Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji
Data publikacji: 24.06.2026 r.
– Nigdy nie zakładałem, że będę zawodowo zajmował się muzyką. Utwory na debiutancką płytę, które powstały w Trieście, były po prostu efektem spędzania wolnego czasu i realizowania hobby – mówi raper Łukasz „Małpa” Małkiewicz
Anita Czupryn (AC): Czy gdyby nie Włochy i wyjazd na Erasmusa, raper Łukasz „Małpa” Małkiewicz w ogóle by nie zaistniał?
Łukasz "Małpa" Małkiewicz: Myślę, że śmiało można postawić taką tezę. Podczas wyjazdu na Erasmusa, na IV roku studiów, napisałem zdecydowaną większość utworów na moją debiutancką płytę. Wcześniej mieszkałem w Toruniu, studiowałem dziennie i jednocześnie pracowałem, więc wolnego czasu miałem naprawdę mało, a tworzenie szło bardzo powoli. Na Erasmusie czasu było po prostu dużo więcej i mogłem go przeznaczyć na pisanie.
AC: Wyjechałeś jako student geografii, a wróciłeś z zalążkiem klasycznej płyty. To się stało niechcący czy było ucieczką do siebie?
Szczerze mówiąc, dokładnie nie pamiętam, jakie myśli mi wtedy towarzyszyły, bo to było prawie 20 lat temu. Ale kiedy wyjeżdżałem na Erasmusa, od kilku dobrych lat już rapowałem. Miałem jakiś dorobek w podziemiu, wrzucałem swoje utwory do internetu, lokalnie – w Toruniu – byłem dosyć znanym raperem. Na pewno nie miałem planu, że wyjeżdżam po to, by stworzyć materiał na płytę.
AC: „Kilka numerów o czymś” powstało dlatego, że mogłeś wreszcie usłyszeć własny głos?
Tak uważam. Od wczesnej młodości czułem potrzebę izolacji. Lubię być wśród ludzi, ale w małych dawkach. Między innymi dlatego zdecydowałem się na ten wyjazd: żeby się trochę odizolować od otoczenia. Nie dlatego, że ono miało na mnie zły wpływ, tylko chyba podświadomie potrzebowałem pobyć sam ze sobą, mieć więcej czasu na realizowanie swojej pasji i na przemyślenia. Ten wyjazd miał dla mnie bardzo osobisty wymiar.
AC: Co w Trieście uderzyło cię najmocniej?
Paradoksalnie geografia miasta. Triest leży w pięknym miejscu – z jednej strony otacza go morze, z drugiej niewielkie góry. Aktywnie korzystałem z tamtejszych krajobrazów. Z dwójką znajomych dużo podróżowaliśmy po regionie, a każdy dzień zaczynałem od długiego spaceru ze słuchawkami – wzdłuż morza lub po okolicznych lasach. Najlepiej tworzy mi się w ruchu, dlatego pomysły zapisuję w telefonie podczas chodzenia. To właśnie na tym wyjeździe przekonałem się, jak dobrze działa ta forma pracy.
AC: Pamiętasz moment, kiedy poczułeś, że masz materiał na płytę?
To było naprawdę dawno [ŚMIECH]. Z tekstów wynika, że początkowo wcale nie planowałem płyty. W jednym z kawałków rapuję nawet, że robię epkę, czyli krótką formę, pięć–sześć utworów. Ale tworzyło mi się tam na tyle dobrze, że przez te pół roku powstała całość. Kiedy wracałem z Erasmusa, miałem już gotowy materiał. Po powrocie do Torunia, w wakacje, nagrałem te utwory, a w listopadzie wyszła płyta.
AC: Wyjazd z Polski zmienił bieg twojego życia. Uważasz, że o UE za mało mówi się przez prywatne historie?
Jestem z pokolenia, które pamięta Polskę sprzed wejścia do Unii, więc łatwiej mi docenić naszą obecność we Wspólnocie, mimo jej mankamentów. Dzisiejsi studenci nie mają już tych doświadczeń. Dla mnie i wielu moich znajomych wyjazdy miały wówczas przełomowy charakter – zmieniały sposób patrzenia na świat i na własny kraj. Być może rzeczywiście warto częściej opowiadać o Europie przez prywatne historie, bo w mediach dominuje ujęcie polityczne, a Unia to znacznie więcej niż polityka.
AC: Czego nauczyło cię bycie obcym w nowym mieście?
Przede wszystkim dało mi to możliwość poznania ludzi z różnych części świata. To był mój pierwszy tak daleki wyjazd, a w Trieście spotkałem osoby nie tylko z Europy, ale też ze Stanów Zjednoczonych czy Turcji. Najcenniejszy okazał się właśnie ten kontakt z różnorodnością. Szczególnie dobrze wspominam Turków i Turczynki – tym bardziej że zderzenie z rzeczywistością pozwoliło mi zweryfikować wcześniejsze stereotypy. To było naprawdę otwierające doświadczenie.
AC: Erasmus kojarzy się z beztroską studencką przygodą, a u ciebie zadziałał jak miejsce skupienia. To zaskakujące.
Z relacji kolegów i koleżanek wiedziałem, że wybierając południowy kierunek, dokonuję dobrego wyboru, bo panuje tam szczególny klimat, nie tylko pod względem pogody, ale też podejścia do życia.
AC: Dolce far niente!
Okazało się, że to bardzo mi bliskie. Na Erasmusie nie byłem wzorowym studentem – rzadko chodziłem na zajęcia, choć na końcu oczywiście musiałem zdać egzaminy. Bariera językowa, czyli moja słaba znajomość włoskiego i ograniczony angielski wykładowców, sprawiała, że komunikacja często opierała się na translatorze. To dodatkowo zniechęcało do udziału w zajęciach, ale dało mi coś, czego wtedy bardzo potrzebowałem: dużo czasu dla siebie.
AC: W rapie chciałeś robić szum czy sens?
Od początku zależało mi na sensie. Już tytuł mojej debiutanckiej płyty sporo o tym mówi. Oczywiście muzyka ma dawać przyjemność, ale dla mnie zawsze ważne było też to, żeby niosła przekaz. Skupiałem się na opowiadaniu o własnych doświadczeniach – nie po to, żeby kogokolwiek pouczać, ale dlatego, że dla mnie była to, i nadal jest, forma terapii.
AC: Twój ostatni, piąty album „Święte słowa” wskazuje człowieka, który wie, że słowa ważą. Co dziś jest dla ciebie święte?
Spokój i rodzina. Od niedawna jestem ojcem, moja córka ma trzy i pół roku. Ona i moja żona są dziś centrum mojego życia, a moja muzyka zawsze kręciła się wokół życia, więc to siłą rzeczy stało się najważniejsze. Przekonałem się też po premierze ostatniej płyty, że wielu moich słuchaczy dorastało razem ze mną. Kiedyś byliśmy świeżo po dwudziestce, dziś jesteśmy bliżej czterdziestki, więc naturalnie kręcą nas już inne rzeczy. Kiedyś byłem też dużo bardziej radykalny, jeśli chodzi o rap. Dziś podchodzę do tego dużo luźniej.
AC: Czy poleciłbyś innym artystom szukanie takich doświadczeń, jakie dał ci Erasmus?
Staram się nikomu nie doradzać, bo każdy ma własną drogę. Mogę tylko powiedzieć, że takie odcięcie od codzienności bardzo mi służyło. Po Erasmusie długo kontynuowałem ten sposób pracy – gdy już zajmowałem się muzyką zawodowo, wyjeżdżaliśmy ze współtwórcami do domów w lesie, górach czy nad jeziorem i zamykaliśmy się tam na kilka dni, żeby pracować. W świecie pełnym bodźców taka izolacja pozwala zajrzeć głębiej w siebie i w twórczość.
AC: Po tylu latach na scenie co cię interesuje bardziej: wyścig czy prawda?
Wyścig nie ma już dla mnie żadnego znaczenia. Co najwyżej niewielki wyścig z samym sobą. Nie konkuruję z innymi twórcami. A prawda? Każdy ma swoją.
AC: Publiczność przychodzi dziś na twoje koncerty po nowe numery, ale też po klasykę. To dla ciebie komfort czy ciężar?
Na początku był to dla mnie pewien ciężar – po debiucie chciałem udowodnić, że potrafię zrobić coś lepszego. Z czasem zrozumiałem jednak, że to nie ma większego sensu. Moje ulubione płyty wielu raperów to często debiuty – mają w sobie ten efekt startu od zera, który później trudno powtórzyć. Dziś jestem po prostu wdzięczny, że jedna z moich płyt tak mocno trafiła do słuchaczy. Nie wiem, czy uda mi się to kiedyś przebić, ale jestem z tego dumny.
AC: Czego dziś potrzebujesz, żeby napisać płytę?
Impulsu, zmiany w życiu. Patrząc na swoją dyskografię, widzę, że każda płyta powstawała w przełomowym momencie. Trudno mi pisać, gdy nic się nie dzieje – jestem raczej introwertyczny, więc potrzebuję jakiejś „małej rewolucji”, żeby mieć o czym opowiadać.
AC: Czym jest ten kolejny przewrót?
To, na co długo czekałem – wyprowadzka z miasta do lasu. Kilka miesięcy temu przeprowadziłem się z Torunia do domu otoczonego z każdej strony drzewami, bez sąsiadów. Dla mnie spełnienie marzenia. Chciałbym teraz opowiedzieć nie tylko o samym miejscu, ale też o tym, co ono zmienia w moim życiu, i rodzinie.
*Łukasz „Małpa” Małkiewicz – raper i autor tekstów. Pochodzi z Torunia. Zyskał rozpoznawalność dzięki debiutanckiemu albumowi „Kilka numerów o czymś” (2009), stając się cenionym twórcą lirycznym w polskim rapie. Życiorys rapera.