Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji
Data publikacji: 18.09.2026 r.
– Ty widzisz pustą przestrzeń, tymczasem urządzenie pokazuje, że pod nią istnieje zupełnie inny świat. To jest właśnie magia archeologii – o swej pasji i drodze zawodowej opowiada dziennikarz, podróżnik i juror konkursu EDUinspiracje Media Szymon Zdziebłowski
Martyna Śmigiel (MŚ): W masowej wyobraźni Egipt Polakom kojarzy się dziś bardziej z wakacjami all inclusive niż z fascynującą starożytną historią.
Szymon Zdziebłowski (SzZ): Trudno się temu dziwić. Człowiek pracuje cały rok i czasem chce po prostu poleżeć, popływać i cieszyć się słońcem. Ale Egipt, który poznałem jako archeolog, wyglądał zupełnie inaczej. Mieszkałem w domu w egipskiej wsi, obok zwykłych mieszkańców. Nie było basenu ani hotelowych wygód.
MŚ: Wyjechał pan w czasie studiów, dzięki stypendium Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej. Dziesięć miesięcy w Egipcie dla młodego archeologa brzmi jak spełnienie marzeń.
SzZ: To było jedno z najciekawszych doświadczeń mojego życia, choć musiałem zrobić roczną przerwę w studiach, bo wyjazd nie miał charakteru typowej wymiany studenckiej. Dla młodego człowieka możliwość spędzenia niemal roku w kraju, który od dzieciństwa go fascynuje, była czymś naprawdę niezwykłym. Archeologia to zresztą coś więcej niż zawód. To pewien styl życia.
MŚ: Czy student archeologii może przeżyć studia bez wyjazdów w teren?
SzZ: Jeżeli ktoś wyobraża sobie archeologię jako kierunek, na którym przez cały rok się studiuje, a potem przychodzą wakacje i można robić, co się chce, to może się rozczarować. W wakacje w czasie studiów odbywałem praktyki terenowe, które trwały kilka tygodni. De facto więc wakacje też były częścią studiów. Co ciekawe, nie trzeba się trzymać oferty macierzystej uczelni. Jeżeli ktoś studiuje w Poznaniu, a interesuje go konkretny okres czy region, może się zgłosić do badaczy z Warszawy czy innego ośrodka. Mnie ciągnęło do świata śródziemnomorskiego.
MŚ: Jednym z pierwszych ważnych doświadczeń były dla pana praktyki na stanowisku archeologicznym Çatalhöyük w Turcji. Co ten wyjazd dał młodemu studentowi?
SzZ: Çatalhöyük przez długi czas przedstawiano jako jedno z najstarszych miast świata. Dziś wiemy, że takie określenie jest zbyt dużym uproszczeniem, ale nadal jest to miejsce niezwykle ważne. Dla młodego człowieka szczególnie ciekawe było to, że był to projekt międzynarodowy. Byli tam Polacy, Brytyjczycy, Amerykanie. Mieliśmy własny wykop, ale codzienność oznaczała także wspólne śniadania, przerwy, wieczory. Trzeba było mówić po angielsku, przełamywać barierę językową, nauczyć się funkcjonować w międzynarodowym zespole. To doświadczenie pokazuje, że wyjazd zagraniczny to nie tylko zmiana miejsca. To również konieczność nauczenia się współpracy z ludźmi, którzy mają inne doświadczenia i często odmienne przyzwyczajenia.
MŚ: Te osobiste spotkania to największa wartość wyjazdów?
SzZ: One zdecydowanie poszerzają perspektywę. Kiedy patrzę na ludzi, którzy osiągnęli w nauce coś większego, bardzo często widzę, że podróżowali. Nauka rozkwita przecież nie tylko wtedy, kiedy siedzimy sami i czytamy książkę. Bardzo dużo pomysłów rodzi się podczas rozmowy, czasem zupełnie niezwiązanej bezpośrednio z problemem, nad którym pracujemy. W Egipcie poznałem między innymi Renée Friedman, amerykańską badaczkę prowadzącą wykopaliska w Hierakonpolis. To było dla mnie legendarne stanowisko archeologiczne. Rozmawialiśmy i jakoś od słowa do słowa udało mi się dostać na jej wykopaliska. Spędziłem tam około miesiąca. To doświadczenie pokazało mi coś ważnego: jeżeli ktoś marzy o tym, żeby wziąć udział w badaniach prowadzonych w konkretnym miejscu, być może lepiej najpierw poznać osobę, która te badania prowadzi, niż wysłać kolejny suchy e-mail, który może trafić do spamu.
MŚ: Co jeszcze pan robił w czasie stypendium w Egipcie?
SzZ: Brałem udział np. w badaniach geofizycznych. Chodzi się z aparaturą po terenie i sprawdza, co znajduje się pod ziemią. Pamiętam sytuację, kiedy na powierzchni pustyni właściwie niczego nie było widać, a badania pokazały, że pod spodem znajduje się cała siatka ulic. To jest właśnie magia archeologii. Patrzysz na pustą przestrzeń, a urządzenie pokazuje ci, że pod nią istnieje zupełnie inny świat. Ukoronowaniem tego stypendium był dla mnie pobyt w Aleksandrii. Siedziałem pod zadaszeniem i rysowałem naczynia ceramiczne, mając przed sobą stanowisko archeologiczne. To też jest archeologia, czasem mniej spektakularna niż wykopaliska, ale równie potrzebna.
MŚ: Po tych wszystkich doświadczeniach przyszedł jednak moment zderzenia z rzeczywistością.
SzZ: Dostałem się na studia doktoranckie w Krakowie, ale bez finansowania. I nagle okazało się, że samo dostanie się na doktorat nie rozwiązuje problemu znalezienia źródła utrzymania, bo wówczas studia doktoranckie nie gwarantowały comiesięcznego stypendium, jak dziś. Po sześciu latach bardzo ciekawych studiów, wyjazdów i doświadczeń trzeba było zejść na ziemię. Pojawiały się nawet myśli, że może będę pracował jako portier w hotelu. Zacząłem więc rozsyłać CV. Wiedziałem już wtedy, że lubię popularyzować archeologię i pisać, wysłałem więc e-mail do redaktora naczelnego serwisu Nauka w Polsce Polskiej Agencji Prasowej z pytaniem, czy nie potrzebują kogoś do pisania o archeologii. Nie było odpowiedzi, myślałem, że temat jest zamknięty. A potem, po ponad pół roku, dostałem wiadomość, że – cytuję – „otwiera się możliwość współpracy z Serwisem Nauka w Polsce PAP”. To było dla mnie coś wielkiego. I tak zaczęła się kolejna, kilkunastoletnia przygoda.
MŚ: Doświadczenie archeologiczne pomogło?
SzZ: Myślę, że gdybym nie studiował archeologii, nie zostałbym zatrudniony. Miałem kontakty w środowisku naukowym, znałem badaczy, wiedziałem, kto czym się zajmuje, gdzie prowadzone są wykopaliska. Dzięki temu mogłem połączyć dwie rzeczy: wiedzę o archeologii i umiejętność pisania. Tego pisania dziennikarskiego zresztą dopiero się uczyłem. Dużo zawdzięczam świetnym redaktorkom w dziale naukowym PAP.
MŚ: Teraz sam pan ocenia dziennikarzy jako juror konkursu EDUinspiracje Media, organizowanego przez FRSE. Opisują oni często projekty związane z nauką, realizowane w ramach Erasmusa+. Czy da się pisać prostym językiem i jednocześnie zachować precyzję?
SzZ: To jest trudne. Naukowiec często poświęca na badania trzy, cztery, pięć lat. Dziennikarz na przygotowanie materiału ma raptem kilka godzin. I wtedy trzeba znaleźć kompromis. Naukowiec mówi: „Nie, tego nie można tak powiedzieć”. A ja odpowiadam: „Ale inaczej nikt tego nie zrozumie”. Trzeba więc albo trzymać się terminologii naukowej, albo spróbować opisać to prostszym językiem. Dziennikarstwo naukowe jest pod tym względem ciężkim kawałkiem chleba, ale jednocześnie bardzo ciekawym.
MŚ: Świat nauki potrzebuje popularyzacji?
SzZ: Tak, choć w ostatnich latach wszystko bardzo się zmienia. Kiedy zaczynałem pisać, internetowe serwisy informacyjne miały inne znaczenie niż dziś. Teraz naukowcy sami komunikują się z odbiorcami przez media społecznościowe. Misje archeologiczne prowadzą swoje profile, publikują zdjęcia, informują, co właśnie odkryły. To jest pewnego rodzaju demokratyzacja dostępu do informacji. Sam zresztą korzystam z mediów społecznościowych. Bardzo często dowiaduję się o nowych odkryciach właśnie z Facebooka, z profili misji archeologicznych. Potem szukam dodatkowego komentarza naukowców albo rozwijam temat.
MŚ: Z czasem zaczął pan również pisać książki popularno-naukowe. To naturalne przedłużenie pracy dziennikarskiej?
SzZ: Dziennikarstwo pozwala opisać temat w dwóch czy trzech tysiącach znaków. Książka daje możliwość wejścia znacznie głębiej. Napisałem pozycję dotyczącą piramid, wcześniej również przewodnik turystyczny po Egipcie. Później moje zainteresowania zaczęły się trochę zmieniać, czego efektem jest najnowsza książka „Bogowie Polski”. To nie jest wyłącznie książka o Słowianach. Próbuję w niej zebrać informacje o wierzeniach od pojawienia się człowieka na ziemiach polskich aż po czasy słowiańskie.
MŚ: Czy żałuje pan, że nie został zawodowym archeologiem?
SzZ: Myślę, że koniec końców dobrze się stało. To, co robię teraz, daje mi ogromną różnorodność, zaspokaja moją ciekawość świata. Dziennikarstwo naukowe jest coraz rzadszym fachem, a redakcje naukowe w Polsce i na świecie są coraz mniejsze. Dlatego doceniam, że mogę robić coś, co naprawdę lubię. Chyba znalazłem swoją drogę.
MŚ: Co powiedziałby pan młodym ludziom, którzy dopiero jej szukają?
Warto robić to, co się lubi. I nie przejmować się nadmiernie tym, że jakiś plan nie wyszedł. Bo czasem właśnie wtedy zaczyna się coś ciekawszego.
Szymon Zdziebłowski – dziennikarz naukowy i podróżniczy oraz wydawca w National Geographic Polska, przez blisko 15 lat był związany z PAP. Juror EDUinspiracje Media
Szczegółowe informacje o konkursie EDUinspiracje Media