Paryż?
To miasto od zawsze fascynowało mnie sztuką, architekturą i historią – już jako nastolatek pomyślałem, że chciałbym kiedyś tam pomieszkać. Wyjazd nie był jednak łatwy do zorganizowania. Jedna z paryskich szkół odrzuciła moją kandydaturę, a uczelnia macierzysta zachęcała mnie do wyboru Orleanu. Uparłem się jednak i walczyłem o Paryż do końca – m.in. dlatego, że usłyszałem o osobie Głuchej pracującej w Centrum Pompidou, która oprowadzała zwiedzających we francuskim języku migowym. Bardzo mnie to poruszyło, bo 13 lat temu Francja była w tej kwestii znacznie dalej niż Polska, u nas podobne inicjatywy nie istniały. Intuicja podpowiadała mi więc, że powinienem być właśnie w Paryżu. W dużym mieście miałem większe poczucie bezpieczeństwa i swobody, także pod względem dostępności oraz społecznej świadomości dotyczącej osób Głuchych.
Czego najbardziej się pan obawiał przed wyjazdem?
Zastanawiałem się, czy jako osoba Głucha odnajdę swoje miejsce wśród studentów i wykładowców, czy będę mógł swobodnie uczestniczyć w zajęciach i budować relacje. Była też nadzieja, że to będzie krok w stronę większej samodzielności.
W których momentach było najtrudniej?
Największym wyzwaniem okazały się zajęcia dydaktyczne, głównie z powodu barier komunikacyjnych. Wykładowcy prowadzili je w fonicznym francuskim lub angielskim, a tłumacz języka migowego nie był zapewniony. Przed wyjazdem znalazłem informację, że we Francji Głuchym studentom przysługuje 200 godzin tłumaczenia rocznie, jednak dotyczy to tylko studentów francuskich. Momentami czułem się więc bezradny. Na szczęście mogłem liczyć na wsparcie koleżanek z grupy, które notowały dla mnie najważniejsze informacje i udostępniały swoje notatki.
Co było większą barierą: brak dostępności czy raczej to, że ludzie nie wiedzieli, jak się zachować?
Ludzie reagowali życzliwie. Pamiętam sytuację z ulicy: nieznajomy zapytał mnie o drogę, pokazałem, że nie słyszę, więc wyjął telefon i napisał pytanie. Ten prosty gest utwierdził mnie w przekonaniu, że największą barierą bywa system, nie człowiek.
Zdarzyło się, że pomyślał pan: „Dobra, to mnie przerasta”, i miał ochotę przerwać wyjazd?
Tak, bardzo wcześnie. Kiedy po raz pierwszy wszedłem do wynajętego mieszkania, poczułem ogromną pustkę i samotność. Przez moment naprawdę chciałem z tego zrezygnować. Po kilku dniach emocje opadły: zacząłem poznawać ludzi i oswajać rzeczywistość. Zrozumiałem, że zwątpienie było częścią procesu, progiem, który musiałem przekroczyć.
Jak pan sobie radzi, kiedy musi szybko dogadać się ze światem?
Najlepiej sprawdza się komunikacja pisemna: e-mail, kartka. Duże znaczenie ma postawa drugiej osoby. Kiedy jasno sygnalizuję jej, że jestem Głuchy, i proponuję daną formę komunikacji, większość ludzi reaguje otwarcie.
Kiedy poczuł pan prawdziwe włączanie, prawdziwą inkluzywność?
Pamiętam wyjście do Opery Bastille zorganizowane przez paryską uczelnię. Zaproszono wszystkich studentów bez wyjątków. Podczas spektaklu wyświetlano napisy po francusku i angielsku – mogłem w pełni śledzić treść i przeżywać ją razem z innymi. Po raz pierwszy poczułem, że dostępność nie jest dodatkiem, tylko czymś naturalnym.
Co powinien wiedzieć koordynator programu Erasmus+, zanim wyśle na wyjazd osobę niesłyszącą?
Przede wszystkim to, że największą barierą nie jest sama głuchota, lecz brak systemowego wsparcia. Po pierwsze, dostępność komunikacyjna powinna być zaplanowana jeszcze przed wyjazdem. Po drugie, potrzebna jest indywidualna rozmowa o potrzebach zamiast gotowych założeń. Po trzecie, kluczowe jest poczucie bezpieczeństwa i wsparcie instytucjonalne: świadomość, że w razie trudności jest ktoś, do kogo można się zwrócić.
Po czym pan poznaje, że instytucja jest naprawdę inkluzywna, a nie tylko ma to zapisane w strategii?
Po tym, że dostępność jest planowana z wyprzedzeniem; że informacje są dostępne w różnych formach. I po postawie pracowników: naturalności, spokoju, gotowości do szukania rozwiązań. Wtedy czuję się nie wyjątkiem, tylko jednym z uczestników.
Czego podczas pobytu na Erasmusie dowiedział się pan o sobie jako artyście i jako człowieku?
Że mam własny głos i potrafię jasno komunikować swój sposób myślenia także poza znanym kontekstem. Moje prace były oglądane i traktowane poważnie nie przez pryzmat ograniczeń, lecz tego, co tworzę. Jako człowiek zobaczyłem, że potrafię być samodzielny i budować relacje w międzynarodowej przestrzeni bez utraty siebie. Ten wyjazd dał mi zaufanie do własnych decyzji.
Jaką formą sztuki zajmował się pan w Paryżu?
Fotografią. Fotografowałem niemal obsesyjnie: ulice, ludzi, fragmenty miasta, ślady obecności człowieka. Interesowały mnie formy abstrakcyjne, które zaczynałem postrzegać jak tkankę miejską. Po powrocie materiał przerodził się w wystawę obejmującą sześć dużych plansz złożonych z małych, kwadratowych zdjęć. Przypominało to wizualny dziennik. Wystawa była prezentowana w Łodzi przy Fotofestiwalu, a potem w Warszawie.
Ma pan dzieło, które było osobistym przełomem?
Tak, to plakat stworzony na zajęciach z projektowania graficznego, będący gestem sprzeciwu wobec uprzedzeń. Prowokacyjny, wykraczający poza to, co robiłem wcześniej. Kiedy prowadząca zaakceptowała mój pomysł, po raz pierwszy poczułem, że mogę pozwolić sobie na pełną szczerość i bezkompromisowość. Zrozumiałem też, że część moich wcześniejszych prac była próbą spełniania cudzych oczekiwań. Do dawnego myślenia nie było już powrotu.
Założył pan Grupę Artystów Głuchych (GAG). Po co artyście wspólnota?
W 2012 roku wraz z czworgiem innych twórców powołaliśmy ją jako nieformalną wspólnotę. Pomysł narodził się podczas studenckiej wystawy w Bibliotece Ordynacji Krasińskich. Po wystawie uznaliśmy, że ta przestrzeń aż się prosi o pokaz prac artystów Głuchych. Zorganizowaliśmy wystawę i od tego się zaczęło. Z perspektywy widzę, że działania GAG miały wpływ na dostępność i obecność artystów Głuchych w instytucjach kultury.
Co GAG daje młodym osobom niesłyszącym, które dopiero wchodzą w świat sztuki?
Rozwój, spotkanie innych artystów i różnych dróg twórczych, a także sprawczość – wiarę, że osoba Głucha można być pełnoprawnym uczestnikiem świata sztuki. Mnie osobiście dała doświadczenia i poczucie uczestniczenia w czymś ważnym. To był czas, który ukształtował mnie jako artystę i człowieka.
Jak pan by wytłumaczył, czym jest kultura Głuchych?
To kultura mniejszościowa oparta na wspólnym doświadczeniu życia, historii i relacji z większością. Jej fundamentem jest język migowy, który kształtuje sposób myślenia, komunikacji, humor i ekspresję. Dla osób Głuchych nie jest to opowieść o braku słyszenia, lecz pełnoprawna tożsamość kulturowa; wspólnota ludzi postrzegających świat wizualnie, z własnymi kodami, tradycjami i wrażliwością. Dlatego bycie Głuchym wiąże się dla nas z kulturą, a nie z kategorią medyczną.
Tomasz Grabowski (ur. 1988 r.), artysta multimedialny. Absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Stypendysta programu Erasmus+ na École Supérieure Estienne des Arts et Industries Graphiques w Paryżu (2013 r.). Współzałożyciel Grupy Artystów Głuchych (gag.art.pl). Pasjonują go grafika, animacja, fotografia i malarstwo. Obecnie pracuje jako grafik w Mazowieckim Instytucie Kultury. W 2025 r. jego film „Mięta” został zakwalifikowany do udziału w międzynarodowym Vision Film Festival. Profil artysty na Instagramie