Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji
Data publikacji: 24.06.2026 r.
Yumeko Kawamoto z Tokijskiego Uniwersytetu Studiów Międzynarodowych mówi po polsku tak, jakby wychowała się nad Wisłą. Zaczęło się od Chopina, potem był Erasmus+ w Krakowie i polsko-japoński doktorat
Martyna Śmigiel (MŚ): Zacznijmy od pytania, które – jak sama przyznajesz – wracało do ciebie przez lata: po co ci ten polski?
Yumeko Kawamoto: To pytanie długo mnie prześladowało. Na początku odpowiadałam bardzo prosto: uczę się, żeby zdobyć dyplom ukończenia studiów. Ale z czasem to przestało wystarczać – i mnie, i innym. Bo kiedy ktoś z Japonii wybiera polonistykę, wszyscy oczekują jakiegoś sensu kryjącego się za tą decyzją, najlepiej praktycznego. A ja przez długi czas tego sensu nie potrafiłam nazwać.
MŚ: Czyli to nie była od początku strategiczna decyzja?
Zupełnie nie. Wszystko zaczęło się od muzyki, od Chopina, którego utworów uczyłam się w szkole muzycznej. Potem pojawił się język – najpierw jako ciekawostka, później jako wybór studiów, gdy wiedziałam już, że nie chcę zawodowo wiązać się z muzyką. I ten wybór był raczej intuicyjny niż przemyślany. Dopiero później zaczęły się pytania: co dalej, jaki zawód, jaka przyszłość.
MŚ: I presja?
Bardzo duża. W Japonii studia są kosztowne, więc decyzje edukacyjne mają realne konsekwencje finansowe. Wielu studentów dorabia, żeby się utrzymać. Do tego dochodzi presja społeczna – żeby szybko znaleźć pracę w zawodzie, stać się samodzielnym. A ja wybrałam coś, co nie dawało oczywistej ścieżki kariery.
Na doktorat z polonistyki zdecydowałam się podczas wymiany z programu Erasmus+ w Krakowie. Zrozumiałam wtedy, że język to nie tylko system, ale i relacje. Że dzięki niemu mogę być częścią wspólnoty
MŚ: Kiedy poczułaś, że to już coś więcej niż tylko zainteresowanie?
Podczas pobytów w Polsce. Pierwsze wyjazdy były krótkie – to były miesięczne kursy języka polskiego w Krakowie i Lublinie. Okazały się jednak przełomowe – nagle znalazłam się w świecie, w którym wszystko było po polsku. To było trudne, ale też bardzo ekscytujące. Później, dzięki stypendium Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej, spędziłam rok w Toruniu. I wówczas coś się zmieniło. Język przestał być tylko narzędziem komunikacji, ale stał się dla mnie przedmiotem refleksji i badań. Zaczęłam zwracać uwagę na szczegóły – na to, jak ludzie się do siebie zwracają, jakie formy wybierają, co mówią w określonych sytuacjach.
MŚ: Zaczęłaś myśleć jak językoznawczyni?
Tak, choć to też nie było łatwe. Na studiach licencjackich zajmowałam się raczej kulturą, więc kiedy na magisterce przeszłam do językoznawstwa, okazało się, że mam braki. Terminologia, teoria, metodologia – wszystko było nowe. Musiałam dużo nadrabiać i momentami czułam się zagubiona.
MŚ: Mimo to zdecydowałaś się iść dalej – aż do doktoratu.
Tę decyzję podjęłam w Krakowie, w czasie wymiany studenckiej w ramach programu Erasmus+. Uczestniczyłam w regularnych zajęciach na polonistyce razem z polskimi studentami, mierzyłam się z wymagającymi treściami językoznawczymi, funkcjonowałam na równych zasadach jak reszta środowiska akademickiego. To było bardzo wymagające – musiałam samodzielnie nadrabiać zaległości, pracować nad specjalistycznym językiem i radzić sobie bez ciągłego wsparcia wykładowców. Ale też inspirujące. Poznałam studentów, badaczy, znajomych. Zrozumiałam, że język to nie tylko system, ale też relacje. I że dzięki niemu mogę być częścią pewnej wspólnoty.
MŚ: A jednocześnie byłaś w tej wspólnocie trochę inna. „Japońska polonistka”, jak o tobie mówią...
Tak, i to rodziło kolejne trudności. W środowisku akademickim często proszono mnie o porównywanie języka polskiego i japońskiego. Stresowało mnie to, bo nie jestem japonistką – znam japoński jako użytkownik, ale to nie to samo co wiedza naukowa. Miałam poczucie, że moje odpowiedzi są niewystarczające i nie spełniam oczekiwań. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, kim właściwie jestem: polonistką, Japonką czy kimś pomiędzy. Czułam, że nie należę w pełni ani do jednego, ani do drugiego świata. To było trudne doświadczenie.
MŚ: Co pomogło ci z niego wyjść?
Nauczanie Polaków języka japońskiego, o co poprosiła mnie polska znajoma prowadząca szkołę językową. Paradoksalnie dopiero wtedy naprawdę zrozumiałam swój język ojczysty. I zobaczyłam, że moja „inność” może być wartością, a nie problemem. Że mogę łączyć perspektywy, a nie wybierać jedną z nich.
MŚ: Po doktoracie zdecydowałaś się jednak wrócić do Japonii.
Doktorat realizowałam w systemie podwójnego promotorstwa, co wymagało formalnych ustaleń między uczelniami. Dzięki temu, że pracowałam pod opieką dwóch promotorów – w Tokio i w Krakowie – mogłam łączyć oba środowiska badawcze. Decyzja o powrocie do Japonii nie była oczywista, zwłaszcza że kończyłam doktorat w Krakowie. Ostatecznie złożyło się na to kilka czynników: propozycja pracy w Instytucie Polskim w Tokio oraz oferta prowadzenia zajęć na Tokijskim Uniwersytecie Języków Obcych. To pozwoliło mi wrócić, a jednocześnie nadal zajmować się językiem polskim – zarówno naukowo, jak i dydaktycznie – i pozostać blisko polskiego środowiska akademickiego.
MŚ: Nauka języka polskiego to w Japonii zupełna nisza?
Nisza, która powoli się poszerza. Kiedy zaczynałam studia, polski był wyborem bardzo nietypowym – często postrzeganym jako coś egzotycznego albo wręcz dziwnego. Mało kto w Japonii miał jakiekolwiek wyobrażenie o Polsce, a jeszcze mniej osób rozważało naukę języka. Dziś sytuacja trochę się zmienia. Po pierwsze, dostęp do informacji jest dużo większy niż kiedyś – łatwiejszy kontakt z kulturą europejską sprawia, że Polska przestaje być tak odległa mentalnie. Po drugie, pojawiają się nowe motywacje. O ile wcześniej wielu studentów wybierało polski przez Chopina, teraz dochodzą inne skojarzenia: literatura, historia, sport.
MŚ: W twojej historii bardzo ważny jest Fryderyk Chopin. Czy Japończycy rzeczywiście są tak zainteresowani tym kompozytorem, jak często się o tym mówi? I z czego to wynika?
To rzeczywiście ciekawe zjawisko, które nasiliło się w powojennej Japonii, gdy kraj intensywnie otwierał się na kulturę Zachodu, w tym muzykę klasyczną. Dziś Chopin jest tu bardzo obecny – szczególnie w edukacji muzycznej i na konkursach pianistycznych. Chopin funkcjonuje też jako symbol elegancji i wrażliwości. Jego muzyka uchodzi za emocjonalnie bliską, a jednocześnie kulturowo egzotyczną. W Japonii został więc w pewnym sensie oswojony i zaadaptowany – do tego stopnia, że ma tu silną tradycję interpretacji i własne konkursy chopinowskie.
MŚ: Czyli twoje własne doświadczenie wpisało się w szerszy kontekst?
Tak, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dla mnie to było bardzo osobiste przeżycie – muzyka, która mnie poruszała. Z perspektywy czasu widzę, że Chopin był pierwszym mostem łączącym mnie z Polską, jeszcze nie językowym, ale emocjonalnym i kulturowym. Dopiero potem pojawiła się ciekawość języka, kraju i ludzi, którym też ta muzyka jest bliska.
MŚ: Jak dziś odpowiedziałabyś na pytanie: po co ci ten polski?
Na pewno inaczej niż kiedyś. W moim obecnym życiu nie chodzi już tylko o pracę czy naukę. Wybór dość niszowej filologii, z odległego zakątka świata, to nie jest łatwa droga. Ale jeśli ktoś naprawdę czuje, że chce iść w tym kierunku, to warto. Bo to doświadczenie bardzo zmienia – i daje coś, czego nie da się łatwo zmierzyć. No bo ostatecznie po co mi ten polski? Żeby zrozumieć ludzi, budować relacje, patrzeć na świat z różnych perspektyw. Ten język stał się dla mnie czymś więcej niż narzędziem – jest sposobem myślenia, sposobem bycia i drogą do poznania samej siebie.