treść strony

Nauczycielka (w rozk)roku

– W pokoju nauczycielskim usłyszałam, że powinnam robić mniej, bo innym jest smutno – mówi Agnieszka Kopacz, Nauczycielka Roku 2025, polonistka i informatyczka z I LO w Sopocie

  • W centrum uwagi zawsze są uczniowie, to oni motywują do pracy

    fot. Szymon Łaszewski/FRSE

  • Agnieszka Kopacz prowadzi zajęcia w bardzo niestandardowy sposób

    fot. Szymon Łaszewski/FRSE

Chyba pierwszy raz się zdarzyło, że zwycięzca konkursu Nauczyciel Roku przed otrzymaniem tego tytułu przyznaje publicznie, że czuje się wypalony zawodowo. „Nie sądziłam, że kiedykolwiek dopadnie mnie taki lęk, obawa przed pracą” – napisała pani na Facebooku przed początkiem roku szkolnego. Czy to uczucie minęło?
Niezupełnie. Bywa, że wracam do domu i myślę, że za mną całkiem fajny dzień. 
Ale zdarza się i tak, że nasilają się złe myśli. W tej pracy trzeba się nauczyć odcinać od tego, co dzieje się w szkole. Historie uczniów dotykają mnie osobiście, czasem trudno mi o nich zapomnieć. Wiem, z czym się zmagają, nie tylko w szkole, ale i poza nią. Po kilku latach nauczyłam się odpuszczać, bo wszystkim nie pomogę. A wypalenie zawodowe jest m.in. pokłosiem tego, że próbowałam zrobić za dużo. 

To jak dziś do tego pani podchodzi?
Pogodziłam się z tym, że nie na wszystko mam wpływ. Mogę zmienić mały kawałek szkolnego świata: zdecydować, w jaki sposób uczę, jak wygląda moja sala. Za innych nie odpowiadam, więc nie ma co się biczować, że jest źle.

Optymizmem nie powiało. To może chociaż wygrana w konkursie panią uskrzydliła?
Miło, że doceniono mnie za to, co robię. Bardziej spodziewałam się wyróżnienia niż głównej nagrody. Złożyłam wniosek do konkursu z myślą, że chcę podsumować dziesięć lat swojej pracy, bo wiem, że więcej już w życiu nauczycielskim nie osiągnę. Pisząc zgłoszenie, spojrzałam na siebie z większą empatią. Tak jak z empatią staram się podchodzić do uczniów. Gdy dostałam nagrodę, przez wiele dni nie docierało to do mnie. A to dlatego, że moje życie szkolne niewiele się zmieniło.

Nic a nic?
Pracuję tak samo. Uczniowie traktują mnie jak wcześniej. Zmieniło się to, że media zaczęły się mną interesować. Okazało się też, że instytucje, z którymi chciałam współpracować, a wcześniej mnie nie zauważały, teraz same się odzywają z propozycjami. Więc uskrzydlenie, o które pan pytał, dostałam z zewnątrz. Pomyślałam, że może nie jest ze mną tak źle, skoro docenili mnie inni, a niekoniecznie ludzie z mojej szkoły. Smutny wniosek.

Nie było gratulacji?
Dyrekcja była zadowolona. Ale czy czuję, że ciepło mnie przyjęto? Na pewno część osób się ucieszyła, natomiast dużo więcej nie. Rozmawiałam z laureatami z poprzednich lat. Narzekali, że koleżanki i koledzy z pracy unikali z nimi rozmów, dlatego decydowali się odejść ze szkoły. I to nie są jednostkowe historie.

Brzmi jak ostracyzm środowiskowy.
Dlatego czułam, że nie będę mieć łatwo. Dzień po wygranej schowałam się w sali. Chciałam przesiedzieć tam cały dzień i po lekcjach pójść prosto do domu. Nie udało się. Część nauczycieli przyszła mi pogratulować. Uczniowie klaskali i liczyli, że zamiast lekcji opowiem im o gali. A ja mówię: „Nic się nie zmieniło, pracujemy”. Byli zawiedzeni.

A jak pracuje Nauczyciel(ka) Roku 2025?
Jestem pasjonatem, który ma frajdę z tego, co robi. Przychodząc do szkoły, chciałam dużo w niej zmienić. Ale szybko zdałam sobie sprawę, że trzeba zmierzyć się z systemem edukacji, który – delikatnie mówiąc – jest daleki od doskonałości. I oczywiście można szukać nowych form nauczania i metod, które sprawią, że uczniowie będą chętniej uczestniczyć w lekcjach, ale to zawsze wiąże się z kłopotami, bo nie wszystkim się to podoba. Otrzymawszy tytuł Nauczyciela Roku, nie chciałam opowiadać, jak cudowny zawód wykonuję. Dlatego otwarcie mówię o wyzwaniach, z którymi się mierzę np. w pokoju nauczycielskim. Jeszcze przed wygraną usłyszałam, że powinnam robić mniej, bo reszcie jest smutno. A gdy zostałam Nauczycielem Roku, mówiono, że zamiast być reklamą polskiej szkoły, krytykuję system. Jak człowiek to słyszy, odechciewa się wszystkiego.

Rozumiem, że gdy mówi pani źle o polskim systemie edukacji, to koleżanki i koledzy ze szkoły odczytują to tak: swoje gniazdo kala?
Dokładnie tak. A przecież jeśli ma być lepiej, to trzeba głośno mówić o problemach i możliwych rozwiązaniach. Przez pięć lat wykładałam politykę oświatową i wielokrotnie rozmawiałam ze studentami o tym, co zrobić, by ulepszyć nauczanie. Najczęściej słyszałam, że system należy zrównać z ziemią i zbudować od nowa. Jestem mniej radykalna. Lepiej wprowadzać zmiany w sposób ewolucyjny. Co kilka lat potrzebna jest ewaluacja obecnego programu. Szkoła powinna być bardziej praktyczna, a relacje między nauczycielem i uczniem bliższe. Ale to wymaga czasu, a politycy, choć się zmieniają, działają tak samo: unikają kontynuacji i chcą szybkich efektów.

Przy odbieraniu nagrody mówiła pani, że szkoła powinna być miejscem bezpiecznym, twórczym i radosnym. Co to znaczy?
Jestem wychowawcą klasy artystycznej. To bardzo twórczy i radośni młodzi ludzie, potrzebujący bezpieczeństwa. Gdy są odepchnięci, nieakceptowani i czują, że ktoś nie traktuje ich poważnie, zamykają się w sobie i milczą – to metafora tego, jak dziś działa szkoła, narzucając uczniom, co mają myśleć, zamiast dawać swobodę i wsparcie. Dlatego ja zawsze pytam o opinię, prowadzę ankiety ewaluacyjne, daję młodym możliwość zrecenzowania mojej pracy. Oni sugerują korekty i razem opracowujemy rozwiązania. Niezależnie od tego, z jakim dzieckiem pracuję, dbam, by czuło się lubiane i bezpieczne. Nawet jeśli nie znosi lekcji polskiego, może mi o tym powiedzieć i nie zostanie odrzucone.

Tak jak uczeń, który miał jedynkę z pani przedmiotu?
I skończył na maturze z czwórką z polskiego. Mój ulubieniec. Wychowawczo to było dziecko cud. Powiedziałam, że nie postawię mu dwójki, jeśli się nie nauczy, ale dodałam, że kocham go nad życie. Stawiam uczniom wymagania. Wiedzą, że na ocenę muszą zapracować. Jeśli potrzebują pomocy, zawsze mogą do mnie przyjść. Dziecko chce usłyszeć, że dorosły w nie wierzy, że traktuje je poważnie. Nasi licealiści często opowiadają, jak w podstawówce słyszeli: „Nic z ciebie nie będzie”, „Jak nie rozumiesz, to się naucz na pamięć”. Mnie te słowa przerażają. Skoro z góry się zakłada, że czegoś się nie nauczę, to po co próbować? Ja wolę zapytać ucznia, czego od siebie oczekuje. On milczy, bo nie myślał dotąd w ten sposób.

Pani lekcje łamią schematy. Gra się w planszówki, bawi klockami Lego, rozwiązuje zagadki w escape roomach, przebiera za postacie z lektur. Nudy nie ma.
Wolę uczyć, jak czytać i interpretować teksty kultury, niż tego, kiedy się urodził Adam Mickiewicz. Takie podejście nie wszystkim się podoba. W zeszłym roku jeden z rodziców skrytykował lekcję informatyki, podczas której uczniowie – z pomocą sztucznej inteligencji, narzędzi graficznych, a także mentorów z różnych branż – stworzyli koncepcje firm doradztwa zawodowego i zaprezentowali je publicznie. Uznałam, że dla humanistów praktyczne wykorzystanie informatyki jest bardziej wartościowe niż robienie tabelek w Excelu.

Co się nie spodobało rodzicowi?
Twierdził, że dziecko nie zna dobrze tego programu, choć Excela uczyli się w poprzedniej klasie. Są rodzice, którzy oczekują, że będzie tradycyjnie, bez ekscesów. Albo była skarga, że w ramach lekcji języka polskiego wspólnie z matematykiem zabraliśmy uczniów na grę terenową. Rodzice byli oburzeni, że uczymy jednocześnie dwóch przedmiotów. A przecież nie ma nic lepszego niż interdyscyplinarne podejście do nauki.

A były skargi, że na lekcji polskiego analizuje pani z uczniami „poezję” Krzysztofa Stanowskiego i Roberta Mazurka z ich tomiku „Kmioty polskie”?
Nie. To była moja odpowiedź na niezadowolenie maturzystów z czytania poezji Mirona Białoszewskiego. Mówili, że nie ma ona sensu. Stwierdziłam, że przyniosę im coś, co teoretycznie też nie ma sensu, a co odniosło spory sukces czytelniczy. I pomysł się bardzo spodobał. Mieli zinterpretować wybrany fragment, wskazać kontekst społeczno-polityczno--kulturalny i wytłumaczyć, jak rezonuje z naszą codziennością. Uczniowie mieli ciekawe spostrzeżenia, znaleźli m.in. nawiązania do „Wesela” Wyspiańskiego.

Nie miała pani wątpliwości, czy analizować treści publicystów, z których jeden kilka miesięcy wcześniej startował w wyborach prezydenckich?
Uczniowie nie znają moich poglądów politycznych. Czasem pytają, na kogo głosowałam, ale tego ode mnie nie usłyszą. Na lekcjach punktuję wypowiedzi różnych polityków. Pokazuję, że język polski to nie tylko lektura dzieł Mickiewicza i Sienkiewicza, ale też umiejętność krytycznej oceny tego, co słyszymy w mediach. Wskazuję też, jakie triki językowe stosują dziennikarze, jak choćby Krzysztof Stanowski, by przebić się ze swoją opinią. I to było tematem lekcji, a nie zaangażowanie polityczne autorów. Gdzie młodzież ma o tym rozmawiać, jak nie w szkole? Dlaczego mam prowadzić lekcje polskiego jedynie w obrębie kanonu literatury, zresztą nieaktualnego, skoro 
ci ludzie za chwilę zetkną się z zupełnie innymi treściami?

Sięga też pani do przeszłości, której uczniowie nie pamiętają. Na lekcjach grają w „Kolejkę”, która rozgrywa się w realiach PRL-u.
To propozycja dla klas czwartych, w których mnie już znają i rozumieją, że gra w planszówkę na lekcji to nie jest tylko zabawa. Natomiast pierwszoklasistów próbuję przekonać, by traktowali mnie poważnie.

A tak nie jest?
Jedna klasa powiedziała mi wprost: uznali, że dyrekcja zrobiła im żart, przydzielając mnie do nich. Myśleli, że młoda dziewczyna na pewno nie przygotuje ich dobrze do egzaminów. A skoro trzyma w klasie maszynę do bingo, gniotki i czajnik, to musi być lajtowa. Później była próba sił i sprawdzanie, jak daleko można przesunąć granice. Udowadniam im zatem w kolejnych tygodniach, że to, że mam inny pomysł na omawianie tekstów literackich, nie znaczy, że mniej się nauczą. Wreszcie na koniec pierwszej klasy dochodzą do wniosku, że robią więcej niż rówieśnicy z innych klas...

Tak jak pani. Ma to sens?
Od dzieciństwa uważałam, że jeśli coś nie ma sensu, to tego nie robię. Z tego powodu miałam mnóstwo problemów w szkole. Nauczyciele uważali mnie za pyskatą, choć zdarzali się i tacy, którzy potrafili przekuć moją energię w coś, co przynosiło świetne efekty. Trzeba mi było tylko pokazać, że nauka czemuś służy. Takie samo podejście mam w pracy. Jeśli miałabym klepać formułki z podręczników, to dzieciaki siedziałyby z głową w telefonie. Muszę czuć, że praca ma znaczenie.

 

Zainteresował Cię ten tekst?
Przejrzyj pełne wydanie Europy dla Aktywnych 1/2026: